poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Mark Roseman - Wannsee, willa, jezioro, spotkanie


              Z tą książką spotykam się po raz kolejny. Rok, rok widzę angielską edycję w willi, w której dziś jest muzeum i zawsze brakowało mi paru euro na to żeby ją zakupić. Mahomet przyszedł do góry. Książkę wydano niedawno po polsku, a z okazji Dni Książki dostałam ją w promocji w Matrasie. Żyć nie umierać.
            Publikacja poświęcona jest konferencji w Wannsee, które miało miejsce 20 stycznia 1942 roku. Protokół z tego spotkania nazywany jest często "kamieniem z Rosetty Holocaustu". Autor dokładnie śledzi czym w istocie zajmowali się zgromadzeni tam panowie i jakie miało to konsekwencje. Jednocześnie Roseman nie traktuje czytelnika jak idioty i tylko we wstępie używa dosyć ostrych słów i uświadamia jakim okropieństwem i cynizmem wykazywali się zgromadzeni. Dalej stara się pisać na sucho i bez emocji.
            Podchodziłam z rezerwą widząc szaloną ilość swastyk na okładce i blurba z Guardiana: "Doskonała, sugestywna i przerażająca". Zapowiadała się jazda bez trzymanki w stylu "Twarzy zła". Jednak, wcale nie było tak źle jak myślałam. Wręcz przeciwnie, "Wannsee" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Jest to książka raczej dla kogoś, kto nie wszedł mocno w temat, typowo popularnonaukowa. Napisana czytelnym językiem, dzięki czemu publikację połyka się w półtorej godziny i wie się wszystko, co chciało się wiedzieć. To wielki plus, nie ma tu zagmatwania i chaosu. Bibliografia całkiem w porządku, ale autor głównie odpisywał z innych książek (w tym z Deschnera, co może tłumaczyć dlaczego jest tak dobrze), nie zaś samemu chodził po archiwach. To nie przeszkadza, czyta się naprawdę szybko i nie wychodzi się z lektury z pustymi rękoma. Polecałabym jednak przed zaznajomieniem się z "Wannsee" przeczytać jakąś biografię Heydricha albo Eichmanna, ze wskazaniem na tego pierwszego. Pojawiają się czasem drobne błędy, typu Heydrich nazwany Protektorem Rzeszy, kiedy on był zastępcą protektora, w istocie jednak miał taką samą władzę jak Protektor (ilość protektorów w jednym zdaniu <3), ale ja lubię czepiać się słówek. Tego typu drobnostki czasem są jak ziarenka piasku na dojrzałej truskawce, da się je jednak przełknąć.
             Cena i dostępność jak najbardziej przemawiają za kupnem.


Moja ocena:





               PS. W tytule widnieje jezioro, a o nim jest w książce jedno zdanie, ale podejrzewam, że angielskie "the lake" jakoś fajnie autorowi brzmiało i zostało, żeby nie było tylko "Wannsee- the villa, the meeting".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz