wtorek, 30 kwietnia 2013

Heydrich i szpada - Szermierz cz. II - Heydrich vs. Anspach - spór o FIE

Paul Anspach źródło: fie.org
             Jak wspomniałam przy notce poświęconej dokonaniom Heydricha na polu szermierki, dziś pora na historię sporu o prezesurę nad FIE (Międzynarodowy Związek Szermierzy). Bohaterami tragedii będą Reinhard Heydrich i Paul Anspach.
            Heydrich jak doskonale wiemy był człowiekiem o bezgranicznej ambicji i nie cofał się przed niczym by osiągnąć obrany wcześniej cel. Tym razem bardzo chciał zostać prezesem FIE. 
          FIE miało swoją siedzibę w Belgii, w Brukseli. W 1939 roku prezesem został wyżej wspomniany Belg Paul Anspach. Z Heydrichem nie znali się prawie w ogóle, spotkali się w 1935, kiedy Anspach został ostrzeżony przez jednego z olimpijczyków: "Niech pan uważa, ten człowiek jest niebezpieczny, bardzo niebezpieczny". Jego kadencja miała trwać do końca 1940 roku. Związek nie potrzebował więc innego przywódcy. Heydrich miał jednak na ten temat odmienne zdanie i oczywiście widział na tym miejscu siebie. Wybory zastępcy Anspacha nie odbyły się ze względu na niemiecką inwazję. Pech chciał, że Belg trafił do kwatery Gestapo w związku z oskarżeniami o deportację Niemców wiosną i zimą 1940 roku. Przesłuchujący go oficer spostrzegł, że piastował on wysokie stanowisko w FIE. Gestapowiec poinformował o tym Heydricha, a ten ochoczo wysłał do Belgii oddział, który skonfiskował zawartość archiwów FIE.
           Anspach po oszacowaniu strat skontaktował się z Hansem von Tschammerem i prosił go o interwencję w tej sprawie. Belg dowiedział się, że wszystkie skradzione przedmioty były "w dyspozycji gruppenfuhrera Heydricha". Zadziwiająco otrzymał odpowiedź, w której Tschammer napisał, że postara się o zwrot akt i będzie interweniował do skutku. Skutku oczywiście nie było. Nie wiedział jeszcze wówczas ani on, ani Tschammer, że Heydrich chce usiąść na kolejnym stołku, tym razem prezesa FIE. Co prawda Tschammer mianował Reinharda kierownikiem ds. Specjalnego Urzędu Szermierczego Rzeszy, jednak to Heydrichowi nie wystarczało. Już jako prawdziwa szyszka niemieckiego sportu Heydrich mógł rozpocząć negocjację, oczywiście na własnych warunkach. "Zaprosił" więc Anspacha 5.02.1941 na specjalne "spotkanie" w Berlinie.
Heydrich
           Heydrich postanowił zachowywać pozory, tudzież naprawdę miał tego dnia dobry humor (być może pewny był już swojego tryumfu) i ciepło powitał Anspacha. Deschner podaje jego słowa: "To dla mnie radość, panie Anspach, że mogę pana ponownie zobaczyć właśnie teraz, kiedy nasze narody odkrywają swoje wspólne cechy germańskie. Pan jest przecież typowym Flamandczykiem". Anspach posłał mu ciętą ripostę (albo głupi, albo odważny, albo jedno i drugie), w której stwierdził, że jest Belgiem. Heydrich nie chciał pozostać dłużny i nadal próbował wciskać swoje nieudolne komplementy: "(...) w każdym razie jest pan Germaninem". Po tej jakże miłej wymianie zdań Heydrich równie uroczo oświadczył, że dokumenty pozostaną w Berlinie, ale będą do dyspozycji Anspacha, zaś sam Reinhard widzi siebie jako tego, który "wniesie nowe życie w działania organizacji". Belgowi nie było to na rękę i zaprotestował. Heydrich naciskał wspominając, że okres urzędowania Anspacha upłynął z końcem 1940 roku i oczywiście nie kto inny ale szef RSHA powinien zostać jego następcą. Reinhard doskonale zdawał sobie sprawę, że bez wsparcia Belga nie zostanie dobrze przyjęty. Postanowił więc żeby Hoops (trener Heydricha) i Talman, obaj oczywiście oficerowie SS byli pośrednikami między Berlinem a Brukselą. Anspach miał dobę na przemyślenie sprawy. Mimo całej grozy sytuacji odrzucił propozycję. Zaskakująco Heydrich nie wtrącił go do więzienia ani nie wysłał do obozu, ale odesłał do Belgii.
           Myliłby się ten, który pomyślał, że tu historia ma swój finał. Heydrich nie odpuścił. Wysłał Talmana z listem do Anspacha jeszcze w lutym. Belg miał tylko podpisać dokument, w którym przekazywał władzę w ręce Heydricha. Anspach pozostawał nieugięty. Zirytowany Heydrich sprzymierzył się z Giulio Baslettą- prezesem Włoskiego Związku Szermierzy. W czerwcu 1941 roku obaj panowie życzliwie postawili Belga przed faktem dokonanym: na czas wojny Heydrich  prowadził sprawy FIE a kwestia prezesury miała zostać rozstrzygnięta po zakończeniu wojny. Oznaczało to tym samym, że piastował funkcję, o którą tak zaciekle się ubiegał.
          Anspach nie zgodził się z tym. Wysyłał do Heydricha listy, którymi ten zapewne palił w kominku. Tym samym Heydrich zdobył to, czego sobie życzył.

Źródła:
G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej, Warszawa 2000, rozdział "Obowiązek maksymalnej wydajności"
M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 1: The Road to War, Shropshire 2001, s. 120

Źródła ilustracji:
www.fie.org
M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 1: The Road to War


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Grób Reinharda Heydricha

Gdzie leży Reinhard Heydrich? Zasadniczo roztrząsanie tej kwestii może budzić kontrowersję, ale jako, że sporo osób pisało do mnie w tej sprawie postanawiam odpowiedzieć na pytanie.

Heydrich został pochowany w Berlinie 9 czerwca 1942 na Cmentarzu Inwalidów (Invalidenfriedhof). Cała ceremonia przypominała raczej musical z ogromną ilością kwiatów, czerwieni w Sali Mozaikowej i dosyć makabryczną pokazówką, w której trumna jechała przez całe miasto. O samym pogrzebie napiszę w innej notce. Dzisiaj skupimy się na samym grobie.

Jeśli z ciekawości chcecie zobaczyć gdzie leży Płowa Bestia zamieszczam krótki przewodnik. Tylko proszę wszystkie łyse pałki w glanach z białymi sznurówkami żeby odpuściły sobie pielgrzymowanie i oddawanie czci mordercy.

              Invalidenfriedhof znajduje się niedaleko Dworca Głównego w Berlinie. Jak tam dojść? Wychodzimy z Hautbahnhof na Invalidenstrasse i kierujemy się na wschód ulicą Invalidenstrasse, po przekroczeniu Szprewy widzimy małą dróżkę przy kanale, za którą znajduje się Ministerstwo Gospodarki i Technologii Niemiec. Skręcamy w dróżkę i idziemy nad rzeką. W końcu dochodzimy do ogrodzenia i wchodzimy po schodkach, jesteśmy na cmentarzu.

              Sam cmentarz podzielony jest na sektory. Grób Heydricha jest jednak nieoznakowany, znacznik został oczywiście usunięty po wojnie by zapobiec pielgrzymkom neonazistów, z jednej strony popieram, z drugiej nie, czemu? O tym za chwilę. Jak go znaleźć? Potencjalnie leży w części C albo A. Bardziej prawdopodobna jest ta druga. Z dwóch powodów. Wystarczy wydrukować sobie zdjęcia z pogrzebu i pokluczyć trochę po nekropolii żeby zauważyć murki i budynki, widocznie także na fotografiach. Trzeba pamiętać, że cmentarz jednak bardzo się zmienił i niektórych rzeczy już nie ma, bowiem zostały zniszczone przez Sowietów, a także wcześniej Berlińczycy kładli tam zwłoki ludzi, którzy zostali zabici podczas bombardowania. Drugim sposobem jest rozejrzenie się po sekcji A. Na 90% na grobie Heydricha, tudzież w jego pobliżu będzie coś leżeć. Najczęściej są to listy, znicze i kwiaty. Co przerażające, na żadnym innym grobie nic takiego nie znajdziemy. Jednak murek, na którym spoczywają te pamiątki nie jest dokładnie jego grobem, sama kwatera leży kawałek dalej, jednak nikt nie będzie stawiał zniczy na trawie, która w tej okolicy jest wyschnięta od słońca, bo wszystko by spłonęło Co roku jeżdżę do Berlina na 4 czerwca i co roku widzę ludzi, często obcokrajowców, którzy zostawiają na murku fanty. Raz udało mi się spotkać i udzielić wywiadu ekipie duńskiej telewizji, która robiła o Heydrichu dokument. Pomogłam im znaleźć i sfilmować grób, bowiem również chodzili i zastanawiali się który to. No, ale teraz przechodzimy do nurtującej mnie kwestii.
               Są dwie strony medalu. Dlaczego to źle, że nie ma znacznika na jego grobie? Historycy kluczą jak gęsi, pocą się na tym cmentarzu, biegają z wydrukami zdjęć i dopasowują je jakoś do otoczenia. Gdyby była mała tabliczka gdzie leży Heydrich, problemu by nie było. Druga sprawa to jego rodzina, nie wiem czy komukolwiek byłoby miło gdyby ich bliski leżał w nieoznakowanym grobie. Trzecia to jednak jakieś tam moje zwichrowane sumienie, które mówi mi, że nawet najgorszemu należy się normalny grób. Jednak usuwanie nazistów z przestrzeni prowadzi do wymazywania ich z ludzkiej pamięci, a tym samym zbrodni jakich dokonali.
Dlaczego to dobrze, że nie ma znacznika na grobie Heydricha? Przede wszystkim przez neonazistów. Nie chciałabym żeby ich durne rytuały zaburzały spokój Invalidenfriedhofu. Łowcy pamiątek to inna kategoria. Bardzo nieprzyjemnie byłoby, gdyby, ktoś wykopał, pokiereszował jego zwłoki i zrobił sobie z nich amulety, tudzież sprzedawał na jakiś aukcjach (skoro ludzie handlują bielizną Ewy Braun, to nie zdziwiłabym się widząc aukcje z kośćmi Heydricha).
Jakie jest wasze zdanie? Czy Heydrich powinien mieć oznakowany grób, czy też nie?


Zdjęcie groby z lat wojennych: M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 2: The Enigma

piątek, 26 kwietnia 2013

Jak cię widzą tak cię piszą- Heydrich na okładkach cz. I

             Jako, że wbrew moim intencjom na tym blogu ostatnimi czasy zaroiło się od recenzji książek o Heydrichu jak i okołoheydrichowych, to dzisiaj na rozluźnienie temat związany z okładkami, na których pojawia się Płowa Bestia. Co by nie mówić wyróżniam kilka tendencji:

1. Czy te oczy mogą kłamać?
Brak oczu. Zasłońmy je, zamażmy, najlepiej całą twarz. Bez nich Heydrich po prostu wygląda lepiej, groźniej, nie jak zamroczona gęś, która oderwała się od klucza i łazi bez celu po bagnach. Trochę jak wskazanie: winny, dajmy więc blur na oczy jak Katarzynie W. w "Fakcie." Okładka skrywa tajemnicę, niby wiemy kto to, ale jednak nie. Ci, którzy Heydricha nie mają kupują w ciemno. Bo wygląda tak mrocznie, że aż chce się sięgnąć po książkę. Historia z życia wzięta: koleżanka zupełnie nie znając Płowej Bestii, zobaczyła powieść "HHhH" (beznadziejną zresztą, ale do tego przejdziemy później) na półce i pragnęła ją kupić, dodatkowo zachęcona ksywką Heydricha "Archanioł Zła". Potem zobaczyła jego twarz w całości i czar pełen dystyngowanego mroku prysł, a jej oczom ukazał się niezbyt urodziwy pan z szeroką miednicą.

Przykłady:


2. Dajcie mi swastykę.

Kiedy już jednak zdecydujemy się pokazać potencjalnemu czytelnikowi oblicze esesmańskiego muminka to powinniśmy jego łagodną aparycję zakleić swastykami. Najlepiej dziką ich ilością. Wszystko zalać czernią i już napalona i zbuntowana gimbaza ruszy, żeby zaopatrzyć się w egzemplarz książki o złym człowieku, by ostentacyjnie czytać na korytarzach i pokazywać wszystkim "Mam mrok w sercu i czytam mroczne książki". Alternatywnie wstawiamy runy SS.

Przykłady:


3. Ocieplanie wizerunku.

Pokażmy go od dobrej strony. Będzie skandal. Niech nam się Heydrich z okładki uśmiecha. Taki uroczy, ludzie patrzą, nie wierzą, że Bestię stać na radosny grymas. Najlepiej jeszcze z żoną, niech ją przytula, niech ludzie się pienią, kupują i czytają wypociny jego małżonki. Afera murowana, słupki sprzedaży wywindowane pod nieboskłon. A wydawca zaciera ręce i ogląda dziennik, w którym Czesi lamentują nad tym jak było można, po czym wrzucają do koszyka, czy to z nostalgii, czy z ciekawości historię spisaną przez Linę.



4. Na blacharę.

Takiego pięknego mercedesa ze świecą szukać. Dajmy go na okładkę, najlepiej tego po zamachu. Fani retro-motoryzacji kupią żeby radośnie fapać do auta, a czy przeczytają? A kogo to obchodzi?



To jeszcze nie koniec. W kolejnym odcinku wystąpi czapka-niewidka. Dowiemy się czemu na 50% okładkach występuje pewne zdjęcie i dlaczego właściwie o tym piszę. Stay tuned.

Ps. Kolorystyka też jest dosyć jednostajna: biel. czerń, czerwień. Gruba, mroczna czcionka, pojedyncze wyrazy na czerwono/czarno.



środa, 24 kwietnia 2013

Heydrich i szpada- Szermierz cz. I

            Miłość Heydricha do szermierki zaczęła się już we wczesnej młodości. Reinhard był chorowitym dzieckiem, więc rodzice dla wzmocnienia zdrowia posyłali go na różne zajęcia sportowe. Chłopiec bardzo garnął się do pływania, biegów, gry w piłkę, żeglarstwa, jeździectwa i rzecz jasna do szermierki. Jako nastolatek był członkiem stowarzyszenia gimnastycznego i klubu wioślarzy w Halle. Najbardziej kochał lekcje szermierki, które kontynuował w czasie swojej służby w marynarce. Żeby trenować w Hamburgu kupił sobie motor1. W wolnym czasie od swojej służby na Schleswigu-Holsteinie (SIC!) Reinhard narzucił sobie bardziej mordercze tempo, codziennie pływał i uprawiał jogging, jednak stawał się też bardziej arogancki o czym wspomina jego współlokator Beucke:
           „Chciał zostać pięcioboistą. Wszystkiemu co robił poświęcał niesamowitą energię, jednakże przeceniał swoje możliwości i talenty. Marzyły mu się olimpijskie laury i nigdy nie wstydził się wychwalać siebie pod niebiosa. Kiedy nie został zaproszony na mistrzostwa sportowe Reichswehry czuł się oszukany. W oparciu o swoje wyniki udowodnił mi, że wygrałby ten pięciobój.” Jeden z oficerów, Gustav Kleikamp stwierdził, że „talenty, wiedza i zdolności Heydricha były ponadprzeciętne”.W certyfikacie wystawionym przez jego przełożonych (zdumiewające, że jest to niesamowicie pozytywna ocena) jaki otrzymał po wyrzuceniu z marynarki ostatnim zdaniem jest „Heydrich jest bardzo sprawny fizycznie, jest dobrym szermierzem i żeglarzem”. 2 Nie są to puste słowa, bowiem Reinhard w 1927 roku został mistrzem w wioślarstwie Morza Bałtyckiego, a w rok później mistrzem Morza Północnego.3
 
Heydrich po prawej
                Będąc już w SS Heydrich nadal rozwijał swoją pasję do szermierki. Ćwiczył codziennie mimo czasochłonnej i męczącej pracy. Jego trenerem był doktor Hoops. Ambicje Reinharda i jego sportowy zapał doprowadziły do zorganizowania mistrzostw SS w szermierce. Wydarzenie to miało miejsce między 12 a 14 listopada 1936 roku. Heydrich był piąty w szpadzie i trzeci w szabli. Grupowo reprezentacja SD, którą dowodził zdobyła pierwsze miejsce w klasie A na rapier i floret i druga w szabli. Heydrich był także aktywnym członkiem Komitetu Olimpijskiego i pomagał w przygotowaniach do zawodów w Berlinie. 4
              
W sierpniu 1941 roku Reinhard zdobył pozycję piątego z dwunastki najlepszych szermierzy w Trzeciej Rzeszy. W pamiątkowej publikacji na temat Heydricha wydanej po jego śmierci Herbert von Daniels napisał: „Dwunastu najlepszych zawodników ekstraklasy Rzeszy wystąpiło po odznaczenia. Na piątym miejscu stoi w szeregu Obergruppenfuhrer SS i generał policji Reinhard Heydrich.” I dalej: „Z radością przyjmuje gratulacje, a jednak z całej jego postawy przebija skromność (Deschner komentuje tą „skromność” w kapitalny sposób). Kto go zna, ten wie, że nawet teraz nie spocznie. Nie spokój i odpoczynek, ale praca nad sobą i dążenie naprzód- takie jest jego podstawowe nastawienie, obojętnie czy chodzi o sport czy służbę”. O ile propagandowy do bólu opis z laurki pośmiertnej może wydawać się niewiarygodny, to jednak potwierdzają to późniejsze, powojenne gazety poświęcone szermierce, piszące: „jeśli chodzi o osiągnięcia bez wątpienia był sportowcem, jakiego można zaakceptować i tego się nie zmieni”, dalej nazywany jest „pełnym pasji sportowcem” i „wyczynowcem”.

Heydrich z drużyną, za nimi Hoops
              W grudniu tego samego roku Heydrich musiał bardzo szybko przygotować się do boju z Węgrami, został tym wezwaniem zaskoczony. Jeden ze sportowców nie mógł startować. Przeciwnicy byli znacznie silniejszą drużyną. Heydrich postanowił poddać się morderczemu treningowi i w kilka dni między czwartą a szóstą rano pracował nad poprawą kondycji. Jego sukces okazał się być spektakularny. Zajął pierwsze miejsce wśród Niemców, a drugie w całych zawodach w szabli. Zawody te odbyły się w Wiedniu.
Koledzy z drużyny uwielbiali Heydricha. Reinhard zachowywał się wśród nich „naturalnie, z prostotą i skromnością”.5 Był niebywale pomocny dla młodszych szermierzy i rozwijał ich talenty. Często pocieszał ich po porażkach i zagrzewał do boju. Chciał by jego drużyna SS była najlepsza, ale dbał także o to by panowała w niej rodzinna atmosfera. 
Heydrich i jego drużyna. Oczywiście fotograf uciął mu głowę
             Jednak poza swoim teamem o Heydrichu krążyły różne opinie i cywilni szermierze oceniali go jako „zamkniętego w sobie, nieprzeniknionego i nieobliczalnego”. Kłócił się z sędziami i grymasił jak diwa w za ciasnej sukience w grochy, dostał nawet raz reprymendę i dopiero to spowodowało, że przestał marudzić. Zdając sobie sprawę z trudnego charakteru poprosił Hoopsa o to, by informował go kiedy zaczyna zachowywać się nieodpowiednio6. Hoops był przez niego lubiany, czego nie można powiedzieć o innych trenerach, „cywilnych”, z którymi Heydrich wchodził w konflikty i wydziwiał. Jeden z nieszczęśników trafił nawet na rozmowę do kwatery Gestapo. Nie złamał się podczas „pogadanki” z Płową Bestią i wyjaśnił mu, że gra niefair. O dziwo uszedł z życiem, co więcej Heydrich nauczył się mu ustępować.
Bardziej zaskakującym były jednak dwie inne historie, pierwsza tyczy się Paula Sommera, który był Żydem. Poproszony przez kolegów Heydrich umożliwił mu wyjazd do Ameryki. Reinhard uratował też w czasie wojny polską reprezentację olimpijską w szermierce. Wziął ich w swoją protekcję i póki żył włos nie spadł im z głowy. Co więcej gościł u siebie Romana Kantora, również Żyda, który trenował i w Polsce i w Związku Sowieckim. Panowie rozmawiali o technikach szermierki, po czym zachwycony Reinhard dał mu odpowiednie dokumenty, oraz pieniądze i odesłał bezpiecznie do Warszawy7. Niestety po śmierci Heydricha Kantor został schwytany i zabity w Majdanku.8
           O aferze z Anspachem napiszę oddzielną notkę, bo historia jest długa i ciekawa i nie chcę jej skracać. 

Źródła:
1G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej, Warszawa 2000. s. 29
2R. Gerwarth; Hitlers Hangman. Londyn 2011. s. 40-44
3Patrz ilustracja:
4G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej, Warszawa 2000. s. 129
5Ibid. s. 130
6M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 1: The Road to War, Shropshire 2001, s. 110
7G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej, Warszawa 2000. s. 133
8Paul Taylor, Jews and the Olympic Games, Brighton 2004, s. 106

Źródła fotografii: 
 G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej. - Heydrich w pelerynce
Můj život s Reinhardem L. Heydrich - Certyfikat Reinharda
M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 1: The Road to War - pozostałe

Na deser. Zdjęcia nie z książek, ale wycięte z filmu z serii Historia SS. 
Blade loki
Heydrich i Buka(?)
 PS. Na http://www.sz-photo.de/ po wpisaniu "Heydrich" otrzymujemy mnóstwo zdjęć z różnych zawodów i nie tylko. Niestety z watermarkami, ale popatrzeć warto.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Jaroslav Čvančara - Heydrich - recenzja

                      Dzisiaj bierzemy na warsztat ogromny czeski album. Pierwsze wydanie miał około 2000 roku o ile dobrze pamiętam, jednak na święta 2011 ukazało się nowe. Miałam w rękach obydwa i nie widzę jakiś szczególnych różnic, może za wyjątkiem okładki, a właściwie tylko obwoluty, która w przypadku nowego wydania jest dużo ładniejsza i prezentuje moją ulubioną fotografię przedstawiającą maskę pośmiertną Heydricha. Pod spodem kryje się jednak brzydki kolaż znany z poprzedniej edycji.
                   Co kupujemy? Co oglądamy? Jest to album, mało treści i dużo zdjęć. Wbrew pozorom Heydrich umiera w nim dosyć szybko i większość książki wypełniają zdjęcia plakatów, Pragi, spadochroniarzy, ofiar heydrichiady. Jeśli nastawiamy się, że będzie to album wypełniony Reinhardem po brzegi, to srogo się zawiedziemy. Jak bardziej interesuje nas Protektorat nie będzie źle. Tak naprawdę większość zgromadzonych przez Čvančarę fotek pochodzi z CTK, albo jest dosyć znana i obejmuje głównie okres sprawowania przez Heydricha stanowiska zastępcy Protektora Czech i Moraw. Z młodości, z lat wcześniejszych zdjęcia Reinharda można policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli chodzi o treść to jest niebywale skromnie i bez szału. Čvančara oczywiście wtrąca różne dziwne jadowitości, które powinien pominąć i skupić się na opisie zdjęć a nie na swoich domysłach i docinkach, bo one naprawdę nikogo nie interesują i nieraz nachodzą na fotki zupełnie bez potrzeby.          
               Wygląda to wszystko i pachnie bardzo ładnie, ale to trochę taki item dla fanatyków i kolekcjonerów, którzy lubią patrzeć na Heydricha w obleśnym zielonym mundurze, podkreślającym jeszcze bardziej jego bujne biodra i nadający mu kształtu wielkiej, niedojrzałej gruszki. Laikowi raczej się nie przyda, ani tym bardziej nie spodoba, bo nie ma na czym oka zawiesić, ani nic ciekawego przeczytać. Jeśli natomiast ktoś wkręcił się w zbieranie zdjęć Reinharda, to szlaban otwarty i do boju.  W sumie "Heydrich" Čvančary to kubeł zimnej wody na zidiociałe, podstarzałe neonazistki, piszczące jaka to Płowa Bestia nie jest piękna. Zdjęcia nie kłamią. Dzieci w nocy może się nie wystraszą, ale na kobiety fizys Heydricha zadziała jak sandał i skarpeta.
             Czy warto płacić prawie 1000 czeskich koron za "Heydricha"? Osobiście zakupu żałuję minimalnie, można było to zrobić lepiej i zawrzeć trochę więcej wartościowych informacji, poszerzyć to na życie Reinharda jako takie, nie tylko na Protektorat, tytuł jest bowiem bardzo mylący. Kiedy jechałam do Pragi żeby w bibliotece przekserować pierwsze wydanie spodziewałam się czegoś innego. Oczywiście niewidziane wcześniej fotografie były jakąś tam drobną radością, jednak za małą i dodatkowo przygaszoną przez nijaką treść publikacji. Druga edycja, która miała być poszerzona na nowo rozpaliła moje nadzieję i zakupiłam ją, była krótka radość a potem kręcenie nosem na niedociągnięcia. Dla laików i osób, które zaczynają przygodę z historią Płowej Bestii może się to okazać trochę większy ból niż dla mnie. Lepiej zainwestować w Williamsa, on ma jednak lepsze fotki.

Moja ocena:

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Mark Roseman - Wannsee, willa, jezioro, spotkanie


              Z tą książką spotykam się po raz kolejny. Rok, rok widzę angielską edycję w willi, w której dziś jest muzeum i zawsze brakowało mi paru euro na to żeby ją zakupić. Mahomet przyszedł do góry. Książkę wydano niedawno po polsku, a z okazji Dni Książki dostałam ją w promocji w Matrasie. Żyć nie umierać.
            Publikacja poświęcona jest konferencji w Wannsee, które miało miejsce 20 stycznia 1942 roku. Protokół z tego spotkania nazywany jest często "kamieniem z Rosetty Holocaustu". Autor dokładnie śledzi czym w istocie zajmowali się zgromadzeni tam panowie i jakie miało to konsekwencje. Jednocześnie Roseman nie traktuje czytelnika jak idioty i tylko we wstępie używa dosyć ostrych słów i uświadamia jakim okropieństwem i cynizmem wykazywali się zgromadzeni. Dalej stara się pisać na sucho i bez emocji.
            Podchodziłam z rezerwą widząc szaloną ilość swastyk na okładce i blurba z Guardiana: "Doskonała, sugestywna i przerażająca". Zapowiadała się jazda bez trzymanki w stylu "Twarzy zła". Jednak, wcale nie było tak źle jak myślałam. Wręcz przeciwnie, "Wannsee" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Jest to książka raczej dla kogoś, kto nie wszedł mocno w temat, typowo popularnonaukowa. Napisana czytelnym językiem, dzięki czemu publikację połyka się w półtorej godziny i wie się wszystko, co chciało się wiedzieć. To wielki plus, nie ma tu zagmatwania i chaosu. Bibliografia całkiem w porządku, ale autor głównie odpisywał z innych książek (w tym z Deschnera, co może tłumaczyć dlaczego jest tak dobrze), nie zaś samemu chodził po archiwach. To nie przeszkadza, czyta się naprawdę szybko i nie wychodzi się z lektury z pustymi rękoma. Polecałabym jednak przed zaznajomieniem się z "Wannsee" przeczytać jakąś biografię Heydricha albo Eichmanna, ze wskazaniem na tego pierwszego. Pojawiają się czasem drobne błędy, typu Heydrich nazwany Protektorem Rzeszy, kiedy on był zastępcą protektora, w istocie jednak miał taką samą władzę jak Protektor (ilość protektorów w jednym zdaniu <3), ale ja lubię czepiać się słówek. Tego typu drobnostki czasem są jak ziarenka piasku na dojrzałej truskawce, da się je jednak przełknąć.
             Cena i dostępność jak najbardziej przemawiają za kupnem.


Moja ocena:





               PS. W tytule widnieje jezioro, a o nim jest w książce jedno zdanie, ale podejrzewam, że angielskie "the lake" jakoś fajnie autorowi brzmiało i zostało, żeby nie było tylko "Wannsee- the villa, the meeting".

niedziela, 21 kwietnia 2013

Heydrich w Marynarce- cz. I - Cierpienia młodego Reinharda

Decyzja o wstąpieniu Heydricha do marynarki była zadziwiająca dla każdego. Jako pierwszy syn mógł wszakże dostać w spadku po rodzicach konserwatorium, bądź iść na studia chemiczne. W 1922 roku po otrzymaniu świetnych ocen końcowych praktycznie wszystkie drzwi stały przed nim otworem. Reinhard jednak miał w głowie marzenie: zostać admirałem. I co gorsza, miał zamiar je zrealizować, ignorując fakt, że dziecięce fantazje odbiegają znacznie od rzeczywistości marynarskiego żywota. Co tak bardzo zamieszało mu w głowie? Tropów jest całkiem sporo. Pierwszy z nich prowadzi do osoby hrabiego Felixa von Lucknera, przyjaciela rodziny Heydrichów, który w książce „Diabeł Morski” opisał swoje przeżycia podczas pierwszej wojny światowej. Młody Reinhard był nią zachwycony. Kolejny trop podaje Lina, Heydrich jako dziecko miał zakochać się w marynarce widząc manewry floty w Świnoujściu. Ostatnim podejrzanym jest Erich Schultze, kolega z dzieciństwa Reinharda, z którym razem czytali i rozmawiali po francusku. Młodzian ten wstąpił do marynarki w 1921 roku. 1
             Rodzice Heydricha byli podzieleni jeśli chodzi o decyzję syna. Matka uważała, że kariera oficera jest wystarczająco prestiżowa, podczas gdy Bruno złościł się, że syn nie przejmie konserwatorium. W końcu przekonany argumentami w postaci przychodów jakie mogła przynieść kariera młodzieńca stał się bardziej przychylny jego marzeniom. Reinhard wyjechał z domu ze skrzypcami, które wręczył mu ojciec na odchodne i rozpoczął służbę 1 kwietnia 1922 roku (jak podaje Gerwarth) albo 30 marca 1922 roku (jak podaje Williams i Deschner) w Kilonii. Trening przygotowawczy był dla niego morderczy. Pierwsze sześć miesięcy spędził na pokładzie Braunschweiga, a potem trzy kolejne na Niobe (Lina Heydrich podaje, że najpierw była Niobe, potem Berlin, potem Braunschweig, wersje są zatem dwie). Między lipcem 1923 i marcem 1924 Reinhard spędził na krążowniku Berlin2.
Akademia Morska w Kilonii
Trening w Kilonii był niezwykle ciężki, ze względu na fizys Reinharda. Jak podawali jego koledzy miał on bardzo zniewieściałą budowę. O to jak pisał o nim jeden z nich:
            „Jego kończyny jakoś nie pasowały do siebie. Pociągła, wąska i za mała głowa osadzona na podłużnej szyi z krótkimi, blond włosami, długi nos, nieufne, zmrużone i osadzone blisko siebie oczy i małe usta (ja bym powiedziała, że miał całkiem pełne, ale cii...), które zazwyczaj zaciskał. Podłużny korpus, z niemalże małpimi, zgarbionymi ramionami, szeroka miednica, potężnie zbudowana z podłużnymi, nieumięśnionymi nogami. Wyglądał na mięczaka, był miękki i kobiecy.”3

            Heydrich wyróżniał się na tle innych kadetów tym, że stronił od alkoholu i papierosów, chodził wszędzie ze swoimi ukochanymi skrzypcami, a dodatkowo miał dziwaczny wygląd. Już w czasach gimnazjalnych Reinhard był przezywany „kozą” ze względu na swój niebywale wysoki głos. Ten sam przydomek otrzymał w marynarce. Innymi ksywkami były: „bekas”, jako, że młodzieniec pocieszał się grą na skrzypcach w samotności, do tego pogłoski o żydowskim pochodzeniu sprawiły, że wołano za nim „jasnowłosy Mojżesz”, „biały Mojżesz”, i „Mojżesz Haendel”. Reinhard źle znosił wyzwiska i docinki. Stopniowo zamykał się w sobie i wszystko traktował bardzo serio. Dzięki awansom jego sytuacja się poprawiła, jednak początkowe lata były koszmarne. Nie miał w marynarce żadnych przyjaciół i przestał ufać ludziom, co zostało mu aż do śmierci. Znęcał się nad nim jeden z matów, Polak z pochodzenia. Kazał on wszystkim kadetom klęknąć, skrzyżować ramiona z tyłu i upaść do przodu. Sam był gruby i padał na brzuch. Jednak wysoki i chudy Reinhard upadał najczęściej na twarz. Ten sam mat kazał wyciągać „bekasa” z łóżka gdy ten już spał i ledwie wybudzonemu grać na skrzypcach koszmarnie ckliwą serenadę Toselliego. Młodzieniec musiał grać co noc i zawsze na odchodne słyszał „Heydrich, może pan odejść. Wzruszył mnie pan”. Po latach gdy w czasie wojny w grano serenadę Reinhard wyłączał radio.
                 W czasie przepustki Heydrich wracał do domu i słyszał kolejne szykany od ludzi z Halle. Pewien student wyzywał go od „Itziga Sussa w marynarskim mundurze”. Heydrich zapytany jak na to zareagował, odpowiedział koledze marynarzowi „A co miałem zrobić?”. Po tym wyznaniu wszyscy koledzy odsunęli się od niego jeszcze bardziej i Reinhard został zupełnie sam.4

 Źródła: 
1R. Gerwarth; Hitlers Hangman. Londyn 2011. s. 33
2M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 1: The Road to War, Shropshire 2001, s. 14
3R. Gerwarth; Hitlers Hangman. Londyn 2011. s. 35
4G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej, Warszawa 2000. s. 27-28

Źródła zdjęć:
 akademia morska w Kilonii i zdjęcie grupowe: M. Williams Reinhard Heydrich: The Biography, Vol. 1: The Road to War,
Heydrich-kadet - Můj život s Reinhardem - L. Heydrich 

sobota, 20 kwietnia 2013

Walter Schellenberg- Wspomnienia- recenzja

               
                 "Wspomnienia" Waltera Schellenberga to książka niezwykła. W sumie nie wiadomo ile w niej prawdy, a ile fantazji autora, jednak lektura sprawia niebywałą frajdę i jest ona doskonałym źródłem plotek na temat dygnitarzy Trzeciej Rzeszy. Ja mam w posiadaniu stare wydanie z PRL-u, które jest okropnie pocięte, jednak parę lat temu, chyba w 2010 albo 2009 roku ukazała się nowa edycja po polsku i zdecydowanie tą polecam wam kupić, bo jest więcej, lepiej i weselej. Oczywiście wznowione wydanie zyskało mroczną okładkę i podtytuł "Wspomnienia arcyszpiega Hitlera", no tak wszystko z Hitlerem w tytule sprzedaje się lepiej.
                Walter Schellenberg był jednym z podkomendnych Reinharda Heydricha, a potem Ernsta Kaltenbrunnera, a mało brakowało, że sam nie został szefem RSHA. W urzędzie bezpieczeństwa pełnił rolę szefa wywiadu i znany jest historii głównie z grania głównej roli w incydencie z Venlo i próby porwania Edwarda VIII (akcja nie powiodła się, bo Schellenberg został podtruty co spowodowało u niego ciężką chorobę nerek). W procesie norymberskim skazany został na 6 lat więzienia. Wolnością długo się nie cieszył, ponieważ zmarł na raka w Turynie w 1952 roku.
              W swoich zapiskach Walter kreuje się na niewiniątko i sprawia wrażenie, że on jedynie podawał szefowi kawę i ciasteczka, ewentualnie radośnie plotkował jak pani z dziekanatu. Prawda rzecz jasna była zgoła inna, jednak Schellenberg w swojej pisaninie jest tak uroczy, że na wszystko przymyka się oko i kiwa głową.
              Heydricha, a przecież o nim na tym blogu piszę, Schellenberg opisuje w niezwykle interesujący sposób, do tej pory zachwyty nad atletyczną sylwetką szefa i dodanie, że efekt psuły "złowieszcze biodra" budzi na mojej twarzy szeroki uśmiech. Walter ma love/hate stosunek do Reinharda. Raz zachwyca się nad nim, potem stwierdza, że go nie lubił, by potem pisać, że był niezastąpiony. Podaje szereg fantastycznych anegdotek, swoją drogą ciekawe ile z nich faktycznie miało miejsce, które doskonale opisują naturę Płowej Bestii i dodają do jej mrocznej aparycji odrobinę, a może nawet całkiem dużo przedziwnego poczucia humoru. Heydrich śmieje się z horoskopów Himmlera, ratuje Schellenberga, niczym damę w opresji, przed byciem polanym piwem w Norwegii, słysząc, że Walter wybrał się na wycieczkę z Liną, Reinhard zatruwa, bądź tylko tak mówi, martini podwładnego i próbuje z niego wyciągnąć informacje na temat przebiegu spotkania. I tak dalej i tak dalej... Czyta się to momentami z wielkim niedowierzaniem, jednak trudno nie uśmiechnąć się i nie zadziwić, że ci mroczni panowie z dokumentów na Discovery zachowywali się jak stado plotkar i tylko brakuje żeby ktoś w końcu wyciągnął lakier do paznokci i zaczął robić sobie manicure nad kolejnym podpisywanym wyrokiem śmierci. I śmiesznie i straszno.
              "Wspomnienia" Schellenberga warto mieć na półce dla samej ciekawości i lekkości pióra autora. Ufać mu we wszystkim nie należy, ale zdecydowanie jego dziełko znać wypada.

Moja ocena:

piątek, 19 kwietnia 2013

Newsy! Wydanie książki Gerwartha po polsku.



http://www.esprit.com.pl/252/Kat-Hitlera-Biografia-Reinharda-Heydricha.html

Panie i Panowie, brawo, w końcu coś dobrego trafi do polskich księgarni i mam nadzieję, że wymiecie poczwarki w stylu "Twarzy Zła" i "Posłańca Śmierci" z półek. "Kat Hitlera" Roberta Gerwartha. Dla zainteresowanych temate zakup obowiązkowy. Oczywiście zaopatrzę się w polską wersję, żeby zobaczyć czy wszystko w porządku z tłumaczeniem. Wspaniała wiadomość.

Moja recenzja biografii Heydricha pióra Gerwartha:
http://plowabestia.blogspot.com/2013/04/hitlers-hangman-life-of-heydrich-r.html

czwartek, 18 kwietnia 2013

Můj strýc Reinhard Heydrich - Hans-Georg Wiedemann, Andreas Wiedemann

            
             Dzisiaj kolejna niezwykła pozycja w kąciku recenzenckim. "Mój stryj Reinhard Heydrich" spisana przez panów Wiedemannów na podstawie ich rozmów z Peterem Thomasem Heydrichem.
             Gdybym była bardzo brutalnym osobnikiem nazwałabym tą pozycję bezczelnym skokiem na kasę w stylu "Byłam sprzątaczką w szalecie w Monachium, w którym Adolf Hitler oddał swój mocz", jednak postaram się być dosyć miła.
             Sama idea miała być częścią terapii cierpiącego na wyrzuty sumienia i depresję Petera Thomasa Heydricha, ale poza paroma ciekawymi zdaniami i historią rodziny tak naprawdę jest to nieprzekonywujące lanie wody. Więcej treści zawiera tłumaczony przeze mnie wywiad z Heiderem. Pan Thomas wydaje się jakiś nieszczery i wybitnie robi się na ofiarę, jakby jego wujek wysłał go do Dachau na ferie.
           Peter Thomas widział stryja niewiele razy w swoim życiu przez to, że jego matka nie przepadała za Reinhardem (zapewne poszło o pieniądze, których Heydrich nie chciał pożyczyć, co doprowadziło do zerwania kontaktów z całą rodziną, oprócz brata), jednak ten wysyłał mu drogie zabawki i traktował jak królewicza. Po wojnie Peter dowiedział się, że wujo to potwór i popadł w wielką depresję i nie mógł sobie z tym poradzić cały czas żyjąc w cieniu stryjka. Może gdyby książka była lepiej napisana ta historia byłaby jakoś przejmująca, ale niestety nie jest. Wydaje się zbytnio udramatyzowanym robieniem z igły wideł. Przykład? "Nie utrzymuje kontaktu z dziećmi Heydricha, bo trzymają po nim pamiątki". AHA! Nie, no spoko lepiej spalić i popioły zaorać. Dodatkowo uderza w oczy wybielanie ojca (Heinza Heydricha), który rzekomo popełnił samobójstwo przez to, że ratował Żydów. Naprawdę zabił się ponieważ był zamieszany w łapówkarstwo i miał na koncie kradzież.
           Książka wypada słabo i jest ewidentnie pisana na siłę. Warto jednak przeczytać, chociażby ze względu na rodzinne historie i to jak Peter Thomas postrzegał Heydricha jako chłopiec. Bowiem tylko to w tej publikacji wydaje się być szczere.
           Ukazała się po czesku i cena to około 200 koron. Wersja niemiecka: 14 euro.

Moja ocena:


środa, 17 kwietnia 2013

Heydrich - Konečné řešení židovské otázky - Edouard Husson


               "Heydrich - Konečné řešení židovské otázky" Edouarda Hussona to książka trochę inna niż te, które do tej pory zrecenzowałam.
                Nie jest to kolejna biografia, czy wspomnienia, ale publikacja na temat tego jaką rolę w istocie odgrywał Heydrich w ostatecznym rozwiązaniu. A jak wiemy była to rola niemała. Husson opisuje szczegółowo działania nazistowskich dygnitarzy, oraz różne dokumenty, które stały się podwalinami Zagłady. Oczywiście przybliża też sylwetkę Heydricha streszczając jego żywot, po czym przystępuje do analizy materiałów. Autor podaje różne relacje i wersje wydarzeń, w momentach kiedy nie jest do końca jasne co się stało. To bardzo mu się chwali. Czasami wkrada się jednak pewne nieuporządkowanie, można zatonąć w dygresji i stracić wątek. Nie jest to jednak wielka wada, bowiem publikacja naszpikowana jest informacjami, których próżno szukać w innych książkach o Płowej Bestii.
               Przy tym wszystkim dosyć szokująca jest skromna bibliografia i nieczęste przypisy, wydaje się bowiem, że Husson musiał przerzucić niebywałą ilość materiału żeby "Heydrich - Konečné řešení židovské otázky" mogło zostać napisane. Jest jednak inaczej. parę stroniczek przy czym sporo z pozycji bibliograficznej to znane popularnonaukowe biografie. Tworzy to pewien dysonans z poważną treścią "Konečné řešení", który dla mnie jest zastanawiający i niepokojący jednocześnie.
              Książkę Hussona polecam osobom, które mają już za sobą Deschnera, albo Gerwartha i które chcą się przyjrzeć zbrodniczej karierze Heydricha, oraz Holokaustowi od biurokratycznej strony, dla innych może wydawać się ona niejasna i generalnie męcząca. Ciekawostek z życia i tego co Heydrich lubił zjadać na obiad zdecydowanie tu nie uświadczymy. Absolutnie nie jest to jednak zarzut. "Heydrich - Konečné řešení" jest bardzo potrzebna i cieszę się, że została napisana, bowiem naświetla ona wiele interesujących i przerażających spraw, które zdążyły w ciągu 70 lat wyblaknąć i stać się niemalże zapomnianymi.
            Oryginał jest po francusku, na ebayu widziałam w granicach 20 euro. Wersja czeska to wydatek rzędu 350 koron.

Moja ocena:


wtorek, 16 kwietnia 2013

Wywiad Hany Beneszowej z Heiderem Heydrichem cz. 2

Wywiad z Heiderem Heydrichem z czeskiego magazynu Reflex. Nr 9 roku 2011. cz I
Ukazał się również w czeskiej edycji wspomnień Liny Heydrich, skąd pochodzą wszystkie zdjęcia, jakie umieściłam w tej notce. Proszę kupcie tą książkę, bo dochód z niej idzie na szczytny cel.
Tłumaczenie mojej produkcji, więc cudów nie ma.

Z Brezan odjechał pan w kwietniu 1945 roku. Ze swoimi siostrami na wozie z zapasem jedzenia.

H: Z Brezan odjechaliśmy 18 kwietnia 1945 roku. Gościny udzielił nam baron Ringhoffer matka przed naszym odjazdem musiała mieszkać w wozie, takim w jakim jeżdżą cyrkowcy. Ona jechała pierwsza. Nas mercedesem wiózł nas kierowca. Jak w karawanie, jechaliśmy z siostrami w policyjnym aucie. Tak się rozdzieliliśmy. Naszym celem była wyspa Fehmarn, gdzie mieszkali rodzice matki. Dostaliśmy się tam po wielu miesiącach.

Droga na wyspę była dramatyczna?

H: Obszar między Kiel a rzekami Schwentine a także wyspa Fehmarn był zamkniętą strefą wojskową patrolowaną przez brytyjskie wojska. Niedaleko Oldenburga w Holsztynie jeden farmer pomógł nam przejść przez granicę.

Wyspa Fehmarn była w brytyjskiej strefie okupacyjnej. Jak traktowali was żołnierze?

H: Matka stawiła się w brytyjskim urzędzie zaraz po tym jak dotarliśmy do domu dziadków. Wyspa była wtedy jednym wielkim obozem dla uchodźców. Pierwsze pytanie jakie usłyszeliśmy brzmiało: „Jak dostaliście się do obozu? Przecież jest strzeżony!” Oczywiście, że w nocy przez „zieloną granicę”. W domu dziadków Brytyjczycy przeprowadzili parę przeszukiwań. Traktowali nas jednak dobrze. Dużo gorzej było z niemiecką policją pomocniczą, która zabrała nam niemalże wszystko co mieliśmy na sobie. Później widzieliśmy swoje ubrania i buty na innych dzieciach.

Jak się panu żyło na Fehmarn?

H: W domu babci i dziadka był fortepian. Na krótko pozwolono mi na nim grać. Od trzynastego roku życia każdy dzień po szkole pracowałem. Na granie nie było czasu. Po nauce chodziłem do pracy z rolnikami, aby załatwić dla rodziny mleko i mąkę.

Czy pańska matka znalazła gdzieś pracę?

H: Brytyjczycy mówili na początku, że nie wydadzą jej do Czechosłowacji. Jednakże w Pradze była już osądzona. Żadnym obietnicom nie mogła dawać wiary. Matka ukrywała się dwa lata. Wtedy w ogóle się z nią nie widzieliśmy. Mną i siostrami opiekowali się dziadkowie. Byli już bardzo starzy próbowaliśmy im pomagać, musiałem się też opiekować moimi małymi siostrami. Nie chciałem żeby dziadkowie mieli w nas dodatkowy ciężar. Panowała wielka bieda, wszystkiego brakowało. Kiedy matka wróciła, zaczęła prowadzić lodziarnię na Fehmarn a później w Plon.

Kiedy dowiedział się Pan o tym jak wysoką pozycję zajmował pański ojciec w Trzeciej Rzeszy?

H: Jako chłopiec wspominałem ojca w piękny sposób. Pamiętałem jedynie pełne miłości chwile jakie z nami spędził. Dopiero później nauczyłem się rozróżniać mojego ojca prywatnie i zawodowo.

A kiedy do Pana dotarło, jakie krwawe piętno odcisnął Pana ojciec?

H: Nie powiem Pani dokładnej daty. Był to długotrwały proces nauki i poznania. Przeczytałem mnóstwo książek, odwiedzałem miejsca mordów- obozy koncentracyjne w Polsce i Niemczech. Kiedy obserwuję sytuację polityczną na świecie mam wrażenie, że ludzie nie wyciągnęli wniosków ze zła jakie wyrządziła Trzecia Rzesza. Uważam, że przede wszystkim trzeba traktować dobrze drugiego człowieka i odrzucić jakiekolwiek ideologie. Spotkałem się w życiu z wieloma ludźmi i wiem jak ważny powinien być szacunek dla jednostki.

Skoro umie Pan oddzielić osobę pańskiego ojca jako prywatną i publiczną czy może Pan bez emocji , które przepełniały Pana jako małego chłopca mówić o znaczeniu zamachu?

H: Deschner w swojej książce „Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej” pisał „ Niezależne od siebie tajne służby i stronnictwa polityczne aliantów doszły do wniosku, że Heydricha należy uważać za najniebezpieczniejszego przeciwnika po niemieckiej stronie, a tego przeciwnika należało się pozbyć”. Z tą opinią się zgadzam.

Parę lat temu odwiedził pan kryptę, w której spadochroniarze stoczyli swój ostatni bój.

H: Byłem tam dwa razy. To chyba naturalne i dobre, że spoglądam w przeszłość.

Podczas swoich studiów spotkał się Pan z Johannesem Kleinem, który prowadził mercedesa pańskiego ojca i był członkiem jego ochrony. Mówił Panu o zamachu? Gdyby nie posłuchał pańskiego ojca, który kazał mu się zatrzymać być może udałoby mu się go ochronić.

H: Pana Kleina spotkałem raz w jego rodzinnym Gelsenkirchen. O zamachu z nim nie rozmawiałem. Większość ludzi w tym czasie rozmawiała o problemach dnia codziennego, nie o polityce. Ja w tym czasie dostawałem 50 marek na miesiąc. Uczyłem się zawodu mechanika pod Dusseldofrem i mieszkałem w ewangelickim przytułku.

Mieć na nazwisko Heydrich w powojennych Niemczech nie było łatwo. Pana rówieśnik wspominał, że siedział Pan w ostatniej ławce i z nikim się nie przyjaźnił.

H: Wątpię czy ten kto mnie wspominał naprawdę był moim rówieśnikiem i uczył się w szkole na Fehmarn. Parę lat byłem przewodniczącym klasy i miałem wielu kolegów i koleżanek. Spotykamy się na spotkaniach, które odbywają się raz na dwa lata. W pracy za to doświadczyłem różnego rodzaju oszczerstw. Wyjątkiem nie były dość paskudne ataki- próbowano dokleić mi łatkę nazisty, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Na szczęście nie zaszkodziło to mojej reputacji ani w domu ani zagranicą, a niemieckie ministerstwo nie kwestionowało moich kwalifikacji.

Ktoś wypominał nazistowskiego przodka pańskim dzieciom, bądź wnuczkom?

H: Nasze trzy córki mają łatwiej, bo wyszły za mąż. Ale dla naszego syna było to brzemieniem. I w jego pokoleniu grało rolę, że był wnukiem „nazistowskiego zbrodniarza Heydricha”.

Jak Pańskie dzieci poradziły sobie z tym, że ich dziadek był osobą, która niechlubnie wpisała się w historię?

H: Przepaść pokoleniowa pozwala im dostrzec rzeczy, takimi, jakimi w istocie one są.

Odwiedziny jakie złożył Pan wiosną w Brezanach wywołały szok. Chce Pan coś na ten temat powiedzieć.

H: Moje odwiedziny nastąpiły po spotkaniu z historykiem Jaroslavem Cvancarą w Pradze. Powiedział mi on, że pani Helena Vovsova zna miejsce w parku gdzie był pochowany mój brat, Klaus. To było główną przyczyną, dla której się tam udałem. Pojechałem do Brezan dla mojego brata. Nie wiedziałem, że dołączy do nas także starosta. Cvancara prosił go, żeby żadne media się o tym nie dowiedziały. On jednak wykorzystał moja wizytę do swoich medialnych celów, a najgorzej, że puścił świat wiadomość, która była nieprawdziwa. Pan Holik mówił całkiem dobrze po angielsku. Zgodziliśmy się, że hańbą jest, że pałac i ogród popadają w ruinę. Jakkolwiek mój udział w finansowaniu przedsięwzięcia musiał być przekreślony ze względu na to że jest to własność prywatna. Wskazałem jednak możliwość, że jeżeli jest to wartościowy projekt, to można ubiegać się o środku z Unii Europejskiej. Pan Holik później twierdził, że on nie informował media o niczym. W wiadomościach pojawiły się jednak fotografie, które przekazał on. Co mam o tym myśleć? Nie wyszło to za dobrze.

Wie Pan, że Helena Vovsova w czasie wojny pomagała więźniom, którzy w pałacu w Panenskich Brezanach pracowali? Za plecami Pana matki, wdowy po zastępcy protektora.

H: Pomagać uciśnionym i prześladowanym należy w każdej okoliczności. Pani Vovsova działała jak najbardziej prawidłowo. Moja matka uniknęła dożywocia w 1948 roku. To wszyscy wiedzą. I część historyków uważa, ze nie zawiniła śmierci żadnego człowieka.

Nakaz aresztowania Pana matki zawierał nawet błąd w jej imieniu. Wyrok oparty był o fikcyjne świadectwo. Prawdziwi świadkowie mówili, że Lina była surowa, ale sprawiedliwa. Nikogo nie maltretowała. Niemniej wiadomo, że nazistowska ideologia była jej bardzo bliska, w tym stosunek do Żydów. Miał Pan już jako dorosły człowiek ze swoją matką jakieś niesnaski z tego powodu, czy tak jak większość dorosłych dzieci- unikał Pan konfliktowych tematów?

H: Miała takie samo podejście jak duża część Niemiec. Tych tematów z nią nie poruszałem.

W wywiadzie, który pańska matka dala w roku 1979 mówiła, że ojciec był pozytywnie odbierany w Protektoracie. Uważała tak do końca swoich dni?

H: Matka uważała działalność ojca w Protektoracie za pozytywną. Nie zmieniła zdania do końca.

W wyżej wspomnianym wywiadzie mówiła, że w Brezanach spędziła wspaniałe lata. Pamięć o śmierci Klausa zachowała dla siebie, czy mówiło się o tym głośno w domu?

H: Śmierć mojego brata przeżywała cała rodzina, ale najbardziej ja. Klaus nie był tylko moim bratem, ale najlepszym przyjacielem.

Pana brat został pochowany w pałacowym parku w 1945 roku. Pana matka chciała go pochować w miejscu, gdzie czuła się tak szczęśliwa, czy było to tymczasowe rozwiązanie?

H: To była trudna sytuacja. Priorytetem było przeżyć- uciec. Żywi dostali pierwszeństwo nad martwymi.

Z listu otwartego Edmunda Stoibera jasno wynika, że jest Pan osobą społecznie zaangażowaną.

 
H: We wczesnych latach 90 przystąpiłem do skromnej inicjatywy pomocy Polsce. Osiemdziesiąt pięć ciężarówek zawiozło do polskich szpitali leki, środki sanitarne do domów dziecka i artykułów spożywczych do domów spokojnej starości. Do dziś spotykam się z przyjaciółmi jakich zyskałem w Polsce. Do sukcesu zaliczam też pomoc byłym kolegom z pracy. 9 lat temu jedna z największych niemieckich firm lotniczych Dornier, gdzie długo pracowałem, była na granicy niewypłacalności. Przestano płacić prawie 1800 ludzi Pomogłem założyć związek zawodowy, który zaczął walczyć o poprawę sytuacji. Teraz liczy ponad 2000 osób, cieszy się wielkim uznaniem i przyczynił się do zmian w prawie. Ja zajmuję się tam ochroną praw socjalnych.

Jak się Panu podobał Kenneth Branagh w roli Pańskiego ojca w filmie „Ostateczne rozwiązanie”?

H: Widziałem tylko fragmenty, więc trudno wydawać mi jakieś wartościowe osądy. Myślę jednak, że to przedstawienie mojego ojca dalekie jest od rzeczywistości.


Źródła zdjęć i wywiadu zarazem: Můj život s Reinhardem - L. Heydrich 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Wywiad Hany Beneszowej z Heiderem Heydrichem cz. 1

Wywiad z Heiderem Heydrichem z czeskiego magazynu Reflex. Nr 9 roku 2011. cz I
Ukazał się również w czeskiej edycji wspomnień Liny Heydrich, skąd pochodzą wszystkie zdjęcia, jakie umieściłam w tej notce. Proszę kupcie tą książkę, bo dochód z niej idzie na szczytny cel.A Heider Heydrich, który to przygotował jak zaraz się przekonacie jest naprawdę mądrą i dobrą osobą.
Tłumaczenie mojej produkcji, więc cudów nie ma.


Pański ojciec stał się zastępcą protektora rzeszy już pod koniec 1941 roku, ale przez większość czasu przebywał w Berlinie. Pańska matka wspominała, że byli małżeństwem przez 10 lat przy czym przez siedem nie było go w domu. Wobec tego czy miał czas dla Pana i Pańskiego rodzeństwa?

H: Ta często cytowana opinia matki jest przesadzona. To prawda, że czas, który ojciec poświęcał rodzinie był mocno ograniczony i matka wcale się z tego nie cieszyła. Nieobecność ojca budowała między rodzicami napięcie, które musieli rozładowywać. Jednak dostępne filmy, fotografie i moje wspomnienia potwierdzają, że ojciec nas bardzo kochał i rzadkie chwile wolnego czasu spędzał z nami.

Do pałacu w Panenskich Brezanach przyjechał pan na Wielkanoc 1942 roku. Czy rodzice wytłumaczyli panu czemu wyjeżdżacie z Niemiec i dokąd się udajecie?

H: Miałem siedem lat, mój brat niecałe dziewięć a siostra trzy. Nie było wtedy zwyczaju dyskutować z dziećmi o takich sprawach.

Miał pan w Brezanach jakiś przyjaciół? Mógł pan bawić się z dziećmi służby?

H: Ja i mój brat bardzo przyjaźniliśmy się z synem leśniczego. To była ogromna przyjaźń. Jego dom stał na ukos do bramy pałacu. Bażanciarnia jaką mieli w domu bardzo nas fascynowała. W zimę graliśmy w hokeja na stawie z lokalnymi dziećmi. Komunikacja była utrudniona, bo nie znaliśmy czeskiego.

Chodził Pan z bratem do szkoły, czy mieliście swojego nauczyciela?

H: Chodzenie do normalnej szkoły byłoby możliwe gdybyśmy mieszkali w Pradze. Razem z bratem Klausem i innymi niemieckimi dziećmi mieliśmy w Panenskich Brezanach własnego nauczyciela.

Nauka odbywała się w pałacu?

H: Tak

Pański dziadek był kompozytorem, pański ojciec, który sam dobrze grał na skrzypcach w przeddzień zamachu 26 maja 1942 roku był na koncercie zorganizowanym na cześć twórczości kompozytora. Pan też musiał się uczyć grać na jakimś instrumencie?

H: Jeśli chciałbym się uczyć grać na jakimś instrumencie, musiałbym z Brezan dojeżdżać do Pragi. To było wówczas mocno skomplikowane przez brak odpowiednich połączeń komunikacyjnych.

Pani Helena Vovsova, która pracowała w pałacowym ogrodzie wspomina, że 27 maja 1942 roku widziała jak pański ojciec żegnał się z pańską matką i Silke. Pan Vladimir Mlch, który naprawiał zamkową bramę powiedział mi, że w dzień zamachu przed wejściem do pałacu żegnała się cała rodzina. Pańskiego brata Klausa podobno szukano ponad dziesięć minut, znaleziono go w parku i zaprowadzono żeby się pożegnał z ojcem nim ten wyruszy w podróż. Jak Pan to pamięta?

H: Tej konkretnej chwili nie mogę sobie przypomnieć.

Kiedy dowiedział się pan o zamachu na pańskiego ojca. Świadkowie mówią, że ta wiadomość dotarła do pałacu w południe.

H: W pośpiechu powiedziała nam o tym matka. Już tego dobrze nie pamiętam.

Mógł Pan jeszcze odwiedzić ojca w szpitalu na Bulovce?

H: Nie. Wszyscy nam powtarzali, że ojciec potrzebuje jak najwięcej spokoju. Mnie i brata nie chcieli jeszcze bardziej denerwować i martwić.

Kto wam powiedział o jego śmierci? Wyjaśniono wam nieco, czemu umarł?

H: Nie wiem. Na pewno powiedziała o tym matka.

Miał pan siedem lat, kiedy jeszcze razem z bratem Klausem 9 czerwca 1942 pojechaliście na pogrzeb w Berlinie...

H: Siedmioletni chłopiec nie potrafił ocenić co się właśnie dookoła niego działo, jakie konsekwencje przyniosła ta uroczystość. Właściwie to wtedy uświadomiłem sobie, że nie mam już ojca.

Jako zapłatę za śmierć pańskiego ojca wyznaczony wymordowanie Lidic. Mnóstwo osób, które pomagały spadochroniarzom zostało skazanych na śmierć. Wiedział pan coś o tym?

H: Nikt o tym ze mną ani z moim bratem nie mówił. O wszystkim dowiedziałem się dużo później. Nasza rodzina była przytłoczona śmiercią ojca, wszystko toczyło się wokół tej straty. Moja matka była w późnym etapie ciąży. Czekała na czwarte dziecko. Na represje po zamachu nie miał jakikolwiek wpływ ani ojciec, ani matka, ani tym bardziej my, dzieci. Za zbrodnie odpowiedzialne były inne osoby. Matka dużo później mówiła, że ojcu na krótko przed śmiercią zależało na tym, żeby uniknąć aktu zemsty. Według mojej matki, Frank znający wolę mojego ojca rozmawiał z Hitlerem.

Pańska matka pałac w Brezanach miło wspominała. Czym były trzy lata w tym miejscu dla pana?

H: Mój brat i ja czuliśmy się tam niesamowicie szczęśliwi. Tym bardziej bolała mnie śmierć Klausa w 1943 roku. Jako chłopcy często razem się biliśmy, ale bieda temu, kto próbował jednego z nas skrzywdzić, wtedy jeden bronił drugiego.


Pani Vovsova powiedziała, że 24 października 1943 roku rozmawiała z żołnierzem przy bramie, która była otworzona, na zapowiadaną wizytę. Pan z pańskim bratem jeździliście na rowerach dookoła pałacu. Kiedy szła do domu usłyszała krzyki. Pan pierwszy był świadkiem tego tragicznego wydarzenia?

H: Brat wyjechał na drogę, zrobił kółko i wrócił się. Ja podążyłem za nim. Jako, że nie było tam żadnego pojazdu wydawało nam się to całkiem bezpieczne. Kiedy jednak Klaus wyjechał drugi raz na drogę wyjechała na niego ciężarówka. Żeby oszczędzić paliwo kierowca wyłączył silnik. Auto uderzyło mojego brata od przodu i śmiertelnie go zraniło. Jechałem zaraz za nim na rowerze. Miałem wielkie szczęście, że nie uderzył też mnie.

Kto miał odwiedzić pałac, dla kogo była otworzona brama?

H: Brama była często otwarta. To nie było nic dziwnego. Jak wspominam, parę razy nie była zamykana. Kim był oczekiwany gość, już nie pamiętam.

A pamięta pan jeszcze tego kucyka na którym jeździł pana brat?

H: Na tym kucyku nie jeździł tylko mój brat, ale i ja. Czasem zaprzęgaliśmy do niego mały, jednoosobowy wózek i wybieraliśmy się na przejażdżkę do parku. Nadal mam zdjęcia naszego konika.

Czeskiego się pan nie uczył. Ale chyba zna pan parę czeskich słów?

H: Jako chłopcy braliśmy udział w naganianiu drobnych zwierząt. Krzyczeliśmy „pozor” aby nas myśliwi nie zastrzelili. Wołaliśmy jeszcze „pomalu”. Do dzisiaj mnie boli, że nie nauczyłem się czeskiego. 

CDN.

Źródła zdjęć i wywiadu zarazem: Můj život s Reinhardem - L. Heydrich 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Anna Maria Sigmund- Kobiety nazistów tom II - Recenzja rozdziału o Linie Heydrich


               W dzisiejszym odcinku recenzja jednego rozdziału. Jako, że pozostałe nie mają związku z Heydrichem, to pomijam je, chociaż zaznaczam, że cała książka warta jest przeczytania.
               Przejdźmy jednak do Liny. Anna Maria Sigmund ma lekkie pióro i czyta się to przyjemnie i lekko, a jednocześnie rozdział o pani Heydrich jest pełen informacji. Stanowi pewnego rodzaju wspomnienia Liny w pigułce, wzbogacone paroma smaczkami, jak choćby listami Reinharda z czasów jak był jeszcze w marynarce (są kapitalne i budzą uśmiech lekkiego politowania na twarzy). Bibliograficznie jest w porządku. Autorka nie robi natarczywych moralizatorskich wtrętów i traktuje czytelnika jako osobę, która jest w stanie używać mózgu samodzielnie i nie potrzebuje trzymania za rączkę i wskazywania co jest fe, a co cacy. To się chwali. Drażnią natomiast ciągłe wtręty jakoby Heydrich był zimny jak ryba, podczas gdy cytowane fragmenty listów wskazują na coś zgoła innego.
                Dla kogoś kto nie zna niemieckiego i czeskiego i nie może sobie pozwolić na przeczytanie wspomnień Liny rozdział w "Kobietach nazistów" może okazać się bardzo pomocny, żeby odrobinę przybliżyć postać frau Heydrich jak i jej męża, choć zdecydowanie brakuje mi tu paru informacji więcej na temat dzieci, szczególnie Silke, z drugiej jednak strony to nie jest biografia Liny, czy Reinharda, ale bardziej ogólne opracowanie, które ma za zadanie być wstępem do późniejszych, samodzielnych poszukiwań. W tych parunastu stronach Anna Maria Sigmund zmieściła więcej niż Dederichs w swojej absurdalnej "Twarzy Zła", dodatkowo biografka przyłożyła się do swojej pracy i nie zmyślała jak wyżej wspomniany pan. Rozdział zdecydowanie na plus, podobnie jak i całość.

Moja ocena:


sobota, 13 kwietnia 2013

Fakty i mity na temat Heydricha.

              Rzucam się właśnie w temat-rzekę. Z pewnością ten post będzie miał kilka części bo głupoty wykwitają tydzień po tygodniu w zastraszającej ilości. W polskim internecie roi się od różnych dziwnych teorii, które należałoby sprostować. Zacznijmy więc już dzisiaj.

1. Reinhard miał na imię Reinhardt, ale sobie zmienił- MIT! Słyszałam wiele razy, że Heydrichowi dano na chrzcie Reinhardt, a potem wykreślił sobie "t" z imienia. Tak się składa, że w księdze parafialnej figuruje jako Reinhard, w odpisie z chrztu również. Przez pewien czas podpisywał się Reinhardt, miało to miejsce zaraz po wstąpieniu do partii. Zrezygnował z tego jednak dość szybko. Tak więc nie Reinhardt, ale REINHARD.

2. Richard/Reinhold Heydrich.- CO?! Nagminne i często używane przez rewizjonistów, co tylko potwierdza jakimi idiotami są wyznawcy wujka Irvinga.  Otwórzcie chociaż Wiki wpisując sobie Heydrich. Reinhard a Richard, czy Reinhold to jednak różnica.

3. Ojciec Heydricha był Żydem- MIT! Bruno Heydrich urodził się w rodzinie ewangelików. Jego ojcem był Karl Juliusz Reinhold Heydrich, ewangelik. Matka Brunona, Ernestine po śmierci męża wyszła za Gustawa Roberta Sussa, który też nie był Żydem, chociaż nazwisko brzmiało dwuznacznie. Plotka wzięła się z błędu w leksykonie muzycznym. Rodzina Heydrichów prostowała to jednak wielokrotnie.

4. Heydrich był gejem- MIT! Plotkę zaśpiewał pierwszy Wykes w swojej beznadziejnej biografii, której połowę sobie wymyślił w głowie, dalej rzucił temat Wołoszański i jakoś dziwnie przyjęło się, że Heydrich wolał chłopców. Pomijajmy, że miał czwórkę dzieci (tych z prawego łoża, o nieprawym nic nie wiadomo) i cały rząd kochanek płci pięknej. Nie ma żadnego dowodu historycznego, że Reinhard Heydrich miał jakikolwiek romans, czy przygodę z jakimkolwiek mężczyzną.

5. Heydrich kazał wymordować Lidice- MIT! Gdy zapadła decyzja Heydrich był w drodze na cmentarz.

6. Heydrich i korona św. Wacława- MIT! Znów nie ma żadnego historycznego dowodu na to, że Heydrich będąc w Pradze założył sobie i swojemu synowi koronę czeską na głowę. Jest kilka fotografii gdzie stoi przed klejnotami. On je tylko oglądał i to jakieś kuriozum, że rzekomo włożył ją i kazał nie robić sobie zdjęć już po "koronacji", ale przecież legenda taka piękna, żal było nie skorzystać z jej odkurzenia, tudzież stworzenia. Dodam, że Klausa z nim nie było.

Włożyłbym....
 Damn!

Źródła zdjęć: J. Čvančara, Heydrich, Česke Budějovice 2011

Max Williams - Heydrich: The biography vol. 1 and 2


               Dzisiaj mam przyjemność recenzować dwutomową biografię autorstwa Maxa Williamsa. Dostępna jest ona tylko po angielsku, a jej cena osiąga często ponad 300 zł. Czy warto wydawać aż tyle? I tak i nie...
               Dlaczego nie? Autor nie wysilił się z bibliografią, chociaż twierdzi zupełnie co innego. Większość to kopiuj-wklej z Liny i Deschnera okraszone ocenami Williamsa. A te są zdecydowanie zbyt przychylne Heydrichowi i wydaje się, że biograf pomija wszystkie przewinienia Reinharda. Tak więc uwielbiający spędzać czas z panienkami Heydrich w książce Williamsa jest wierny Linie (ever faithful), no cóż. O Holokauście jest mało, chociaż na plus wypada zamieszczenie tekstu konferencji z Wannsee, o Einsatzgruppen również. Zbrodnie Reinharda jakoś rozmywają się we mgle za to dużo jest jakiegoś dziwnie słodkiego pitu-pitu, które próbuje go nieudolnie tłumaczyć i zrzucać winę na ofiary. Bardzo mi się to nie podoba.
             Dlaczego jednak warto? Zdjęcia. Zdjęć jest mnóstwo, na każdym kroku i są to nieraz spore rarytaski, niestety Williamsowi skradziono je i wrzucono na dosyć obrzydliwą neonazistowską stronę. Podobno autor ma więcej, ale z powodu kradzieży nie chce się nimi dzielić. Cóż, widok Heydricha grającego na gitarze musi być bezcenny, szkoda, że pewnie nie zobaczymy go pewnie ze względu na traumę autora. Właściwie fotografie i krótki rozdzialik o tym, co działo się po śmierci Reinharda dają tej publikacji jakąś tam wartość. Sama w sobie treść nie broni się zbyt mocno zważywszy na dosyć wątpliwe podejście autora do wszystkich mniejszych, lub większych grzechów Heydricha. Nie jest to jednak taki koszmarek jak "Posłaniec śmierci" i "Twarz Zła", widać, że jednak Williams wyszedł z domu na trochę porobił parę zdjęć w terenie i pogrzebał po przeróżnych archiwach w poszukiwaniu fotek.
             Generalnie, jeśli interesują was fotografie, wśród nich wiele uroczych i prywatnych, choć sporo jest też znanych każdemu portretów, to jednak warto mieć i ignorować dziwne wtręty autora. Jak widzicie często przy wrzucaniu archiwalnych zdjęć używam właśnie tej książki, mimo wydania wznowienia wspomnień Liny, w których nie ma aż tak dużo fotek, jak szumnie zapowiadał to wydawca.

Moja ocena: