niedziela, 7 kwietnia 2013

Kulmhof- Chełmno nad Nerem

               Pierwszy raz w Chełmnie byłam w Nowy Rok 2012 roku. Miejsce to przygnębiło mnie fatalnym oznakowaniem dojazdu i zaniedbaniem. Moja druga wizyta w lato tego samego roku na szczęście przyniosła już nieco lepsze wrażenia i widać, że ktoś przez okres ciepłej wiosny zadbało o to, żeby teren byłego obozu wyglądał tak, by nie wywoływał krzyku rozpaczy.


               Chełmno nad Nerem to mała wieś w województwie wielkopolskim, niedaleko granicy z województwem łódzkim. Między samą Łodzią a Chełmnem jest jakieś 70-75 km (kierunek na Łęczycę, a potem na Konin). Choć wzmianki o miejscowości pochodzą ze średniowiecza, to jednak historycznie kojarzy się ona głównie z jednym z pierwszych (znanych) obozów koncentracyjnych: Kulmhof, a i tak powiedzmy sobie szczerze traktowana jest wybitnie po macoszemu i mało kto o tym miejscu wie. Niestety młodzież z łódzkich szkół na wycieczki jeździ do kina w Manufakturze żeby obejrzeć kolejnego miernego, amerykańskiego blockbustera, zamiast przy odrobinie wysiłku ze strony pedagogów poznać historię okolic.
             Obóz działał już od 1941 roku, a więc przed konferencją w Wannsee (zebranie w celu "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", któremu przewodniczył Heydrich, odbyło się 20 stycznia 1942 roku, szerzej o tym poświęcę osobną notkę) i nie ma co się czarować, że dopiero ona rozpoczęła proces mordowania Żydów, Cyganów i Słowian. Mieszkańców Chełmna wysiedlono i wprowadzono tam Niemców. W lokalnym kościele urządzono magazyn na rzeczy przyszłych ofiar. W pałacu i parku który ogrodzono wysokim płotem odbywały się pierwsze egzekucje. 8 grudnia 1941 roku przybył pierwszy transport. Ludzi prowadzono do pałacu, gdzie mówiono, że zażyją kąpieli, pozbawiono ich wszelkich ubrań i rzeczy, by następnie zagonić do ciężarówki, gdzie zostali oni zagazowani spalinami. Zwłoki przewożono do okolicznego lasu gdzie więźniowie zakopywali je, by następnie również stracić życie. Komendantem obozu był Herbert Lange, prawnik, oficer SS, słynny z aktywnego udziału w akcji T4 (jej ofiarami były osoby niepełnosprawne). Od 1942 pracował w RSHA w Kripo prowadzonej przez Arthura Nebe. Zginął w obronie Berlina w kwietniu 1945 roku.

            W 1942 roku w lecie na skutek ilości rozkładających się zwłok naziści bojący się wybuchu epidemii wstrzymali transporty. Ciała wydobywali znów więźniowie i palili w specjalnych krematoriach. 8 marca 1943 obóz miał zostać zlikwidowany. Miesiąc później wysadzono pałac i krematoria.  W czasie pierwszego okresu działalności obozu Stanisław Kaszyński przekazywał organizacjom podziemnym wiadomości na temat zbrodni. Niestety został zamordowany wraz z żona pod koniec lutego 1942 roku. To jednak nie był koniec historii Kulmhofu.


            W 1944 naziści wrócili do Chełmna i tym razem przeprowadzali egzekucje bezpośrednio w lesie. Ofiarami byli głównie mieszkańcy łódzkiego getta. Ostatnia egzekucja miała miejsce w styczniu 1945 roku, kiedy ewakuujący się SS-mani wyprowadzili więźniów i strzelali im w tył głowy, tak by nie pozostał żaden świadek okropności jakich dokonali. Plan nie powiódł się bowiem przetrwały dwie osoby: Szymon Srebrnik i Mordechaj Żurawski, którzy byli świadkami w procesach.
          Liczba ofiar Chełmna jest niezwykle trudna do ustalenia, waha się ona pomiędzy 350 000 a 152 000. Najbardziej prawdopodobny przedział to 160-200 000. Głównie byli to Żydzi, jednak także około 4000 Romów, jeńcy radzieccy i Polacy, a także dzieci z Lidic. 

         Obecnie w samym Chełmnie znajduje się malutkie muzeum, do którego wstęp jest darmowy. Żeby zobaczyć obóz i mogiły należy jechać kawałek za wieś, do lasu rzuchowskiego. W lesie znajdują się dwie ogromne polany pełne pomników, nad którymi góruje gigantyczny moloch, jest on nie do przeoczenia, jednak obecnie w złym stanie został ogrodzony, bo przypadkiem pod niego nie wchodzić, grozi zawaleniem.

4 komentarze:

  1. Oczywiście, że powinno się pokazywać takie miejsca, sprawiać żeby ludzie pamiętali, bo wiesz jak szybko taka pamięć się zaciera i traktuje się takie miejsca byle jak.

    Z drugiej strony, takie "wycieczki", które, jeśli są w ogóle organizowane, raczej chyba zniechęcają większość młodych osób. Podobnie jest z kanonem lektur. Powinno się zmienić formułę. Często dzieciaki nie są w żaden sposób przygotowane do takiego doświadczenia, czują się zmuszane, nauczyciele nie do końca wiedzą co robią... Najlepiej, gdyby w szkołach były takie spotkania, bo ja wiem, na wychowaczych, gdzie mówiłoby się o historii okolicy, zachęcało do poznania jej i do poczucia się częścią miejsca, w którym się mieszka. A potem dopiero wyprawa do miejsc pamięci. Zamiast, właśnie, "wycieczki" (gdzie najlepsze jest to, że nie ma lekcji ;)) - refleksja. Zamiast pustych, pseudopatriotycznych sloganów - żywa pamięć i zadawanie pytań.

    Młodzi ludzie by może zadbali z większą chęcią o to, o co nie dbają starsi przyzwyczajeni do olewania tematu przez PRLowską politykę (w Toruniu jest cmentarzyk żydowski, zniszczony do końca nie przez wojnę, bo coś z niego zostało, ale w latach 70-90).

    Tak sobie myślę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, wiele zależy od samego nauczyciela i jego podejścia i sposobu przekazywania wiedzy młodziakom. Wycieczkę do Oświęcimia ja akurat wspominam... no może nie miło, ale na pewno mając te 16 lat dało mi to do myślenia i pewnie dlatego stoję teraz w takim miejscu, a nie innym. Tylko na wychowawczych wszyscy śpią na podłożonych pod głowę tornistrach, jednak chyba historii tak jak w PRLu powinno się nauczać lokalnie. Mój ojciec opowiadał mi, że mówiono mu i o Lućmierzu i egzekucji w Zgierzu, a teraz tego nie ma, bo jest ogólny program zakładający co dzieci mają umieć do zdania śmiesznego egzaminu, gdzie niestety nie ma czasu na poznawanie historii lokalnej bo trzeba pędzić z materiałem, który jest w Operonie żeby zdano maturę i wypuścić koziołki dalej.

      U nas widzisz w czasie niechlubnego PRLu dbano bardzo. Pomniki były wypicowane harcerze zasuwali je szorować, a teraz stoją na bramkach w teskaczu żeby mieć na biwaki i chlanie. Niestety, ale Polska Ludowa ma jakieś tam małe zasługi w tym, że cokolwiek dotrwało do naszych czasow.
      Większość pomników z Chełmna w tym ten wielki krążownik imperium to właśnie dzieło prlowskie. Nie lata 90 ale wcześniejsze, teraz to wszyscy by to olali, albo postawili małą popierdółkę, wtedy jednak pozwolono sobie by szarpnąć się na gigantyczne betonowe bydlę, które nie jest może piękne, ale nie da się go przeoczyć. I chwała za to.

      Usuń
  2. No, to ten PRL nie taki zły w tym kontekście, a ja myślałam, patrząc po Toruniu, że jest inaczej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no chyba zależy od regionu, a że łódzkie zawsze na czerwono ;)

      Usuń