czwartek, 26 grudnia 2013

Ślub Heydricha

               Dzisiaj tj 26 grudnia przypada 82 rocznica ślubu Reinharda Heydricha z Liną von Osten. Jako, że dzień odpowiedni to w końcu zmobilizowałam się żeby parę słów o tym wydarzeniu napisać, tym bardziej, że Lina dosyć dokładnie naszkicowała je w swoich wspomnieniach.
               Ślub wzięli w obrządku luterańskim, zgodnie z wiarą pani młodej. Było to w miejscowości Grossenbrode. Już na wstępie czyni ona uwagę, że jej małżonek wyglądał jak dyrektor kabaretu, ponieważ był ubrany we frak i cylinder (jeśli jeszcze raz ktoś mi napisze, że się czepiam strojów Heydricha i, że jestem przez to podłą osobą, to sami widzicie, że nie ja pierwsza to zauważyłam). Strój był taki a nie inny ponieważ jak pamiętamy z poprzedniego odcinka działalność S A i SS została zdelegalizowana. To jednak nie przeszkodziło przystroić kościoła wielką swastyką zrobioną z iglastych gałązek, ani zagrać w trakcie ślubu niesławną Horst Wessel Lied. Sam pastor również był nazistą, stąd zgodził się na tak makabryczny wystrój i ekscesy, w postaci „heilowania” gości. Na ślub panienki von Osten przybyło mnóstwo członków NSDAP z okolicznych wsi i miasteczek. Ona i jej brat byli już w nazistowskim środowisku dobrze znani, czym Lina zresztą mocno szczyciła się w swojej książce, w przeciwieństwie do pana młodego, który był „świeża krwią”.
             Na ślubie pojawiła się także rodzina Heydricha, mimo faktu, że Elżbieta nie przepadała za Liną, uważając ją za prostaczkę. Bruno skomponował i wykonał „Ojcze nasz” na tą okazję. Zaś Maria, siostra Reinharda zaśpiewała „Ave Maria”. O ile ta część ceremonii zapewne była bardzo profesjonalna i ładna, to niestety ta nazistowska jest rzeczą niezwykle odstręczającą. Zostało to zauważone i pastor, który ją prowadził został przez to przeniesiony do innej parafii. Wcześniej zdążył on pobłogosławić parę słowami Marcina Lutra „I nawet gdyby świat był pełen szatana, to nam się musi udać”. Chociaż funkcjonariusze policji nie mogli nikogo ująć na terenie kościoła, to zrobili to zaraz po zakończeniu ślubu. Aresztowali młodzieńców stojących w szpalerze, ubranych w białe koszule i czarne spodnie (grudzień a oni w samych koszulach, ktoś pamięta może piosenkę pewnego polskiego zespołu o zakładaniu czapki?) i pozdrawiających parę na „Heil Hitler”. Lina nie opisała przebiegu wesela. 

Na podstawie:
L. Heydrich, Muj zivot s Reinhardem
G. Deschner, R. Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej
 Zdjęcie:
M. Williams, Heydrich: The biography vol. 1 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Heydrich Charytatywnie (SIC!)

Reinhard Heydrich kwestuje z okazji Winterhilfswerk (Pomocy Zimowej). Rok wykonania fotografii 1936. Źródło: Max Williams, Reinhard Heydrich, The biography vol. I. Oryginał znaleźć można też w Das Schwarze Korps z 16 grudnia 1936 roku, podpisany jest Oto zadowolony Gruppenfuehrer Heydrich.

            Choć Winterhilfswerk utożsamiane jest głównie z III Rzeszą to idea ta pochodzi jeszcze z schyłkowego okresu Republiki Weimarskiej. Pierwsze WHW zorganizowane zostało w 1931 roku, jednak dopiero za rządów nazistów Pomoc Zimowa zyskała rozgłos.
         Wyjaśnijmy (bardzo) pokrótce na czym polegała WHW. Akcja ta zarządzana była przez Nationalsozialistische Volkswohlfahrt (Nazistowska Opieka Społeczna), statut stworzony był przez Ministerstwo Propagandy. Wszystkie wewnątrzpartyjne organizacje były mobilizowane do zbierania pieniędzy na biednych. Zebranych pieniędzy nie rozliczano indywidualnie, ale grupowo, stąd pośród różnymi zespołami panowała rywalizacja kto zbierze więcej.  Innym powodem dla którego zdecydowano się na taką formę pomocy biednym było zapobieganie żebractwu na ulicach i przygotowywanie posiłków czy noclegów, niż dawanie pieniędzy potrzebującym bezpośrednio (niewiele się zmieniło od tego czasu, często dając komuś na bułkę widzimy, że kończy się to kupnem napojów wyskokowych).
           Dodatkową atrakcją w WHW były fanty, które otrzymywali wpłacający. Wykonywane były one przez różne organizacje. Były to przeróżne plakietki, małe figurki, znaczki, przywieszki i inne, drobne precjoza. Czasami można je dostać na allegro i sporo osób trudni się ich kolekcjonerstwem ( jak choćby: http://www.whw.porcelanki.net/news.php ). 
Heydrich znów kwestuje źródło: Fm Zeitschrift 12/1937
         Inną formą wzięcia udziału w akcji było przekazywanie różnych dóbr materialnych do Pomocy Zimowej, które później trafiały do biednych.
        WHW miało też swoją ciemną stronę. Nadgorliwi kwestujący wylewali się na niemieckie ulice i wszyscy, prędzej czy później, padali ich ofiarą. Powstawały ulotki i gazetki informujące kto i ile wpłacił. Ci, którzy nie chcieli wspierać Pomocy Zimowej, czy nie byli zbyt hojni skazywali się na ostracyzm, przez co sąsiedzi patrzyli na nich krzywym okiem. W skrajnych przypadkach dochodziło do pobić.

źródła:
http://www.dhm.de/lemo/html/nazi/innenpolitik/winterhilf/index.html
http://www.documentarchiv.de/ns/1936/winterhilfswerk_ges.html
http://www.sammlerecke.at/whw/whwstart.html

sobota, 14 grudnia 2013

Początki kariery Heydricha w SS cz. II

znów pepitka
           Już 25 grudnia 1931 pod choinkę i na prezent ślubny (odbył się on 26 grudnia 1931 roku i zasługuje na osobną notkę) Heydrich otrzymał kolejny awans. Został Sturmbannführerem.
Tak więc skromne, dwupokojowe biuro Heydricha musiało pomieścić jeszcze jedną osobę, Linę. Ta nie należała do zdolnych kucharek i obiady gotowała im Viktoria Edrich. Nowożeńcy zajmowali jeden pokój, podczas gdy w drugim podwładni Heydricha, jak i on sam pracowali nad rozbudową swojej skromnej organizacji.
        Wkrótce jednak Reinhard znalazł dla siebie i swojej żony nowe lokum znajdujące się na monachijskich przedmieściach. Adres Lochhausen 55. Chociaż zapewne Heydrich miał szczere chęci żeby stworzyć dla siebie i małżonki, to ta skomentowała to miejsce następująco: „Była to istna ruina na pierwszym piętrze, z dziurami w podłodze na szerokość palca, ale mój mąż pomalował wszystko ładnie farbą olejną”. Była to rzadkość, bo Heydrich nie cierpiał jakichkolwiek prac w domu i bawienia się w dekoratora. Lina zaś miała problemy z adaptacją w nowym miejscu, nie pasowało jej towarzystwo, chociaż zaznajomiła się z sąsiadką, która udzielała jej lekcji gotowania, czuła się bardzo samotna, nawet wśród ludzi z partii, z którymi nie umiała znaleźć wspólnego języka. Największe faux pas popełniła głośno komentując tuszę i rozmiar buta pani Himmler, przez co skazała się na ostracyzm. Heydrich wrócił z nią do domu i pocieszał ją w autobusie, choć zapewne na niewiele się to wówczas zdało.
       Kiedy Lina siedziała w ich gniazdku wyglądającym jakby przeszedł przezeń huragan, Reinhard oddawał się pracy. Jego biuro nadal mieściło się w domu pani Edrich, do którego Reinhard dojeżdżał koleją trzeciej klasy mając tygodniowy bilet za 3,10 marek. „Biuro” brzmiało dumnie, jednak w istocie akta znajdowały się w pudełkach po cygarach posortowanych według grup wrogich wobec NSDAP, a dwa pokoje w wynajętym mieszkaniu. Stopniowo wpływy Heydricha zaczynały obejmować całą Bawarię, rozchodząc się dalej na cały kraj i zagranicę. Do akt lądowali wszyscy podejrzani, nawet ci z partii, którzy utrzymywali kontakty z „przeciwnikami”, bądź mieli coś na sumieniu. Powstawała ogromna baza danych, która wkrótce miała dać młodemu Heydrichowi władzę, o jakiej zapewne nawet nie śnił.
      W lutym 1932 roku przydarzył mu się niemiły incydent. Jeden z jego ludzi został ujęty w Oldenburgu. Był przesłuchiwany przez lokalną policję, gdzie wyznał, że przekazywał informacje do człowieka o imieniu Hans Kobelinski. Jego prawdziwego nazwiska policjantom nie udało się uzyskać. To dało Heydrichowi do myślenia, że Ic musi zostać zreformowane. Najważniejsze było zagwarantowanie niezależności jego organizacji, wydziały w jednostkach miały być zastąpione przez jego najbliższych współpracowników, którzy nie byliby częścią innych odnóg SS i NSDAP, ale podlegali bezpośrednio pod Heydricha. Rodzące się SD miało być elitą, nie zbiorem przypadkowych ludzi, którzy akurat mieli ochotę bawić się w informatorów. Wszyscy, którzy mieli mieć kontakt z Ic i podsyłać wiadomości, czy szpiegować musieli być osobiście dopuszczeni do pracy przez Heydricha, a nie jak dotychczas to było być wysyłani przez rozsiane wszędzie jednostki SS.
         Paradoksalnie Heydrichowi pomogło zdelegalizowanie SS i S A obowiązujący od kwietnia 1932 roku. Tak więc Ic zmuszone zostało do zmiany nazwy na PID – Presse- und Informationsdienst -Wydział Prasy i Informacji. To pozwoliło Heydrichowi oddzielić się nieco od „zakazanych organizacji” (choć był członkiem jednej z nich). Heydrich już wtedy zaczynał fantazjować o stworzeniu służb przypominających Brytyjskie Secret Service. Kazał tytułować się „C” (od chief- jak tytułowano szefa Secret Service), choć nie czarujmy się, jeszcze wtedy nie miał za bardzo ku temu powodów. Zdawał sobie jednak z tego sprawę mówiąc, że za jego pokolenia Niemcy nie dorównają brytyjskim agentom. Powód upatrywał w ludziach z partii, o których wypowiadał się w gorzkich słowach: „Taki cel wymaga bardzo inteligentnych ludzi, nie takich głupków, jakich często spotyka się w partii”. Stąd zależało mu na osobach z wyższym wykształceniem, nieuwikłanych w partyjne gierki i w pełni oddanych sprawie.
         Miesiąc później Heydrich wyruszył w podróż po całych Niemczech mająca za zadanie rekrutację nowego narybku do swojej organizacji. Udało mu się zaangażować w swoją działalność wielu doskonale wykształconych ludzi takich jak: Paul Leffler- inżynier. Doktor ekonomii i prawa Herbert Mehlhorn, doktor Wilhelm Albert (tak on się już tu pojawiał w kontekście domniemanych romansów Liny), doktor Johaness Schmidt i Carl-Albrecht Oberg, kupiec z Hamburga, późniejszy Obergruppenfuhrer. Heydrich wcześniej dokładnie przyjrzał się swoim przyszłym ludziom śledząc zgromadzone o nich akta zawierające ich biografię, sytuacje materialną i przeszłość polityczną, tą samą procedurę przeszły również ich żony.
 

Na podstawie:
G. Deschner, Reinhard Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej
R. Gerwarth, Kat Hitlera,
M. Williams, Heydrich: The Biography, vol. I
i Wspomnienia Liny Heydrich

Zdjęcie:
znalezione na tumblr, ale najprawdopodobniej zostało podprowadzone z:  http://bpkgate.picturemaxx.com/preview.php?WGSESSID=7d505bba86e4a01494b1fdb96e21ddef&UURL=8e5bca7be94a0a929da7a08c89cb9ce1&IMGID=10009981
(tak swoją drogą mam szczerą ochotę zakupić możliwość użycia go, w dużej rozdzielczości i bez watermarka na potrzeby bloga)

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Halle- Marienstraße 21, Poststraße 21 i Stadtgottesacker

      W ten weekend znów zawitałam w Halle. Tym razem w końcu udało mi się ruszyć dość krótkim szlakiem domów, w których mieszkał mały Reinhard Heydrich. Większość dzieciństwa i młodości spędził przy Gütchenstrasse 20 (pisałam o tym domu w czerwcu: http://plowabestia.blogspot.com/2013/06/berlin-i-halle-2013-cz-3-dom-heydrichow.html), jednak wcześniej mały Reini przeżył dwie przeprowadzki. Reinhard Heydrich pierwsze miesiące swojego życia, to jest: od 7 marca 1904 do lipca tego samego roku, spędził w domostwie znajdującym się na ulicy Marienstraße 21. Obecnie mieści się tam centrum handlowe, ale nie wykluczam również, że numeracja mogła ulec zmianie i jest to któraś z kamienic, po przeciwnej stronie ulicy (patrz zdjęcie 1 i 2).

Hansering
To tam w dwóch osobnych budynkach znajdowało się Konserwatorium Muzyczne Brunona Heydricha, które, tak jak wspomniałam wyżej, zostało przeniesione na Poststraße 21 w lipcu 1904 roku. Obecnie Poststraße nazywa się Hansering. Była to bardzo prestiżowa ulica. Usytuowana jest w ścisłym centrum miasta i znajduje się przy niej ratusz, a także malowniczy park, który pamięta jeszcze czasy młodości Heydricha. Budynek, w którym mieszkali i pracowali Heydrichowie miał cztery piętra. Na dole mieściły się sale lekcyjne, zaś na górnych kondygnacjach rezydowali Heydrichowie, w tym malutki Reinhard, który płakał na tyle głośno, że uczniowie słyszeli go na parterze. Poszukiwałyśmy Poststraße 21, jednak nie udało nam się dopasować zdjęcia do któregokolwiek z budynków. Przy Hansering 21 stoi teraz dość paskudny monument i wielopiętrowy parking. W 1908, bądź w 1908 roku Heydrichowie przenieśli się na
Gütchenstrasse 20 (o tym szerzej: http://plowabestia.blogspot.com/2013/06/berlin-i-halle-2013-cz-3-dom-heydrichow.html ).
pogrzeb Brunona, jak widać dużo czerni=głęboka żałoba
            Oprócz tych dwóch lokacji zajrzałyśmy również na cmentarz, na którym w 1938 roku został pochowany Bruno Heydrich. Stadtgottesacker ma niesamowicie długą historię, która sięga 1350 roku, kiedy to odbywały się na nim pochówki ofiar plag. Wtedy stała na nim kaplica św. Marcina. W 1547 została ona zniszczona i w jej miejscu powstał cmentarz. Od XIX wieku chowano tam zasłużonych mieszkańców Halle, w tym Brunona Heydricha. Jego grób nie przetrwał jednak bombardowania, podczas którego zniszczonych zostało wiele nagrobków. Szkody usunięto dopiero w 1947 i 1948 roku. Nie ma żadnych informacji o tym, gdzie leży kompozytor. Na niemieckiej wiki wśród wielu zasłużonych osobistości miasta nie znajduje się żadna informacja na temat ojca Reinharda Heydricha. Powód jest aż nadto oczywisty. Jego syn był zbrodniarzem wojennym. Czy to jednak powód żeby wymazywać zdolnego kompozytora z historii? Mam na stanie libretto i nuty do jego opery "Amen", zdobyte ogromnym trudem, jednak jego utworów nikt nie chce grać, nie dlatego, że są nieciekawe, ale ze względu na to, kim był jego syn. Odrobinę twórczości Heydricha seniora zaprezentowano w serii dokumentów czeskiej produkcji, poświęconych Heydrichowi w Protektoracie: http://www.youtube.com/watch?v=nLtszVOx8Ng



Źródła: 
Ulotka z cmentarza w Halle,
R. Gerwarth, Kat Hitlera,
M. Williams, Heydrich: The biography vol I. - stąd także zdjęcie z pogrzebu Brunona. 
 

niedziela, 1 grudnia 2013

Biel Szermierza, Czerń Muzyka- Heydrich w oczach bratanka

Reinhard-Szermierz pierwszy po lewo
          Recenzowałam dość dawno temu niepozorną książeczkę pt. „Mój stryj Reinhard Heydrich”, choć jest ona dla mnie mocno kontrowersyjnym skokiem na kasę, to jednak jest w niej parę interesujących fragmentów, jak choćby opisy stosunków panujących między Reinhardem i Heinzem, to mam pewne zastrzeżenia. Podejście Petera Thomasa w ogóle mi nie odpowiada, a jego pretensje wobec dzieci Reinharda są dla mnie w bardzo złym smaku i nie powinny w ogóle mieć miejsca.
           Choć bratanek Heydricha stanowczo odcina się od swoich korzeni (co prawda przyznaje, że jako młody chłopak był zafascynowany utalentowanym wujkiem), to jednak nie da się nie zauważyć, że z tej fascynacji, mimo wszystkich, kategorycznych zapewnień się nie wyzwolił (na podobną przypadłość cierpiał również Walter Schellenberg, którego wspomnienia poszarpane są pomiędzy „love” a „hate” względem szefa”). Świadczyć może o tym rozdzialik, w którym opowiada on o tym jak wraz ze swym ojcem odwiedzili wujka Reinharda podczas treningu szermierki. Jest on niezwykły ze względu na niezwykłą plastyczność charakterystyki Heydricha, która jest dość poetycka i raczej pod tym kątem należy ją rozpatrywać. Zapewne, opisywane przez bratanka Heydricha wydarzenia miały miejsce, tym bardziej, że tak mocno zapadły mu w pamięć, jednak z punktu widzenia poważnej historii nie są zbyt wartościowe, ale ja na szczęście nie jestem zbyt poważna.
         Peter Thomas miał wówczas 5 lat. Wydawało mu się, że panowie szermierze noszą maski przeciwgazowe, a całe otoczenie hali go przytłaczało. Chłopak dodatkowo był skonfundowany tym, że dziwnie wymachują dłońmi. Heinz wyjaśnił synkowi co się dzieje i powiedział, że jednym z walczących jest jego stryj, Reinhard. Malec był zafascynowany wysokim, szczupłym wujkiem odzianym białym uniform, jak i jego zdolnościami, tym bardziej, że ten radził sobie wyjątkowo dobrze. Peter Thomas wspominał jak stryj wykrzykiwał, czasem radośnie, czasem udając zdenerwowanie, by zdezorientować przeciwnika, a potem zdjąć maskę zamaszystym ruchem.
Gdy pojedynek dobiegł końca, Reinhard zbiegł do rodziny. Uściskał Heinza, a małego Petera Thomasa wziął na ręce, czym malec poczuł się znobilitowany, choć nadal był bardzo zdziwiony i przestraszony. Ot jakaś dziwna, jednakże niezwykła, biała figura uniosła go do góry i przytuliła. Ojciec co prawda trzymał go za rączkę, ale w głowie chłopca na długie lata utkwił uniform Reinharda, a także kontrast między przysadzistym rodzicem, a szczupłym wujkiem.
        Peter Thomas to spotkanie zderza z drugim, w którym dominująca była czerń. Sam przyznaje, że, zapamiętał je raczej jako urywek z filmu. Bratanek Heydricha był wtedy w jego domu w Schlachtensee. Bawił się z innymi dziećmi, najprawdopodobniej z synami Reinharda w wielkim ogrodzie, który zrobił na nim piorunujące wrażenie. Stryj zjawił się wówczas, ubrany w swój czarny mundur SS i nie mówił nic. Wziął do rąk skrzypce i zaczął grać wraz z Heinzem, który zasiadł do pianina. W głowie Petera Thomasa powstał wówczas pewien konflikt, ale jego fascynacja osobą wujka pogłębiła się jeszcze bardziej, wytwarzając, jak to sam nazwał „specyficzny związek”. Zastanawiał się jako dziecko, jak to możliwe, że ten sam człowiek jest muzykiem i sportowcem, że jest tak bardzo biały jako szermierz i czarny jako muzyk. 
       Wówczas nie miał pojęcia, że czerń munduru wujka, kryła w sobie wiele straszliwych zbrodni. 

Na podstawie: H. Wiedermann, A. Wiedermann, Můj stýc Reinhard Heydrich
Źródła zdjęć: Pinterest.

sobota, 23 listopada 2013

Początki kariery Heydricha w SS cz. I

bilet tygodniowy Heydricha z Monachium
           Początki kariery Heydricha w SS nie są zbyt dobrze opisane i artykulik, który napisałam nie wyczerpuje z pewnością tematu w stu procentach i sama do tego problemu będę jeszcze nie raz, nie dwa wracać, jak uda mi się zgromadzić więcej dokumentów. Póki co musicie zadowolić się tymi skromnymi ochłapami.
           Heydrich został SS-Mannem 14 lipca 1931 roku (o tym jak to się stało napiszę szerzej w innej notce), jednak już miesiąc później, dokładnie 10 sierpnia Himmler mianował go SS-Sturmführerem i został wysłany do Monachium. Jego pensja, jak już wcześniej wspominałam, nie należała do wysokich, a sam Heydrich przyjął posadę dlatego, że marzył o pracy w mundurze i byciu na powrót oficerem. Jednak nowa praca znacznie odbiegała od tego, co było mu znane z marynarki. Heydrich został wcielony do Ic-Dienst, wydziału zajmującego się wywiadem i rozpoznaniem przeciwnika. Himmler wręczył swojemu podwładnemu akta, które stanowiły zalążki informacji na temat wrogów partii. Heinrich gromadził je sam i były to wycinki z gazet na temat różnych person. Można więc powiedzieć, że było to tyle, co nic. Choć formalnie Heydrich nie był szefem Ic-Dienst, to w istocie nie miał nikogo do pomocy i jego wydział był jednoosobowy. To zdecydowanie nie ułatwiało mu pracy, podobnie jak fakt, że Ic, czy SD, jak to nazywano je później powstała w czasie, gdy NSDAP nie było jeszcze u władzy i było aktywnie zwalczane. Dodatkową niedogodnością był fakt, że w Brunatnym Domu, jak i w całej NSDAP istniało jeszcze wiele innych wydziałów wywiadowczych. Heydrich kwitował ten fakt, jedynie tym, że jego położenie jest „niewygodne”.
           Pierwszym biurem Reinharda był jeden z pokoi niesławnego Brunatnego Domu, który dzielił z Richardem Hildebrandtem. O dziwo zamknięty w sobie Heydrich znalazł z nim szybko wspólny język. Hildebrandt był od niego osiem lat starszy studiował wiele kierunków i wiele podróżował. Reinhard miał do swojej dyspozycji jedynie stół i krzesło. Maszynę do pisania musiał pożyczać od nowego kolegi w określonych godzinach. Choć warunki były spartańskie, Heydrich był w stanie zorganizować swoją pracę tak, by gromadzić nowe informacje i kompilować je z tymi, które otrzymał od Himmlera.
         Heydrich pogrupował zatem, wrogów NSDAP. Za największe niebezpieczeństwo uznał wszelakiego rodzaju organizacje o charakterze politycznym. Wśród nich były partie komunistyczne, socjaldemokratyczne, ludowe, a nawet inne partie narodowe. Kolejnymi do zwalczania były kościoły (oczywiście na pierwszym miejscu w oczach Heydricha), masoneria, Żydzi. Heydrich nazywał ich „zjednoczonymi ideowymi przeciwnikami”. Do swojej pracy podchodził z niezwykłym zapałem i ambicją, która umożliwiła mu szybkie awanse, jednak do tego przejdziemy później.
Reinhard stworzył plan „rozbijania od wewnątrz” wrogów politycznych. Wymyślił, również, że należałoby stworzyć kolejny wydział SS zwalczający szpiegów, którzy panoszyli się w NSDAP. Swoje idee umieścił w referacie, który wygłosił w Brunatnym Domu.
       Najprawdopodobniej przemowa trafiła na podatny grunt,jako, że już we wrześniu 1931 roku „nakazano utworzenie w trybie natychmiastowym referatu Ic”. Do Heydricha spływało coraz to więcej informacji, które grupował w pudełkach po cygarach. Wkrótce udało mu się także wykryć szpiega w Brunatnym Domu pracującego dla policji politycznej. Ta zaś utraciła wgląd do tego co działo się na Briennerstraße 45. Himmler był wniebowzięty i przeniósł swojego przełożonego do prywatnego mieszkania mieszczącego się na Türkenstraße 23, gdzie miał mieć zapewnioną większą prywatność i względny spokój, co sprawiło, że Heydrich zaczął pracować jeszcze skuteczniej. Mieszkała tam Viktoria Edrich, gorliwa nazistka, znana z tego, że po puczu monachijskim trzymała w szafie Sztandar Krwi. Reinhard miał do swojej dyspozycji dwa pokoje ulokowane na czwartym piętrze i dostał pozwolenie na zatrudnienie trzech asystentów. Szef jednak nie okazał się na tyle hojny, żeby dać podwładnemu maszynę do pisania i nowe meble. Heydrich wziął swój skromny majątek z Brunatnego Domu ze sobą. Hildebrandt jednak okazał łaskę koledze i nadal udostępniał mu swoją maszynę, która była wożona od Brunatnego Domu do biura Heydricha tramwajem. Na otarcie łez Heydrich został mianowany SS-Hauptsturmführerem. 

Na podstawie:
R. Gerwarth, Kat Hitlera
G. Deschner, Reinhard Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej

Zdjęcie: 
M. Williams, Heydrich: The biography, vol. I
Z ciekawostek, to zdjęcie pochodzi z nieco późniejszego czasu, jak Heydrich mieszkał już gdzie indziej, opiszę to oczywiście w następnym odcinku, a wy możecie się rozkoszować kolejnym wspaniałym krawatem w pepitkę. :D 

czwartek, 21 listopada 2013

Heydrich na Onecie po raz kolejny + 26 listopada

 http://wiadomosci.onet.pl/prasa/kat-hitlera/vvxey Reinhard znów na Onecie. Tym razem wielu potknięć nie ma. Wspomnienia Liny ukazały się w 1974 roku, a ona sama nie dostała pałacyku (dla mnie to cały pałac) po śmierci męża, ale wprowadziła się tam z nim i dziećmi jeszcze za jego życia. No i takie tam pomyłeczki, ale mocnej tragedii nie ma.

Oprócz tego przypominam o spektaklu Katarzyny i mojej wystawie. Wbrew temu co mówi plakat event zaczyna się o 18:00. Dodatkowo o 19 prowadzę prelekcję o Heydrichu i mam nadzieję, że zainteresuję tematem parę osób. W czasie wydarzenia będzie też można zakupić książkę Roberta Gerwartha "Kat Hitlera" po okazyjnej cenie, więc tym bardziej warto wpaść, jeśli ktoś jeszcze się w nią nie zaopatrzył.

środa, 20 listopada 2013

Bracia Krantz i ich żony- wujkowie i ciotki Reinharda Heydricha

Johannes i Curt Krantzowie z matką, Marią.
          Dzięki pomocy, której udzieliło mi Miejskie Archiwum w Dreźnie udało mi się dotrzeć do historii rodzeństwa Elżbiety Krantz (matki Reinharda, jakby ktoś jeszcze nie wiedział). Do eksplorowania tej części historii skłoniły mnie wzmianki o żydowskiej cioci Reinharda, jak i opowieści o wojnie o drezdeńskie konserwatorium jaką rodzina Krantzów prowadziła z rodziną Heydrichów.
          Informacje o wujkach Reinharda w rzeczy samej są bardzo interesujące i dziwnym jest, że biografowie Heydricha nigdy nie rzucili na nie okiem.
Przejdźmy zatem do rzeczy i zajmijmy się wujkami wraz z ich żonami po kolei.
          Starszym z nich był Johannes Krantz, urodzony 21 lipca 1870 roku w Dreźnie. Studiował na Politechnice w Dreźnie a później pracował na kolei jako inżynier. Po śmierci Eugena Krantza został współwłaścicielem konserwatorium muzycznego. Johannes zmarł 29 października 1932 roku. Zajmijmy się jednak jego żoną. Nie miała ona na imię Iza Jarmy, jak twierdzą biografowie Heydricha. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia skąd wzięło się to imię i nazwisko. Pierwszy raz widziałam je we francuskiej książce „Heydrich  le violoniste de la mort”, informacja o niej powtórzyła się również u Roberta Gerwartha, który wydaje się bardzo solidną firmą, ale jak widać i jemu zdarzyło się potknięcie w tej sprawie. W istocie Iza Jarmy nazywała się Boriska Lobstein. Zgadza się, że pochodziła ona z Węgier i była Żydówką. Urodziła się w 1880 roku, dokładnie 8 sierpnia. Francuscy autorzy przypisywali jej doradzanie nastoletniemu Reinhardowi w sprawach wyboru zawodu, a młody chłopak bardzo za nią przepadał. Nie jestem w stanie potwierdzić tego, czy temu zaprzeczyć, ale jak wybiorę się do Drezna mam nadzieję znaleźć więcej informacji na ten temat. Co jednak jest stuprocentowo pewne to dalsze losy Boriski, które były bardzo tragiczne. 15 listopada 1943 roku ciocia Heydricha znalazła się w transporcie do Teresina. Przebywała w obozie do 15 maja 1944 roku, kiedy to została przewieziona wraz z 2500 innymi osobami do Auschwitz, gdzie następnie została zamordowana. Paranoja nazizmu w najczystszej formie.
          Inaczej zarysowały się losy drugiego, młodszego z braci Krantz. Curt Krantz urodził się 1 lipca 1874 roku w Dreźnie. To on głównie dbał o drezdeńskie konserwatorium. Nie był on jednak tak zdolnym dyrektorem jak jego ojciec i uczelnia stopniowo podupadała. Dodatkowym ciosem dla niej były rządy nazistów, którzy stwierdzili, że uczelnia nie spełnia ich norm i nie przygotowuje należycie niemieckiej młodzieży do muzykowania. Co ciekawe Curt Krantz nie miał zielonego pojęcia czym zajmuje się jego siostrzeniec. Dowiedział się o tym dopiero, kiedy Maria, siostra Reinharda wysłała do „Ukochanego wujka” list, w którym groziła mu, że jej brat się za niego weźmie. Heydrich jednak nie wydawał się w ogóle zainteresowany tym co porabia jego rodzina i „nie dobrał się” do spraw Curta. Kiedy Bruno i Elżbieta popadali w coraz to większe problemy finansowe wynajął im prawnika o czym pisałam już w tej notce: (http://plowabestia.blogspot.com/2013/08/reinhard-heydrich-vs-maria-heydrich.html ). Z wujkami zatem nie był blisko związany, ale wyglądało na to, że nie miał zamiaru ich krzywdzić. Curt jednak pragnął wkraść się w łaski narodowych socjalistów, wstąpił do partii i starał się dołączyć do gestapo. Udało mu się to w 1942 roku, ale jego kariera nie potrwała zbyt długo, bowiem zmarł w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia w tym samym roku. Donosy jakie pisał, jeśli jakiekolwiek zdążył napisać, nie zachowały się.
        Interesującą postacią była jego żona, którą poślubił w 1910 roku. Podobnie jak małżonka Johannesa, pani Ferdinanda Olsen była cudzoziemką. Pochodziła z Danii, urodziła się 23 lipca 1890 roku w Kopenhadze. Zmarła 24 sierpnia 1943 roku w Dreźnie. O ile o działalności pani Lobstein nie wiemy za wiele to „Nanda” Krantz była osobą niezwykle barwną. Aktywnie udzielała się w organizacjach sufrażystek i wraz z nimi walczyła o prawa kobiet. W latach 20 była nawet kierowniczką w fabryce, jednak z czasem jej biznes podupadł. Była także dyrektorką drezdeńskiego Głównej Niemieckiej Organizacji Kobiet (w wolnym tłumaczeniu). Wspierała również działalność charytatywną, wspomagała dom dziecka w Breisnitz i akademik w Dreźnie. Jej córka poszła w ślady matki i była przez nią wspierana. Hildegarda Krantz postanowiła zająć się medycyną i studiowała na uniwersytetach we Freiburgu i Zurychu. W czasie wojny nie przerwała ona swojej kariery i pracowała w Instytucie Anatomicznym na Uniwersytecie w Marburgu. Musiała jednak zrezygnować z tej posady, ze względu na słaby stan zdrowia. W 1974 roku zmarła bezdzietnie. Drugim dzieckiem Nandy i Curta był Helmut Krantz. Utalentowany matematyk studiował w Gottingen, jednak został powołany do Wehrmachtu i w 1942 roku zginął na froncie wschodnim. Było to parę miesięcy przed śmiercią jego rodziców.
      Na razie tylko te informacje o rodzinie Krantzów udało mi się zgromadzić, przy najbliższej wizycie w Dreźnie postaram się przywieźć wam coś więcej, bowiem pracownicy zaznaczyli, że mają całkiem sporo materiałów. 

Na podstawie: Sächsisches Archivblatt, nr 2/2011, Markus Seemann, Nicht nur Harmonie im Dresdner Konservatorium – Nachlass im Stadtarchiv Dresden dokumentiert den Niedergang einer angesehenen Musikerfamilie
Źródło zdjęcia: jw.

wtorek, 19 listopada 2013

Zagadkowa Śmierć Reinharda Heydricha, odcinek II

Szpital Bulovka w latach 30
             Doktor Dick zajmował się Heydrichem do 29 maja. Jednak już 27 maja wieczorem przybył lekarz Himmlera Karl Gebhardt (znany z przeprowadzania pseudonaukowych eksperymentów na więźniarkach w Ravensbruck). Nie cieszył się on dobrą sławą w swoim środowisku, jednak zaskarbił sobie sympatię Reichsfuhrera i udało mu się wybić, chociaż zdecydowanie nie był on dobrym lekarzem. Raportował on notorycznie o stanie zdrowia Reinharda Himmlerowi. Wraz z nim w Pradze stawił się profesor Sauerbruch, mentor Gebhardta i przyjaciel Heydrichów.
           Wówczas zaczęły się dziać na Bulovce rzeczy dziwne. Dla Heydricha zamawiano ogromne ilości morfiny, co pielęgniarki tłumaczyły tym, że najprawdopodobniej któryś z lekarzy był morfinistą. Dawki dla Heydricha nie są znane, jednak Defalque sugeruje, że mogły być spore (tu pada kolejna informacja z cyklu, wasze życie nie będzie już takie samo. Swoją drogą powinnam o tych danych zrobić osobną notkę, bo od założenia bloga dostałam ponad 15 maili z zapytaniem „Jakiego wzrostu był/ile ważył Reinhard Heydrich?” odpowiedź z artykułu: waga 93 kg, wzrost 190 cm) , jako, że Heydrich był odwiedzany przez swoją żonę i towarzyszy z SS, wliczając jego szefa, a jego ból mógł być dosyć spory. Podczas wizyty Himmlera panowie rozmawiali o przeznaczeniu, a Heydrich, który zazwyczaj był zdystansowany i chłodny, robił wrażenie znacznie bardziej łagodnego i przyjemnego, zacytował fragment opery swojego ojca: „Świat jest jak katarynka, na której gra nasz dobry Bóg, każdy ma do odtańczenia taniec zapisany na jej wałku”. W podobnej atmosferze przebiegały jego spotkania z żoną. Zależało mu, żeby wróciła ona na Fehmarn razem z dziećmi. Jak już wiemy, tak się jednak nie stało, aż do końca wojny.
            Heydrich czuł się jednak coraz gorzej. 2 czerwca dostał gorączki (38-39 stopni), a z jego rany nastąpił wyciek krwi. Choć wszyscy dookoła zalecali wykonanie kolejnej operacji, to Gebhardt się tego nie podjął, bo uznał, że nie ma takiej potrzeby. 3 czerwca 1942 Gebhardt meldował Himmlerowi, że sytuację udało się opanować. Jednakże około południa tego samego dnia, kiedy Reinhard siedział w łóżku i jadł drugie śniadanie doznał wstrząsu i zapadł w głęboką śpiączkę. Lina twierdzi co prawda, że obudził się jeszcze i pytał ją czy jeszcze go odwiedzi, jednak Defalque uznaje, że jest to wątpliwe. Możliwe, że ta sytuacja miała miejsce wcześniej, bądź Lina będąc w szoku ją sobie wmówiła. Kto wie? Ja się nie znam na medycynie więc zostawiam tą sprawę otwartą. Pewnym natomiast jest, że Reinhard Heydrich zmarł 4 czerwca 1942 roku o 4:50 rano.
Do autopsji i możliwych przyczyn przejdziemy w następnym odcinku. 

Źródła:
G. Deschner, Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej
Zdjęcie:
 

Dlaczego Heydrich?

             Pozwólcie, że dzisiejsza notka będzie utrzymana w odrobinie innym tonie, niż zazwyczaj, a do napisania jej skłoniła mnie dyskusja pod wpisem z pierwszego listopada dotyczącym ogrodu w Panenskich Brzezianach (dla zinteresowanych podaję link: http://plowabestia.blogspot.com/2013/11/panenske-brezany-cz-iii-ogrod.html#comment-form przeczytajcie i sami wyróbcie sobie opinię).   
             Dzięki niej zdałam sobie sprawę, że właściwie nigdy nie napisałam otwarcie, w formie „oświadczenia do ludu”, dlaczego zajmuję się takim, a nie innym tematem w taki a nie inny sposób, oczywiście zainteresowanym zawsze odpisywałam w komentarzach (zazwyczaj za pomocą jednej copypasty), w tym przypadku jednak same komentarze okazały się niewystarczające, a nierozstrzygnięta sprawa zaś, jak również oskarżenia, które padły pod moim adresem, są dla mnie niezwykle przykre i chciałabym mieć tutaj choć jedną notkę, do której będę mogła odsyłać, jeśli, nie daj Bogini, będzie mieć miejsce podobna sytuacja. Miejsce, w którym wytłumaczę i nakreślę swój punkt widzenia. Może dzięki temu w przyszłości uda mi się uniknąć podobnych nieporozumień. Na wstępie chciałabym po raz kolejny podkreślić i zaznaczyć, że nie żywię żadnych negatywnych emocji w stosunku do rodziny Reinharda Heydricha. Mimo, że nie miałam jeszcze przyjemności poznać osobiście jego syna, Heidera. Pomimo całej zaistniałej sytuacji, mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda, ponieważ spotkanie z tak heroiczną, wytrwałą i inspirującą do działania osobą byłoby w istocie spełnieniem moich marzeń. Nie mam jednak zamiaru niepotrzebnie go niepokoić czy drażnić, ponieważ zdaję sobie sprawę, iż jest on osobą starszą, która na dodatek bardzo dużo przeżyła. Niemniej jednak, oskarżenia o to, że kiedykolwiek wypowiadałam się o nim lub o jego rodzinie w sposób obraźliwy czy uwłaczający ich godności jest dla mnie bardzo przykry, ponieważ zawsze starałam się bronić ich przed nieprzyjemnymi komentarzami właśnie. Jedyną osobą, o jakiej wypowiadam się w sposób prześmiewczy (staram się jednak zawsze zachować dobry smak i klasę) jest Lina Heydrich, jednak jej zachowanie oraz postawę, którą sobą reprezentowała, uważam za tak karygodną, że naprawdę, nie potrafię znaleźć w sobie żadnego ciepłego uczucia, którym mogłabym obdarzyć tę kobietę. Być może jest to mój osobisty problem i jeżeli któregokolwiek członka rodziny Heydrichów w ten sposób uraziłam – przepraszam. Jeśli jakąkolwiek rzeczą, którą napisałam na tym blogu uraziłam kogokolwiek z rodziny Heydrichów – przepraszam. Na pewno nie zrobiłam tego celowo. Bardzo poważnie traktuję swoje zainteresowanie Heydrichem, poświęcam temu sporo swojego czasu, aby poznać jak największą ilość faktów historycznych – bardzo chciałabym stworzyć chociaż namiastkę rzetelnej biografii Heydricha, która pozwoli mi w pełni zrozumieć to, co nurtuje mnie od początku zainteresowania nim: dlaczego człowiek o tak wielkim potencjale do czynienia dobra dokonał tak straszliwych czynów.
             Moje poszukiwania doprowadziły mnie do dnia dzisiejszego do trzech wyraźnych wniosków - po pierwsze, polityka potrafi niszczyć nawet najlepszych ludzi, po drugie, otoczenie bardzo silnie potrafi wpływać na jednostkę, na dobrą sprawę każdy może stać się Heydrichem swoich czasów, w zależności od tego, jakie wpływają na niego bodźce i jak bardzo podatny jest na presję ze strony otoczenia, po trzecie, takie postacie nie mogą zostać zapomniane, ponieważ ich czyny zostaną zapomniane, jeśli zaś tak się stanie, istnieje obawa, że przytrafią się one jeszcze raz. Jednym z powodów, dla którego założyłam bloga poświęconego głównie jednej, konkretnej postaci jest to, że jest ona w Polsce kompletnie nieznana. Wielu studentów judaistyki (!) nawet nie potrafi przyporządkować tego nazwiska do odpowiedniej ramy historycznej. Dzięki tej stronie młodzi ludzie, którzy nazwiska Heydricha nie mieli okazji słyszeć na lekcji historii, mogą dowiedzieć się o nim, a także o jego zbrodniach czegoś więcej, co może być swoistą formą "terapii", prowadzącą być może kiedyś do "wybaczenia" (choć ciężko mówić o wybaczaniu ludzi, którzy nie przeżyli tego na własnej skórze), ale nigdy do zapomnienia. Uważam także, że niezwykle ważna jest pamięć o tym, że Heydrich był człowiekiem takim jak my, żywą, myślącą, zdolną do wyższych uczuć istotą i nie powinno się mu tego odmawiać. Sądzę, że nic nie jest ani białe, ani czarne, istnieje za to nieskończenie wiele odcieni szarości – zbrodnicze rządy Heydricha w Pradze nie przekreślały tego, że był dobrym ojcem, ale też jego szermiercze sukcesy nie przekreślały konferencji w Wannsee, i nie powinno się zapominać ani o jednej ani o drugiej stronie, właściwie zaś awersie i rewersie tej samej monety. Kolejną kwestią są moje przekonania religijne. Jestem osobą bardzo wierzącą, poganką, nie wychowaną w kulturze katolickiej, nie wierzę więc w piekło ani w niebo. Wierzę natomiast w nieśmiertelną duszę i w to, że jeśli dokonała ona jakichś zbrodni, po czym tego żałuje i przejawia chęć naprawy ich (Reinhard Heydrich miał zaś wyrzuty sumienia, o czym świadczą chociażby epizod strzelania do własnego odbicia w lustrze, czy zeznania jego przyjaciela z lat dziecinnych Ericha Schultze, których jeszcze tu nie omówiłam, a do których się zabieram) jest w stanie odpracować swoje winy i odzyskać spokój, czego z całego serca życzę nie tylko jemu, ale wszystkim zbrodniarzom wojennym. Akurat w tym nie jestem tak bardzo odległa w przekonaniach od wiary katolickiej, która zakłada zarówno życie duszy nieśmiertelnej po śmierci (nazywaną czasem „obcowaniem świętych”) jak i ideą odpokutowywania swoich win (przykład tzw. dobrego łotra). Tym bardziej dziwią mnie częste głosy, jakoby Heydrich oraz członkowie rodziny mieli być przez jego zbrodnie wiecznie potępieni i byli skazani tylko i wyłącznie na piekło. Proszę jednocześnie, aby nie oskarżać mnie teraz o banalizowanie jego zbrodni, są one niezaprzeczalnie moralnie karygodne i bezsprzecznie zasługują na jednoznaczne potępienie. Próbuję tylko opisać, jakie są moje przekonania na temat duszy ludzkiej i tego, co dzieje się z nią po śmierci. Jak mówi przysłowie, każdy jest też kowalem swojego losu i ze względów oczywistych nie wiem, jaką drogę wybierze Heydrich, mogę mieć tylko nadzieję, że jasny, artystyczny aspekt w końcu przezwycięży ten zbrodniczy. Generalizując bardzo mocno: odważyłabym się stwierdzić, iż na potępienie zasługują zbrodnie, nie zaś człowiek, który je popełnił, nie wiadomo bowiem, co dokładnie go do tego skłoniło, różne mogły być tego powody, a i różnie może wyglądać kondycja jego ducha na chwilę obecną. Nie twierdzę, że moje przekonania są jedynymi słusznymi, proszę jednak o uszanowanie ich, tak jak ja szanuję przekonania innych.  
          Pozostała jeszcze tylko jedna kwestia: forma, w jakiej piszę swoje notki. Uważam, że powinny być one w jakiś sposób atrakcyjne dla czytelników, dlatego staram się pisać w sposób lekki i przystępny, z użyciem wielu wyrażeń kolokwialnych. Ci, którzy mieli okazję mnie poznać wiedzą też, że jestem osobą dosyć mocno emocjonalną – czasem więc moje notki i komentarze mogą być uznane przez kogoś za obraźliwe, nie zamierzam ich jednak zmieniać, z prostej przyczyny – taka właśnie jestem. Mam nadzieję, że dzięki tej notce wyjaśniłam wiele nurtujących moich czytelników kwestii. Jednocześnie chciałabym podziękować anonimowemu czytelnikowi, dzięki któremu miałam okazję zastanowić się chwilę nad powodami moich zainteresowań. Mimo, iż napisał on, że nie zamierza on już w żaden sposób komentować mojego bloga, bardzo go o to proszę – tak, jak już wcześniej pisałam, nie jest moją intencją krzywdzenie jakiegokolwiek członka rodziny Heydrichów, nie znam ich jednak osobiście, a skoro mogę obcować z taką osobą, byłabym niezmiernie wdzięczna za jakieś wskazówki dotyczące prowadzenia go, wypunktowanie mi, czego mam w przyszłości unikać, jestem bowiem otwarta na współpracę, nauczona jednak doświadczeniem obcowania z anonimowymi psycholami, grożącym mi i moim bliskim śmiercią po wymianie kilku komentarzy wolę dmuchać na zimne. 

         Bloga oczywiście oraz zainteresowania Heydrichem porzucać nie zamierzam. Za dużo notek mam rozgrzebanych Obiecuję już więcej się nad tym nie rozwodzić i w następnym wpisie przejść do konkretów. Mam nadzieję, że do tego czasu anonimowy komentujący już się ze mną skontaktuje.

piątek, 15 listopada 2013

Zagadkowa Śmierć Reinharda Heydricha, odcinek I

W notce pojawia się goła klata Heydricha, stąd rys. poglądowy.
   Po pierwsze, jeśli jesteście wrażliwi na opisy operacji i duże ilości krwi to tego nie czytajcie.  

    Dawno, dawno temu natrafiłam w internecie na niezwykle ciekawy artykuł opowiadający o śmierci Reinharda Heydricha. Temat ten jest naprawdę trudny, bo ciężko stwierdzić co naprawdę sprawiło, że Heydrich umarł. Teorie są różne i w doskonały sposób całą dostępną wiedzę podsumował profesor anestezjologii Ray J. Defalque w swoim artykule pt "Puzzling Death of Reinhard Heydrich". Zapewne sporo moich czytelników nie operuje angielskim, toteż zdecydowałam się napisać streszczenie i podsumowanie najważniejszych tez. Dla tych jednak, którzy znają angielski polecam lekturę oryginalną, bo ja nie jestem w stanie przekazać informacji na tyle profesjonalnie co pan Defalque. Link do oryginału: http://pl.scribd.com/doc/73835579/The-Puzzling-Death-of-Reinhard-Heydrich-Defalque-Wright
        Na dobrą sprawę sytuacja ze śmiercią Heydricha i poszukiwaniem co było jej przyczyną rysuje się bardzo beznadziejnie. Lekarze, którzy go operowali już nie żyją, a dokumenty przechowywane w Bulovce zostały zatopione w 2002 roku w powodzi. Przyjrzał im się jedynie Honzik w swojej książce "Za Heydrichem otaznik", ale napisał tam niewiele, prócz tego, że Heydrich był operowany "na żywca" i miał dializę z żyły do żyły, podobno dawcą krwi był jakiś esesman, jednak Honzik nie podał jego nazwiska. Jednak informacje te zdają się kolidować z tymi, które przedstawia Defalque, gdzie Heydrich jednak został znieczulony eterem.
      Heydrich wylądował na Bulovce dzięki pomocy udzielonej mu przez Czechów około godziny 11:00. Pierwszy zajął się nim doktor Snajdr.
Heydrich siedział z gołym torsem (patrz rysunek poglądowy) na leżance, był cichy i zdystansowany. Nie panikował, chociaż z jego lewego boku sączyła się krew. Snajdr zawołał doktora Dicka i doktora Slalina. Zastępca tego pierwszego zobaczył ranę pacjenta o wymiarach 10 na 5 cm. Dick przyszedł chwilę później i znalazł w ranie kawałki metalu i tapicerki. Z początku spodziewał się, że była rana była zlokalizowana jedynie w obrębie klatki piersiowej i liczył, że sprawa zostanie załatwiona od ręki, ale na wszelki wypadek zlecił zrobienie rentgena. Heydrich chociaż zawieziony na wózku do odpowiedniego pokoju zaczął zgrywać bohatera i do maszyny podszedł o własnych siłach. Zdjęcia wykazały odmę płucną po lewej stronie, złamanie lewego żebra, naderwanie przepony i kawałek metalu znajdujący się w śledzionie. Nerka i kręgosłup były nietknięte.
          Dick zalecił wykonanie natychmiastowej operacji, ale Heydrich dalej zgrywał twardego i zażyczył sobie chirurga z Berlina. Dick przekonywał go, że to nie ma sensu i, że dobrym lekarzem jest doktor Hohlbaum. Reinhard zgodził się w końcu po paru minutach zastanowienia. Następnie zajął się nim doktor Honek, który miał go znieczulić, a jako jedyny umiał obsługiwać brytyjską, nowoczesną maszynę jaką dysponowała Bulovka. Honek zastał Heydricha leżącego na stole operacyjnym równie spokojnego i zdystansowanego, jak miało to miejsce o godzinie jedenastej. Honek wypytywał go jeszcze o ewentualne ubytki w zębach, jednak Heydrich zignorował go i Honek sprawdził sam. Po tym Honek znieczulił go aplikując mu eter. Operacja zaczęła się około południa i skończyła godzinę później. Na jej początku Heydrichowi wtłoczono krew grupy A (z serii bardzo ważne informacje, bez których wasze życie nie będzie już takie samo, tak Heydrich miał grupę krwi A). Pod koniec operacji zaś powtórzono tę czynność aplikując pacjentowi na dodatek antytoksyny przeciwko tężcowi i gangrenie. Heydrich po dializie poszedł spać i tu lekarze zajęli się jego raną i złamanym żebrem. Następnie pacjenta przewrócono na plecy i zafundowano mu otwarcie jamy brzusznej. Lekarze działali w ogromnym stresie i zmieniali się co jakiś czas. Śledziona Heydricha krwawiła obficie a krew z niej wypełniała jamę otrzewnej. Wówczas zdecydowano się by śledzionę usunąć. Znajdował się w niej spory (8 na 8 centymetrów) odłamek granatu i tapicerki z auta Heydricha. Dick zaszył jeszcze końcówkę trzustki, po czym zamknął jamę brzuszną. Heydrich zniósł operację dobrze. 
         O godzinie czternastej senny Heydrich został przewieziony do gabinetu doktora Dicka, który został zmieniony w prywatny pokój Zastępcy Protektora Rzeszy, ten został w nim aż do swojej śmierci. Pacjenci zostali przeniesieni w inne miejsce i całe skrzydło szpitala zapełniło się esesmanami. Heydrich został odwiedzony przez Linę zaraz po swoim przebudzeniu. 
 Ciąg dalszy nastąpi.


Rysunek poglądowy pochodzi z dokumentu z serii Heydrich: konecne reseni (konkretnie z ostatniego odcinka). 

środa, 6 listopada 2013

Miroslav Honzík - Za Heydrichem otazník - recenzja

        Czasami bywa tak, że potrzebuję przeczytać jakąś złą książkę, czy obejrzeć zły film. Może takie brukanie własnego czasu nie należy do rzeczy chwalebnych, ale potrafi dostarczyć sporo radości. Ta książka przykuła moją uwagę samym opisem, który brzmiał nieco jak wyciągnięty z Pudelka, albo twórczości jakiegoś celebryty chcącego rozliczyć się z mitami na temat własnej osoby.
        Honzik zaś chciał rozliczyć się z mitami na temat Heydricha, a przy okazji natworzył groma swoich nieprawd. Po pierwsze książka nie ma absolutnie żadnej bibliografii, a to jest jedna z jej większych bolączek. Druga sprawa, jest napisana fatalnym językiem mającym jak najbardziej obrzydzić nazistów, przez co niekiedy tworzą się kuriozalne zaprzeczenia. W jednym rozdziale oficerowie SD to półgłówki, w innych elita intelektualna. To jeden z przykładów, ale na dobrą sprawę jest ich mnóstwo. Trzecią bolączką, jest to, co dotyka i lepszych biografów: mało Heydricha w Heydrichu. Tak na dobrą sprawę to jakieś ogólne, kiepściutkie opracowanie na temat Trzeciej Rzeszy, gdzie od czasu do czasu pojawi się Heydrich. Mam niemiłe wrażenie, że częściej od tytułowego bohatera na kartach "Za Heydrichem otaznik" figuruje Walter Schellenberg, który służył tu jako jedno z głównych źródeł wiedzy autora. A to nie oznacza niczego dobrego. Schellenberga czyta się cudownie, jest wspaniałym wodolejem, jednak wszystko co pisze trzeba brać z pewną (dużą) rezerwą. Honzik oczywiście pisze to co i ja zdanie temu, ale robi zupełną przeciwność (ha, nie on jedyny) i powołuje się głównie na Waltera. To samo ma z Kesslerem, aka Wightonem, gani jego, beznadziejną zresztą, twórczość, ale sam nie potrafi zerwać z odwołaniami do niej. Jedynym ciekawym rozdziałem, jest ten o pobycie w szpitalu. Autor dysponował bowiem materiałami archiwalnymi zgromadzonymi w Bulovce. Gdyby ich nie zeskanował i nie umieścił jako dowód pośród ilustracji, to w sprawę bym zupełnie nie uwierzyła, jako, że brak bibliografii najczęściej oznacza zapełnianie pustych kart własną wyobraźnią, ale na całe szczęście Honzik pochwalił się tym co miał i sądzę, że raportom lekarskim warto się przyjrzeć.
           Poza tym to lekturę odradzam, chyba, że osobom, które chcą się uczyć obraźliwych czeskich frazeologizmów. Książkę można dostać w czeskich antykwariatach. Ceny między 30 a 60 koron.
          
Moja ocena:



              PS. Jeszcze jedno. Rzeczywistość jest strasznie mało widowiskowa. Na okładce widzimy Heydricha ze Speerem, a w tle Praską Katedrę. Ta sama fotografia znajduje się w środku książki i nie jest wyjaśnione, że to fotomontaż. W istocie to zdjęcie było cyknięte w Pradze, podczas wizyty Speera, ale w tle mamy drzewko, słup i dwóch osobników w kapeluszach:
źródło: http://multimedia.ctk.cz/cs/foto

poniedziałek, 4 listopada 2013

Lotnictwo Wojskowe nr 1/2000 - Pilot Myśliwski Reinhard Heydrich

       W końcu udało mi się dorwać tą gazetkę, a było to znacznie prostsze niż mi się wydawało.
      Nie spodziewałam się cudów, szczerze powiedziawszy i doznałam szoku, w bardzo pozytywnym sensie. Artykuł jest fantastyczny i jeży się od wspomnień lotników, których Heydrich był towarzyszem. Naprawdę doskonale się go czyta i jest w nim ogrom informacji, których brak w najlepszych biografiach Reinharda. Dodatkowo jest w nim sporo fotografii, w tym dwie, których nie posiadałam w swojej kolekcji, co sprawiło mi jeszcze większą radochę.
     Byłam święcie przekonana, że czeka mnie nudna, moralizatorska lektura, a dostałam prawdziwy skarb i sądzę, że wkrótce zaktualizuje moje artykuły o Heydrichu-pilocie okraszając je cytatami jego kolegów z oddziału i informacjami, jak choćby tą, że największym wyczynem Reinharda było ześlizgnięcie się z pasa startowego. Jego samolot wywrócił się. Uszkodzenia wynosiły 90%, zaś Heydrich ledwie wyciągnięto z maszyny. O dziwo był jedynie lekko ranny w lewą rękę. Złego diabli nie biorą.

Gazetkę można nabyć za zawrotne 9,50 zł (już z wliczoną wysyłką) na:  http://sklep.magnum-x.pl/product_info.php?cPath=23_52&products_id=252
Kasy zdecydowanie nie wyrzucicie w błoto.

niedziela, 3 listopada 2013

Ernst Hoffmann- genealog Heydricha i jego opowieści o wspólnym koncertowaniu

Heydrich się z czegoś bardzo mocno śmieje
          Ostatnio w ręce wpadło mi wiele ciekawych, powojennych zeznań przeróżnych ludzi, którzy mieli styczność z Reinhardem Heydrichem. Pisałam już o kapitanie Lebramie, ale dzisiaj pora na kogoś, kto styczność z Heydrichem miał nieco później, tj. w czasie, w którym Heydrich był już szefem SD i później RSHA.
          Ernst Hoffmann, bo o nim mowa, to genealog, który miał, na życzenie Heydricha, sporządzić dokładne drzewo genealogiczne tegoż, by ostatecznie wykluczyć możliwość tego, że Reinhard miał żydowskich przodków. Jego praca trwała latami, a on sam pieczołowicie jej się oddawał i w swoich listach opowiadał o niej z niezwykłą pasją. Z podobną fascynacją wypowiadał się również i o samym Heydrichu. Muszę przyznać, że chociaż jego zeznania są piekielnie interesujące, to widać w nich mocno jak idolizuje on Reinharda Heydricha. Najwyraźniej jego osoba zrobiła na nim wielkie wrażenie, które utrzymało się najwyraźniej do lat 60, a pewnie i dłużej. Listy Hoffmanna datowane są bowiem na 1964 i 1965 rok.
         O Heydrichu usłyszał w 1932 roku, gdy jego kolega Jochen udał się na studia do Monachium. Pracował w biurze (a wówczas było ono bardzo małe, liczące tylko 6 osób) Heydricha jako stenotypista. Heydrich bowiem obiecał ojcu Jochena, że będzie się nim zajmował. Wkrótce i Ernst wstąpił do SD i pracował w laboratorium chemicznym. Już wtedy Heydrich był zawładnięty myślą o sporządzeniu swojej genealogii. Te próby nie należały jednak do zbytnio udanych. Minęło parę lat.   Heydrich zlecił to swojemu adiutantowi, jednak ten nie wiedział jak sobie z tym poradzić i szukał pomocy u Ernsta Hoffmanna, który już od 1924 był bardzo zainteresowany badaniami tego typu. Ten z początku pomagał swojemu koledze, ale w końcu wziął sprawy w swoje ręce i zaczął szukać korzeni Heydrich, szukając także pośród:, Heidrichów, Headrichów i Heydenreichów. Szło mu dość dobrze, do tego stopnia, że został nawet proszony na muzyczne popołudnie u Heydricha. Stało się tak ponieważ Reinhardowi brakowało altówki w kwartecie smyczkowym. Co prawda Ernst grał raczej na skrzypcach, jednak postanowił podjąć wyzwanie. O dziwo chłodny i raczej introwertyczny Heydrich podjechał pod jego dom samochodem i zawiózł go do siebie. Tam Hoffmann poznał pozostałych muzyków: panią Canaris, grającą drugie skrzypce, Heinza Heydricha, grającego na wiolonczeli. Nietrudno się domyśleć, że pierwsze skrzypce jak zwykle, przypadły Reinhardowi. Grali repertuar Haydna. Hoffmann wspomina, że ten swój występ kompletnie zawalił, do tego stopnia, że pani Canaris zaproponowała, że wymienią się instrumentami. Tak się też stało.
Heydrich za stołem
           Hoffmann wspomina Heydricha prywatnie jako osobę bardzo kulturalną, grzeczną i wyluzowaną. Zapraszał swoich podwładnych do swojego domu często i niespodziewanie. Zazwyczaj pewnie przychodzili oni niezwykle spięci, jednak okazywało się, że niepotrzebnie, bowiem srogi szef SD okazywał się człowiekiem przyjemnym i układnym w życiu prywatnym. Ernst wspomina również kolejne spotkanie, tym razem nie muzyczne. Była to partia krokieta, na której stawił się także Wilhelm Canaris. Hoffmann potwierdza, to, o czym pisałam już wcześniej: nie dało się zauważyć między Heydrichem i Canarisem żadnego napięcia, czy wzajemnej nienawiści. Wręcz przeciwnie. Hoffmann wspomina jednak, że Heydrich mówił o Saksończykach ( a sam był z Saksonii), że są kłamliwi. To jednak nie zmieniało faktu, że i tak sporo z nich pełniło wysokie funkcje w jego biurze. W pracy Heydrich był zupełnie inny. Niezwykle ambitny i wykonujący niebywałą wręcz ilość pracy, tego samego wymagał od podwładnych. Jeśli coś nie pracowało jak w zegarku wybuchał. Obsypywał swoich pracowników ostrzeżeniami i naganami, które w biurze nazywano „cygarami”. Jednak jego gniew jak szybko się pojawiał, to równie szybko znikał. Heydrich miał również w zwyczaju wychodzić z biura na przerwy, szedł wtedy do parku, albo trenował: jeździectwo, pływanie, czy latanie. Gdy wracał odpowiednie ubrania musiały wówczas na niego czekać, tak, żeby szybko mógł wrócić do pracy za biurkiem.
             Czasami jednak bywał pogodny nawet w pracy. Hoffmann wspomina, że po tym, jak Heydrich zmienił wystrój swojego biura zaprosił go do środka i pokazywał funkcje jego nowego biurka, w którym zainstalowany był cały system telefoniczny z głośnikami i system nagrywający, aktywowany przy pomocy guzika. Reinhard zachowywał się wtedy dosyć niezwyczajnie i opowiadał o tym wszystkim, tak, jak ujął to Hoffmann „Jakby oprowadzał przyjaciela po swoim nowym mieszkaniu”. Ernst miał pewne trudności w adaptacji do Heydricha prywatnie. Hoffmann nie wiedział kiedy może sobie pozwolić na bycie nieformalnym wobec swojego szefa. Tu pomocna okazywała się Lina, która rzucała parę żartów i atmosfera ulegała rozluźnieniu.
Innym razem Heydrich przyjmował u siebie von Dörnberga i jednocześnie kazał Hoffmannowi stawić się u niego. Ten oczywiście popędził na złamanie karku. Drzwi otworzył mu Reinhard. Wprowadził Ernsta do środka i zupełnie zignorował swojego gościa, zaś genealoga poprosił o to, żeby zaniósł jego i swoje skrzypce do naprawy i wrócił na 15:30. Hoffmann rzecz jasna zrobił wszystko na czas. Oczywiście von Dörnbergowi nie przypadło to do gustu. Panowie jednak znów zaczęli grać tym razem w składzie: Reinhard na pierwszych skrzypcach, Hoffmann na drugich, Heinz Heydrich na altówce i Wilhelm Albert (ten sam, który prawdopodobnie był kochankiem Liny) na wiolonczeli. Zaczęli grać Haydna, potem Beethovena i w końcu kompozycję Brunona Heydricha. Po tym napili się jeszcze herbaty i Hoffmann musiał wracać do Landau, gdzie pilnował budowy filii RSHA. Jak sam piszę w tym czasie, jak i później, gdy podróżował po Śląsku, na genealogię nie miał czasu.
Heydrich-Gruszka polewa alkohol.
            Heydrich spotykał się również na osobności z Hoffmannem, gdy dyskutowali o pochodzeniu Reinharda. Ernst relacjonuje, że Heydrich przeraził się widząc nazwisko Birnbaum (Gruszka- wyjątkowo adekwatne jak spojrzymy na figurę Reinharda). Hoffmann jednak wyjaśnił mu, że to wcale nie oznacza żydowskich korzeni, a może być wyprowadzone z regionów, które były zamieszkiwane przez Łużyczan. Powiedział mu o tym nawet pastor, który udostępnił mu księgi parafialne.
         Hoffmann pisze również o tym, że Heydrich niezwykle serio podchodził do spraw sportu. Dbał o to by jego ludzie byli w posiadaniu odznaki sportowej, inaczej nie przyznawał im awansu. Hoffmann miał jednak nie lada problemy ze zdobyciem jej i gdy Heydrich dowiedział się o tym, cofnął odznakę jego koledze. Hoffmann mimo tego nie był w stanie się zmobilizować. Nauczył się jednak jeździć konno. Nie kwalifikowało się to na odznakę sportową, a na jeździecką, jednak Heydrich tym razem okazał się litościwy i awansował Hoffmanna. Wspomina on także, że był na Fehmarn, także wygląda na to, że naprawdę był w bliskich kręgach (o ile w ogóle takie istniały) Heydricha.
          Hoffmann pisze w swoich listach o pochodzeniu Heydricha. Swoją pracę kontynuował o jego śmierci. On sam nie znalazł żadnych żydowskich przodków Reinharda, ostatecznie nie wykluczył jednak, że takowi mogą istnieć. Zapewnia, że swoich badań nie sfałszował. Po wojnie pytała go o to nawet Lina, kiedy to w gazetach gruchnęła wiadomość o grobie rzekomej babki Heydricha, Sarze, której wnuczek miał usunąć grób, żeby nikt nie dowiedział się o jej istnieniu. Hoffmann przyznaje, że takiej osoby w rodzinie Heydrichów nie było. Interesującym jednak jest, że część genealogii Heydricha przepadła, bo Hoffmann oderwał kawałek pod koniec wojny, kiedy wpadł w ręce Amerykanów. Czyżby więc było to zagadnienie nieco bardziej zagmatwane niż wcześniej mi się wydawało?
          Z ciekawostek Hoffmann nie przepadał za Schellenbergiem i uważał go za aroganckiego karierowicza (bardzo słuszna uwaga). Walter wg Hoffmanna krytykuje wszystkich naokoło, tylko nie siebie. Ernsta szczególnie bolą kąśliwe uwagi Schellenberga na temat Reinharda i to, że Walter obgadywał szefa za plecami. Hoffmann poświęca ze dwie strony żeby maksymalnie nawtykać Schellenbergowi, wygląda na to, że panowie wybitnie za sobą nie przepadali. Być może chodziło o rywalizację o względy Heydricha i możliwość otrzymania awansu i co za tym idzie większej ilości pieniędzy. A być może Hoffmann naprawdę Heydricha lubił. W całym liście ta sympatia do Reinharda rzuca się bardzo mocno w oczy, do tego stopnia, że Ernst twierdzi, że całe ostateczne rozwiązanie to jakiś paskudny wymysł Hitlera i jakoś próbuję zrzucić tą winę z konta Heydricha. A to jest zachowanie bardzo, ale to bardzo nietypowe. Podobnie naiwnie, czy też może to część jakiejś wyrachowanej gry, Hoffmann wypowiada się o pobycie Heydricha w Pradze, który cieszył się, że czeka go w końcu jakieś pozytywne zadanie. Ernst wyobrażał to sobie jako przyjaźń między Czechami a Niemcami, jednak jak wiemy Heydrichowi nie chodziło wcale o pojednanie, a germanizacja tych Czechów, którzy spełniali jego kryteria i eksterminacja tych, którzy się nie nadawali. Niemniej jednak uznaję jego zeznania za wartościowe jeśli chodzi o opis wydarzeń z prywatnego życia Heydricha. Trzeba przyznać, że Hoffmannowi można w tym ufać, bo dość dobrze pamięta imiona i jego wersje pokrywają się z wersjami innych ludzi ( z Liną na czele).
        Dodam jeszcze, że listy te napisane były do Aronsona, który zebrał pokaźną ilość dokumentów na temat Heydricha, które są krynicą wiedzy na temat szefa RSHA. 

Na podstawie:
Monachium IFZ  ZS A 0034
Zdjęcia: 
Max Williams, Heydrich: The biography, vol. I

sobota, 2 listopada 2013

Hans Heinrich Lebram i jego zeznania

Młody Heydrich
          Hans Heinrich Lebram. Ten kapitan niemieckiej marynarki to ciekawy przypadek. Historycy tacy jak Gerwarth chociażby, który słynie z chłodnych i rozsądnych osądów wskazał, że temu człowiekowi nie należy ufać. Ujął to jednak dość delikatnie i jest to widoczne jedynie w przypisach, cytuję: „ Powojenne świadectwo Lebrama o braku manier Heydricha jest nieco nieprzekonujące i przeczy innym świadectwom.” Tu można zajrzeć do Gunthera Gerekego, czy Ericha Schultze. Tego drugiego mam w planach bardzo dokładnie omówić, ale o tym kiedy indziej. Wracajmy do pana Lebrama.
         Nie byłabym sobą gdybym tego świadectwa w całości nie znalazła. Udało się i... Ja użyłabym znacznie cięższych słów niż Robert Gerwarth. Mam do tego prawo. Nie jestem historykiem. Facet ściemnia i plącze się we własnych słowach, że aż miło. Ale wypunktujmy wszystko po kolei.
Dzisiaj zabawiam się w adwokata diabła i będę bronić Heydricha. Chociaż w marynarce to diabłem on zdecydowanie nie był, ale i tak, podejmuję się nieco kontrowersyjnego zadania. Stawiam zatem następującą tezę: „Hans H. Lebram to frustrat i zazdrośnik.”
       Przejdźmy zatem do argumentów, którymi ją poprę. Pierwszym i dość słabym, przyznam, jest fakt, że Lebram był starszy od Heydricha o rok, podczas gdy byli równi stopniem. To się zdarza, tym bardziej, że młody Reinhard naprawdę doskonale się uczył. Lebram dodatkowo myli się i pisze, w odrobinę kpiącym tonie, że Heydrich uczęszczał do humanistycznego gimnazjum, podczas gdy naprawdę było to gimnazjum reformowane o profilu technicznym (wówczas były to bardzo nowoczesne szkoły).
Zęby Heydricha rysunek poglądowy nr 1
Zęby Heydricha rysunek poglądowy nr 2
       Lebram jednak nie poprzestaje na tym i pastwi się nad wyglądem Heydricha, który miał wg niego „końską twarz”, to akurat kwestia sporna, podobnie jak kwestia jego figury, albo się podoba, albo nie. Jednak bezsprzecznie Heydrich nie miał zepsutych i nieładnych zębów jak opisywał to nasz Hans (w dowodzie zamieszczam fotografie zębisk Heydricha, a te wyglądają na zdrowe jak u pana Bobra z reklamy, gdyby miał zepsute w młodości, musiałby je wymienić i to zostałoby uwzględnione w jego autopsji, a nic o sztucznych zębach tam nie ma). Oczywiście nie poprzestaje na uzębieniu i wyśmiewa się z głosu Heydricha, wspominając, że przezywano go „Koza”. Tak samo śmieje się z tego, że Reinharda nazywano „Białym Zygfrydem” i uznawano, że ma żydowskie korzenie (doskonale te wszystkie małowyszukane wyzwiska kontrastują z pięknym zakończeniem zeznania Lebrama, gdzie ten opisuje honor oficerów marynarki i to, że nigdy nie znęcali się oni nad bezbronnymi... parodia). Następnie nasz Lebram przechodzi do bardzo osobliwej uwagi, jakoby Heydrich nie umiał grać na skrzypcach. To już jest kompletna bzdura. Czy jakby naprawdę nie umiał to zachwycałaby się nim Hertha Lehmann-Jottkowitz, czy Canaris i jego żona, która sama była świetną skrzypaczką? Czy byłby zapraszany na kilońskie salony by tam grywać dla śmietanki towarzyskiej? Mało tego, Lebram myli się tu po raz kolejny wspominając „Serenadę” Toselliego, co ciekawe myli go z Corellim. Faux pas po całości, pomylić kompozytora współczesnemu Lebramowi z kompozytorem barokowym, który nie słynął z serenad, ale z sonat. Mniejsza o to, w końcu Lebram to marynarz, nie muzyk. Tu jednak widać już wyraźną zazdrość, która spotęgowana jest niewybrednym wierszykiem, stworzonym przez Lebrama i spółkę. Oczywiście przedmiotem kpiny był Heydrich :
„Gdy Zygfryd leżał na noszach potulnie
A włócznia perfidna ciało mu rozdarła
Dało się słyszeć bek kozi - jak cudnie!
Droga do sławy muzycznej się otwarła”
           Doskonały dowód na to, że niemieccy oficerowie marynarki, wysławiani przez Lebrama wcale nie pomagali słabszym i nie bronili bezbronnych. Jest to o tyle przykre, że młody Heydrich pierwszego dnia w marynarce zaprosił ich na spotkanie ze swoim wujkiem, legendarnym wilkiem morskim Lucknerem. Ot, ludzka wdzięczność.
          Lebram dalej ciągnie swoją litanię negatywnych rzeczy o Heydrichu i wydaje mi się, że posuwa się do kłamstw, albo fantazjowanie w swoich zeznaniach. Heydrich był dosyć chorowity od dzieciństwa, specjalnie mnie to nie dziwi. Często lądował on u lekarza. Miał ogromne problemy ze skórą, do tego stopnia, że dostał zakażenia i wyskoczyło mu mnóstwo czyraków. Lebram jednak złośliwie komentuje, jakoby Heydrich strasznie jęczał u doktora i wył z bólu. To już wydaje mi się nieprawdopodobne. Reinhard cierpliwie znosił kary cielesne, które wymierzała mu matka, do tego stopnia, że pytał ją czy może poprawić jeszcze z drugiej strony. Podobnie wyczerpujący trening w marynarce nie sprawiał, że Heydrich krzyczał wniebogłosy, chociaż jak pamiętamy brutalny mat kazał mu padać, z rękoma z tyłu, na podłogę i wywlekał go z łóżka żeby grać nieszczęsną serenadę. Dodatkowo na to, że Lebram puścił wodze fantazji, wskazuje fakt jak Heydrich zachowywał się po zamachu. W szpitalu nie krzyczał, ale zachowywał się spokojnie i cicho. O dializie z żyły do żyły nie wspomnę. I ten człowiek miałby płakać z powodu czyraków?
        Ironicznie wygląda przy tym wydarzenie, które opisuje Lebram parę stron dalej. On sam nie mógł wziąć udział w manewrach, podczas których odbywały się zawody ratownicze i wioślarskie, bowiem rozłożył go katarek i został na statku, podczas gdy jego ludźmi miał się zająć Heydrich. Podobno nie minęło pół godziny a zgłosił się do niego kapral (dodam jeszcze, że zawody odbywały się na wodzie paręset metrów dalej), z płaczem, ze przez Heydricha nie wygrają i Lebram musi wrócić. Coś tu się jednak mocno nie zgadza jak zagłębimy się w to nieco. Dlaczego podoficer będący pod Heydrichem pobiegł na skargę do kogoś równego mu stopniem? Takie sprawy melduje się oficerowi wyższemu rangą. Po drugie, jakim cudem w pół godziny już wszyscy wiedzieli, zdecydowali się wysłać tego człowieka do Lebrama (zamiast nadać wiadomość choćby bez konieczności pakowania pana kaprala w łódkę żeby zameldował co się dzieje). Sprawa bardzo trąci, jeśli na dodatek weźmiemy pod uwagę, że Reinhard był mistrzem w wioślarstwie dokładnie w tym samym i ubiegłym roku (1926 i 1927). Oczywiście zakatarzony Lebram zerwał się na równe nogi i jego obecność sprawiła, że panowie ze „Schleswiga-Holsteina” zwyciężyli. Tak na marginesie, Lebram nie zjawił się na miejscu w pół godziny jak jego podkomendny, ale w godzinę. Hm...
        Kolejna historia dotycząca buntu, który omal nie wybuchł na pokładzie „Schleswiga-Holsteina” i kto był winien, oczywiście Heydrich! A dlaczego? Część podoficerów popiła sobie dosyć mocno (co Lebram uważający, że marynarze są honorowi, czyści i wspaniali, uznaje za rzecz normalną i nazywa ją „zwyczajem”) . Zdenerwowany Reinhard przyłapał ich na tym i zabronił schodzić na ląd, dodatkowo rzucając parę inwektyw w ich stronę. Według Lebrama powinien on wtedy przydzielić trzeźwych kolegów do pilnowania tych pijanych. Wydaje mi się jednak, że za picie na służbie powinna być jakaś kara, w tym przypadku odmowa zgody na zejście na ląd. Lebram ma jednakowoż inne zdanie na ten temat i obwinia Heydricha o to, że niezadowoleni z tego mężczyźni chcieli wysadzić okręt w powietrze i zaczęli rzucać się do wody. Heydrich zameldował o tym kapitanowi i sytuacja została opanowana. Zadziwiające jest w tych obu opowiastkach, że w świadectwie, jakie wystawiono Heydrichowi po usunięciu z marynarki nie ma ani słowa o jakichkolwiek przewinieniach tegoż. Nie ma żadnej wspominki o tym, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Czyżby były one projekcją imaginacji Lebrama, czy jego przewinieniami, które próbował zrzucić na swojego kolegę?
Lebram opisuje również sytuację, jaka miała miejsce na Maderze. Był tam bal z Anglikami. Orkiestra grała taneczne kawałki i Heydrich pragnął trochę się posocjalizować, jako, że zawsze zafascynowany był Wielką Brytanią. I choć nikt nie tańczył podszedł do pewnej damy i poprosił ją do tańca. Ta odmówiła. Oczywiście Lebram uważa, że to Heydrich zachował się nieodpowiednio. Ale przyjrzyjmy się całemu zdarzeniu: jest bal, dwie grupy, nikt nie tańczy, choć grane jest tango, jeden z oficerów podchodzi do damy i prosi ją o taniec, ta odmawia. W zależności od tego co powiedziała ta kobieta to ona popełniła faux pas, nie Reinhard. Za to koledzy Heydricha oczywiście go wyśmiali, jak ten wrócił zarumieniony do ich stolika. Lebram posuwa się do stwierdzenia, że Heydrich przyniósł im wstyd. Chyba sam miał dość blade pojęcie o savoir-vivre. O całą sytuację zapytałam moją przyjaciółkę z Wielkiej Brytanii, która obraca się w tzw. „wyższych sferach”, ta powiedziała mi, że nieodpowiednio zachowała się dama. Sądzę, że można zaufać jej opinii.
          Lebram zaprzecza sam sobie (pisze, że Heydrich nie był zagranicą, chociaż opisuje ten epizod na Maderze, chyba, że był słaby z geografii i myślał, że to nadal Niemcy), chociaż gani Heydricha za wszystko, to później bardzo niechętnie przyznaje, że ten był bardzo inteligentny, doskonale kalkulował, był bardzo dobrym sportowcem (grał w też w hokeja, co jest dla mnie nowością) i tancerzem. I to wszystko bardzo dziwnie kontrastuje z tymi historyjkami i pierwszą częścią listu. Lebram oczywiście przypisuje to, że Heydrich się tak wyrobił marynarce, w której jak sami widzimy lżono go i starano wcisnął do szeregu. Lebram rozpisuje się jak szalony o tym, jak wszyscy nie cierpieli Heydricha, a potem twierdzi, że fakt faktem, jego oddział go uwielbiał i Heydrich był dla nich bardzo opiekuńczy i hojny. Tak samo ciężko mu, gdy pisze, że Heydrich i tak zostałby przesunięty do łączności i nie musiał cisnąć się z innymi na „Schleswigu-Holsteinie”.
Najbardziej rozbrajające są jednak ostatnie akapity. Lebram pisze tam, że po wydaleniu z marynarki, honorowi i wspaniali oficerowie nie chcieli zapraszać Heydricha na spotkania i poza garstką nie utrzymywali z nim kontaktu. Pisze to tak, jakby ich zachowanie i pomijanie dawnego kolegi było chlubne. Niestety w tym samym czasie Heydrich budził już strach u admirałów i grał w krokieta z Canarisem na swoim podwórku, więc zapewne i tak nie znalazłby dla nich czasu w swoim napiętym grafiku.


PS. Lebram bardzo nie chciał żeby ktoś używał jego listu bez wcześniejszego autoryzowania. Chciał mieć wgląd na to, w jakim kontekście zostaną przedstawione jego słowa. To tak jakby wisienka na torcie. Dodam jeszcze, że Hans Heinrich Lebram zmarł w 1992 roku. List, został napisany w 1965 roku.
Jedno mnie jeszcze ciekawi... Jak ten człowiek pisałby o Heydrichu w późnych latach 30?

Na podstawie:
R. Gerwarth, Kat Hitlera
IFZ Monachium, dokument : ZS 1845

Zdjęcia: Zęby nr 1- Max Williams, Heydrich The biography vol. I
Pozostałe: kadry z dokumentu Henker aus Halle

piątek, 1 listopada 2013

Panenské Břežany cz. III- Ogród

  
             Skoro mowa była już o pałacu i jego wnętrzu, to należałoby przyjrzeć się również ogrodowi. Obecnie hodowane tam jest mnóstwo zwierzaków. Najliczniejsze są, nomen-omen, kozy, które chodzą sobie luzem po całej posesji, podgryzają trawkę i zaściełają swoimi bobkami dróżki. Znalazło się również miejsce dla trzech kucyków, które mają wydzielony wybieg, a także dla alpak. Z tego co widziałam ich stan liczebny wynosi również trzy. W ogrodzie, już po wojnie wybudowano także wiele budynków, laboratoriów i magazynów będących częścią Instytutu Metalurgicznego.
           Nasz przewodnik opowiadał nam o tym, że poprzedni właściciele, właściwie właścicielka, najprawdopodobniej pani Bloch-Bauer (bo przecież, że nie Lina), studiowała nauki przyrodnicze i mając dużą wiedzę z zakresu botaniki stworzyła w ogrodzie arboretum, jedne z największych w Europie, które pochwalić się mogło niezliczoną ilością drzew i innych roślin ze wszystkich zakątków świata: Afryki, Azji czy obu Ameryk. Na starych fotografiach widać jeszcze zdjęcia z tego okresu, gdy ogród ozdabiały posągi jeleni.
        Arboretum jednak nie przetrwało bowiem Lina Heydrich na tym miejscu postanowiła zrobić sobie basen. Dodatkowo rozkazała zasadzić w tym miejscu ziemniaki i inne rośliny uprawne i w ten sposób przemieniła piękny ogród w klasyczną działkę-warzywniaczek. Co najgorsze to wszystko musieli wykonać więźniowie obozów koncentracyjnych, nad którymi pani Heydrich się znęcała. Ciekawa historia wiąże się właśnie z tymi ludźmi i małą Silke. Opisywałam już ją w tej notce: http://plowabestia.blogspot.com/2013/05/coreczka-tatusia-rzecz-o-silke-heydrich.html .
          Tak jak pisałam miało to miejsce po śmierci Heydricha. Reinhard mieszkał w Panenskich Břežanach jedynie nieco ponad miesiąc tj. Od Wielkanocy 1942 roku do swojej śmierci. Co porabiał w wolnych chwilach? Głównie jeździł konno. Tą pasję odziedziczyły jego dzieci, które jak pamiętamy z wywiadu z Heiderem, miały kucyki. Lina również próbowała zostać Amazonką. Nie wyszło. A czemu? Opisuje to Helena Vovsova. Sytuacja miała miejsce po śmierci Reinharda. Pani Heydrich kupiła sobie konia. Pragnąc wyjechać za bramę została przez niego zrzucona i zaniechała dalszej nauki jazdy.
     Wróćmy jednak do ogrodu. Znajduje się w nim mały budynek. Winiarnia. Niestety nie można tam wejść, a szkoda. Podobno miały tam miejsce różne prywatne spotkania. Obecnie jest ona w dość kiepskim stanie. Tak jak wspominałam, najprawdopodobniej to właśnie niedaleko winiarni został pochowany mały Klaus. Po jego grobie nie ma jednak śladu.
          Teren jest miejscami mocno zarośnięty, jednak widać, że podjęto próby uporządkowania krnąbrnej flory, bowiem w całym ogrodzie piętrzą się stosy przyciętych gałęzi. Kozy wcinające różne krzaczki i chwasty, oraz bardzo skutecznie strzygące trawę również robią swoje. To daje mi nadzieję na to, że to miejsce nie zostanie całkiem zdewastowane.

środa, 30 października 2013

Panenské Břežany cz. II

          Jak już wspominałam, w końcu udało mi się dostać do środka, towarzyszyła mi, jak zwykle, Katarzyna Rutowska, która zrobiła opis tego miejsca, dużo bardziej profesjonalny, niż byłabym to w stanie zrobić ja, dlatego za jej zgodą umieszczam go na Płowej. Dodatkowo pomocą w postaci licznych materiałów służył nam pan Jan Ret, który stworzył plan renowacji tego podniszczonego budynku.
        "Pałac pierwszy raz wspomniany w literaturze w 1233 roku, jako klasztor Benedyktynek, w 1840 dokonano przebudowy w stylu empire, nadając mu do dzisiaj znany kształt. Przekształcenia rozpoczął ówczesny właściciel Matthias von Riese-Stallburg, jednak ze względu na trudności finansowe był on zmuszony obiekt sprzedać, jego kolejnym właścicielem został Ferdynand Bloch-Bauer, nie ingerował on jednak we wcześniej zaplanowaną przebudowę.
        Budynek dwukondygnacyjny, najprawdopodobniej z poddaszem i piwnicą, duża dobudówka z tyłu,  balkon położony na ozdobnym portyku  od strony wschodniej, otoczony arboretum. Na terenie znajduje się także winiarnia. Pałac przez dłuższy czas był siedzibą Instytutu Metalurgicznego. Obecny stan obiektu można ocenić na zły, jest on niewątpliwie efektem nieużytkowania go przez około 15 lat.
         Fasadę od zachodu zdobi agrafa w formie woluty, prawdopodobne jest, że podobnych elementów było więcej. Od strony wschodniej niedziałający zegar. Kolumny w porządku toskańskim. Dach z czerwoną cegłówką, czterospadowy. Drewniany strop.
          Parter oraz pierwsze piętro możliwe do zwiedzania. Dobrze zachowana klatka schodowa z imitującą marmur balustradą oraz oryginalnymi, pustymi kasetonami na suficie okalanym ornamentem geometrycznym przywodzącym na myśl gutty oraz mozaikową podłogą na piętrze. Okna, drzwi i klamki oryginalne. Pomieszczenia z wyraźnymi cechami charakteryzującymi wnętrza klasztorne – lunety nad oknami, sklepienia kolebkowe. Na szczególną uwagę zasługują marmurowe oprawy kominków, ozdobione licznymi ornamentami, niestety, skute, a także zegary umieszczone w większości pomieszczeń - datować można je z całą pewnością na wiek XX, od lat 30. do mniej więcej 70., w dobrym stanie, prawdopodobnie działające.
          Najlepiej zachowana zdecydowanie sala na piętrze, na wprost klatki schodowej. Duża, prostokątna, z wieloma elementami ozdobnymi w postaci przeróżnych ornamentów geometrycznych, także jajowników, kompozytowych kolumn oraz pilastrów, neoklasycystycznych kasetonów ze scenami uczt oraz polowań, lustrami oraz kominkami (jeden skuty, drugi zachowany), ozdobiony tapetą (częściowo oderwaną na jednej ścianie). Bardzo ciekawe kryształowe żyrandole, z których jeden ukruszony przez poprzedniego właściciela, który używał sali w celu trenowania szermierki.  Drewniana podłoga. Całe pomieszczenie nie wymaga wiele wysiłku przy renowacji i moim zdaniem powinno być użyte jako swego rodzaju wytyczna przy odnawianiu całego obiektu.
         Sufity oraz ściany wielu pomieszczeń są w dużej mierze zagrzybione, okna są nieszczelne. Obiekt w mojej ocenie może uratować jedynie szybka renowacja, przeprowadzona jednak z dużym wyczuciem artystycznym, szczególnie, jeśli chodzi o dobór kolorów fasady i okien."

       Od siebie dodam, że enigmatycznym, poprzednim właścicielem, który wywijał ręką uzbrojoną w szablę jest nie kto inny, ale Reinhard Heydrich. Krótko mówiąc, proces dewastacji pałacu, zaczął właśnie on, choć jest to raczej znikoma szkoda, jak popatrzy się na to, w jakim stanie znajduje się obecnie pałac.

        Szukałam też grobu Klausa, jednak na próżno, po miejscu pochówku nie ma śladu, znajoma osoba, mówi, że oficjalne źródła (sic) podają, że maluch spoczął niedaleko winiarni. O samym ogrodzie wspomnę jednak w innym odcinku i rzecz jasna podzielę się zdjęciami, które obfitują we wszelaką faunę jaka jest tam obecnie hodowana (kozy, alpaki, kucyki). 





Ups...

Jedyna sala, która "jakoś" wygląda


Skute resztki kominka

Dokładnie tak wygląda 90% pomieszczeń w pałacu

kominek, bliźniaczy został skuty i widać go dwa zdjęcia wyżej

Żyrandol ukruszony przez Heydricha


Jeden z retro zegarów