wtorek, 21 maja 2013

HHHH- Laurent Binet- recenzja


            Długo wstrzymywałam się z recenzowaniem tego "dzieła". Robiłam to już raz na pingerze, chociaż wówczas nie była to stricte recenzja.
           W końcu zebrałam się do wylania kubła pomyj tutaj. Zacznijmy bez ogródek: jeśli chcecie dowiedzieć się czegokolwiek wartościowego, to nie kupujcie i nie czytajcie tej książki. Jeśli zaś chcecie przeczytać kawałek dobrej literatury, to tym bardziej nie sięgajcie po Bineta.
Książka HHhH w istocie nie opowiada historii Heydricha i jego zamachowców, ale historię pana Bineta i tego jak gromadził informacje (klasyczny przykład jak nie robić researchu, dzieci nie róbcie tego w domu!), kupował książki (miał problemy z robieniem przelewów), czy tym jak jego narzeczona wywalała go z domu (brawa dla niej, jakby moja połówka pisała HHhH to urządziłabym to samo). Książka jest fatalna, straszna, głupia i naiwna. Podział na czarne-białe, dziwne opisy charakterystyczne dla debiutanta, który naczytał się romantycznej poezji i tekstów pseudogotyckich zespołów, a swoją znikomą wiedzę próbuje wszystko przerobić na powieść historyczną dokonując po drodze serii lapsusów i wyssanych z palca bujd, nie znajdujących potwierdzenia nigdzie poza jego głową. Dodatkowo Binet notorycznie robi z czytelnika idiotę i podkreśla na każdym możliwym rogu jaki to Heydrich nie jest okropny, wstrętny zły. Ach och, najgorsze co wyszło z kobiecej macicy. Naprawdę? No kurde nie spodziewałam się! Jakie zaskoczenie! Jak lubicie być traktowani przez autora jako debile, którzy nie wiedzą co leżało w obowiązkach szefa RSHA i jednego z wyżej postawionych członków SS to w sumie kupcie sobie Bineta i pozwólcie sobie na to, żeby głaskał was po główce mówiąc co jest cacy, a co jest be-be i opowiadał wam co i kiedy jadł na śniadanie. Dialogi, znikome zresztą, są tak naiwne, że chce się wyć ze śmiechu i ze zgrozy jednocześnie, gdy pomyśli się ile ten gryzipiórek zgarnął nagród za promocję własnej osoby i opisywanie co on by robił w Pradze tego czasu. Binet ciągle pisze o sobie, co czyni moment, w którym opisuje Heydricha jako egocentrycznego i majestatycznego, pewnego siebie w dniu koncertu na cześć ojca na dzień przed zamachem ( http://www.collectinghistory.net/heydrichstamp/theheydrichs.jpg zdjęcie, tak bardzo majestatycznie, tak bardzo pewnie, tak bardzo egocentrycznie...) jeszcze śmieszniejszym, bo jedynym egocentrykiem w istocie jest nie kto inny jak autor. Peany na cześć HHhH wcale mnie nie dziwią. Bestsellerami od dawna zostają książki bez wartości, którą łyknie jak największa ilość czytelników. Ja stawiam dzieło Bineta na tej samej półce co "Zmierzch". Nie dowiecie się z niego nic a tylko zmarnujecie czas, kupcie Harlequina, jest taniej a ta sama jakość. Dałoby się tak złą prozę jeszcze przełknąć, gdyby była tylko głupia i nieszkodliwa, ale krytyka źródeł historycznych, jakiej dokonuje Binet, niestety może wyrządzić szkody osobie, która pierwszy raz spotyka się z Heydrichem, czy jego zamachowcami.

Moja ocena:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz