sobota, 29 czerwca 2013

Kącik recenzji filmowych - Hitler's Madman



Dzisiaj seans z kategorii najgorzej. Od razu uprzedzam, że za chwilę wyleję tu wiadro pomyj i co gorsza, wcale nie będzie mi z tego powodu żal. Drodzy Czytelnicy przed państwem film Douglasa Sirka "Hitler's Madman" z roku 1943.
Zanim przejdziemy do meritum przybliżę tu sylwetkę twórcy tego kuriozum. Detlef Sierck był jednym z najsłynniejszych twórców nazistowskich dramatów, wyemigrował później do Stanów i przybierając nazwisko Sirk zmienił drastycznie swoje poglądy. A właściwie twórca "La Habanery" z Zarah Leander  (Szwedką i najsłynniejszą aktorką Trzeciej Rzeszy) wywęszył większą kasę za oceanem.
Choć to dzieło ukazało się w rok po śmierci Płowej Bestii z historią nie ma nic wspólnego. Kuriozum goni kuriozum. Mamy więc łzawy romansik, element komiczny w postaci pijaka, dzieci oddzielane od matek, ale to nic. Szczytem szczytów jest wspaniała scenka rodzajowa, w której to szanowny pan Heydrich wraz z obstawą wjeżdża swoim mercedesem w katolicką procesję, rozgania ludzi, zabija księdza i wyciera sobie buty jakimś świętym proporcem (?). Zamieszczam poniżej i niech ten fragment broni się sam, bowiem słowa nie oddadzą tego realizmu, tego artyzmu, tego wszystkiego, co można sobie wyobrazić.




Właściwie na tym mogłabym skończyć pastwienie się i pozostawić was z tym fragmentem samych. Rozumiem jednak, że trauma jest ogromna i wypadałoby jeszcze sobie poczytać, odsapnąć, zanim u dołu zobaczycie ocenę w postaci jednej główki pana Heydricha.
Reszta filmu jest równie obiecująca. Reinhard wybierający panienki, mające albo iść do niego albo na front wschodni by zabawiały żołnierzy (20 lat to już dla niego za dużo, bardzo mi przykro). Wcześniej równie zadziwiająca scena wykładu, na który zastępca Protektora wpada i siada sobie za biurkiem kładąc na nim nogi. Wszystko w tym filmie to czyste szaleństwo i to niczym nieumotywowane. Naziści są źli, nie wierzą w panią Bozię, bo nie. Nie wiemy dlaczego, nikt nie próbuje nam tego wyjaśnić. Heydrich wjeżdża w procesję chyba tylko dla czystego funu i podkreślenia z jak bardzo złą postacią mamy do czynienia.
Technicznie jest równie fatalnie, montaż jest bardo niedokładny i nieraz przycina on kwestie wypowiedziane przez postacie. Dodatkowo tandeta charakterystyczna dla klasycznego Hollywoodu spotęgowana ograniczonym budżetem Sirka ( podobno film był wykonany w tydzień przy strasznie małych pieniądzach). Wszystko jest po prostu złe. Nie da się patrzeć na ekran nawet by ujrzeć jakieś ciekawostki techniczne czy artystyczne. Jest to zwyczajny propagandowy szmelc równie wysmakowany co inne propagandowe szmelce produkowane taśmowo w latach wojennych przez Amerykanów. Poza celami propagandowymi nie ma tu nic innego. Typowy mózgotrzep dla rednecków, którzy nie mają pojęcia o tym, co dzieje się poza ich teksańskim miasteczkiem.

Ocena:

niedziela, 16 czerwca 2013

Kącik recenzji filmowych - Conspiracy

  
      Przyznam szczerze, że nie wiedziałam jak zabrać się do recenzji tego filmu, czy też filmowego spektaklu. Pierwszy raz oglądałam go dawno temu kiedy dopiero zaczynałam się interesować Heydrichem i miałam za sobą lekturę Deschnera, Dederichsa i Williamsa. Zachęciły mnie ogromnie pozytywne recenzje i peany na cześć gry aktorskiej Branagha. Atmosferę podsycał dodatkowo wywiad z nim, w którym żalił się, że obcując z Heydrichem czuł się zniszczony jego złem. Konfrontacja z rzeczywistością była dla mnie równie miła co 27 maja 1942 roku dla Heydricha.
        Ten film to porażka, na całej linii. Najprostsza odpowiedź to sięgnięcie do "Willa, Jezioro Spotkanie" Rosemana, ja jednak rozwinę nieco swoją opinię. Cała konferencja w Wannsee, o której traktuje "Ostateczne rozwiązanie" (org. "Conspiracy") została przedstawiona w sposób komiczny i zbyt teatralny, nieadekwatny do faktów. Gospodarz Heydrich, który elegancko panował w rzeczywistości nad towarzystwem tu nie ogarnia niczego i pozwala sobie wejść na głowę. Nie sadzi praktycznie żadnej mocnej riposty, nie ustala żadnego punktu do protokołu, który jakoś dziwnie z boku pisze się sam, mimo, że panowie obecni przy stole nie doszli do żadnego konsensusu. Branagh nie radzi sobie z rolą. Tak, wielki Branagh od różnych szekspirowskich ról nie ogarnia granej przez siebie postaci. Jest wyluzowany, głupkowato się uśmiecha i nie potrafi nic rzeczowego powiedzieć. Jest jak bańka-wstańka. Nie czujemy jego mocy, ani autorytetu. Nie trafiają do nas argumenty, którymi na osobności próbuje przekonać pozostałych członków narady. To mu nie wychodzi, jest płaski, gra jedną miną, miną, której nie zrobiłby historyczny, neurotyczny Heydrich. Akcentuje ostatnie sylaby wyrazów, czego Heydrich w życiu nie robił, bo w istocie "połykał" końcówki słów i mówił bardzo szybko, nerwowo. Tu Branagh próbuje być lwem kanapowym, mistrzem ceremonii, a wychodzi mu z tego pogodynka w esesmańskim mundurze, która w dodatku gada głupoty. Pozostali nie wypadają lepiej Eichmann (Stanley Tucci) chyba nie miał włożyć czego do garnka i wziął udział w tej chałturze naśladując perfidnie Branagha i parodiując jego miny, albo przez większość czasu ekranowego robi oczy zbitego spaniela. Reszta zlewa się ze sobą i nie wybija jakoś szczególnie. Colin Firth próbuje, ale coś słabo mu idzie. Dobijająca jest też cisza i sztuczność. Podczas gdy jedna postać mówi pozostałe nie ruszają się i tępo gapią się nie wiadomo gdzie.
           Najsłabszy jest jednak wychwalany Branagh, nawet gdyby z twarzy czy postury miał coś więcej z Heydricha (nie ma nic, zupełnie nic), to nie umiał go zagrać, widać, że w istocie nie wiedział nic o tej postaci i tworzył farmazony, kompletnie nie umiejąc zachować się jak pierwowzór historyczny. Do tego dochodzą absolutnie niepotrzebne wulgaryzmy, które chyba mają pokazać panów jako niegrzecznych chłopców w mundurach, a w istocie będące wyrwanymi z kontekstu i niepotrzebnymi, a nieznaczne elementy komiczne są suche jak wiór.
Nie polecam.

Ocena:

piątek, 14 czerwca 2013

List do Liny - 1.09.1939.

W dzisiejszej odsłonie Płowej Bestii notka praktycznie na życzenie. Tłumaczenie listu Heydricha do Liny, napisanego w pierwszym dniu wojny (podaję za wersją angielską, zamieszczoną w drugim tomie biografii pióra Maxa Williamsa). Korespondencja ta miała zostać doręczona małżonce i dzieciom gdyby Heydrich, który wyruszył na front, jakimś cudem zginął. Napisany został o drugiej w nocy, oznaczony był jako "absolutnie osobisty" z dopiskiem "może być otworzony tylko przez moją żonę w przypadku mojej śmierci". Reinhard schował go w sejfie w swoim biurze. Część wyrazów jest nieczytelna, bowiem Reinhard miał niezwykle kanciaste, powiedzmy sobie wprost, paskudne pismo. Traktujcie to jako totalną ciekawostkę, co też hitlerowski kat napisał do swojej żony. Gdyby nie cały nieznośny, bełkotliwy, ideologiczny sos i hailowanie, który jednakowoż zajmuje większość pisaniny, to chyba nawet dałoby się to przeczytać.

Berlin, 1.9.39. 0130.

Moja kochana Lino,
Moje kochane dzieci!

Mam nadzieję, że nigdy nie otrzymacie tego listu. Jako żołnierz Fuhrera a także jako dobry człowiek (SIC) i ojciec muszę jednak myśleć o różnych przypadkach. W tej godzinie, Adolf Hitler wódz naszych wielkich Niemiec, którego uścisk nadal płonie w mojej ręce, podjął decyzję. Jutrzejszego ranka o 4:45 rozpocznie się ofensywa. Nie wierzę, że cokolwiek może mi się przydarzyć. Jeśli jednak coś takiego się stanie wszystkie moje rzeczy należą do Ciebie, Lino. Ty będziesz strzegła ich dobrze i sprawiedliwie, dla siebie i dla naszych dzieci. O Pieniądze, ubezpieczenia, odszkodowania i renta wdowy powinni zadbać Pomme i Eimers... (nieczytelne)... w wypadku (nieczytelne)... życia, z tobą, droga Lino. Ostatnie tygodnie były dla nas niesłychanie ciężkie (szczególnie Twoje ograniczenie wiary we mnie zabolało mnie niezwykle ze względu na bezpodstawność twoich oskarżeń), wierzę, że to jednak poprawiło więź między nami i sprawiło, że stała się ona silniejsza. Wychowuj nasze dzieci w wierze w Fuhrera i Niemcy, w wierności do ideałów naszego ruchu, w dyscyplinie i zasadach SS, wychowuj je w dobroci i hojności wobec swoich, w twardości wobec wszystkich wrogów w ojczyźnie i poza nią, w obowiązku wobec przodków i potomków. Najdroższa Lino, być może popełniłem wiele błędów, mam na swoim koncie wiele win i obowiązków, to kocham cię bezgranicznie i tak samo kocham moje dzieci. Proszę pomyśl o czasie jaki spędziliśmy razem z szacunkiem i miłością, kiedy czas wyleczy rany daj dzieciom ojca, takiego jakim ja chciałem być.
W nieskończonej miłości,
Heil Hitler,

Twój Reinhard. 


Na podstawie:  M. Williams, Reinhard Heydrich: The Biography vol. 2 
Ilustracje: M. Williams, Reinhard Heydrich: The Biography vol. 2
L. Heydrich, Můj život s Reinhardem


     

wtorek, 11 czerwca 2013

Niewesołe losy ulicy Wesołej

         
tu niegdyś był cmentarz
            Mało kto jadąc tramwajem między Manufakturą a Bałuckim Rynkiem w Łodzi zastanawia się co niegdyś stało w miejscu potężnych bloków i sklepowych witryn. Młodszym mieszkańcom zdaje się, że było tak zawsze. Okalające Zachodnią budynki wydają się być wieczne. Jednak nie jest to prawdą, bowiem w obrębie dzisiejszych ulic Limanowskiego, Rybnej i Zachodniej mieścił się założony w 1811 roku Stary Cmentarz Żydowski, do którego prowadziła wąska uliczka: Wesoła. Nekropolia nie należała do najmniejszych, już na przełomie XIX i XX wieku pochowanych na niej było około 13 tys. osób, w tym również osób znaczących w historii miasta, na przykład ojca słynnego Izraela Poznańskiego, Kalmana. Z początkiem istnienia cmentarza wiążę się ciekawa historia: przesąd mówił bowiem, że grzebanie na pustym cmentarzu przywołuje złe duchy, które nękają pochowanego. Toteż nikt nie kwapił się, by odprawić pogrzeb zmarłym, uczyniła to dopiero rodzina biednego krawca. Mimo wynajętego strażnika zwłoki skradziono i dopiero następny pogrzeb został zwieńczony sukcesem.
            W okresie międzywojennym w domu przedpogrzebowym założono oddział szpitala psychiatrycznego nr III. Mieścił się on na ulicy Wesołej 17. Według relacji Maurycego Goldmana w ośrodku przebywali głównie biedni Żydzi, którzy nie byli w stanie opłacić pobytu w Kochanówce. Mniejszość stanowiły osoby samotne, opuszczone przez swoich bliskich.
            W czasie II wojny światowej 8 lutego 1940 roku zapadła decyzja utworzenia łódzkiego getta. Ulica Wesoła, wraz z cmentarzem znalazła się rzecz jasna w strefie zamkniętej i była świadkiem tragicznych wydarzeń wojennej rzeczywistości. W tym czasie naczelnym lekarzem w oddziale nr III był dr Michał Urban. W ośrodku znajdowało się 50 łóżek. W marcu 1940 roku miejsce miała pierwsza „akcja ewakuacyjna” przeprowadzona przez nazistów. Zginęło 50 pacjentów. Część rozstrzelano na miejscu. W tym samym czasie podobny los spotkał chorych z Kochanówki. Najprawdopodobniej, ci, którzy nie zostali zabici na miejscu zginęli zagazowani w zgierskich i lućmierskich lasach. Naziści próbowali zatuszować swoją zbrodnię wystawiając fałszywe dokumenty jakoby pacjentów przewieziono do Generalnej Guberni.
             Nie był to jednak koniec koszmaru w oddziale nr III, wkrótce napłynęli nowy pacjenci, którzy zostali zamordowani 29 lipca 1941 roku. Gestapo rozkazało wcześniej sporządzić listy chorych, widniało na nich 60 nazwisk. Przybyli również niemieccy lekarze wraz z Rumkowskim, ocenili oni, że 12 osób nadawało się do wypuszczenia, pozostałe 50 zginęło. Wśród nich był mężczyzna o nazwisku Ilsberg. Przerażony nadchodzącym badaniem, nie był w stanie nic z siebie wykrztusić. Próba wypadła niezadowalająco. W podobny sposób zachowywali się pozostali pacjenci, nieważne jak ciężki był ich stan psychiczny, każdy zdawał sobie sprawę z grozy sytuacji.
1 września 1942 roku oddział nr III został zlikwidowany, razem z kolejną 50 osób, które miały nieszczęście się w nim kurować.
             Pobliski cmentarz rok po roku ulegał coraz gorszej dewastacji, naziści używali macew do utwardzania dróg. Nekropolia przetrwała jednak wojnę i została zlikwidowana w 1949 roku. Nie przeprowadzono wówczas ekshumacji. W roku 2004 na ulicy Rybnej stanęła pamiątkowa macewa. Ślady cmentarza odkryto ponownie podczas przebudowy torów tramwajowych w 2007, zwłoki zostały odpowiednio zabezpieczone według zaleceń Gminy Żydowskiej. Do tej pory na pobliskich trawnikach mieszkańcy natrafiają na szczątki ludzi, którzy byli pochowani na nieistniejącej już nekropolii. Bramę, która ocalała ze Starego Cmentarza przeniesiono na ulicę Bracką.
            Historia usilnie próbowała zatuszować wspomnienia o ulicy Wesołej, o Starym Cmentarzu Żydowskim i o oddziale nr III wraz z jego pacjentami, jednak czy to przypadek, czy też jakaś nieznana siła sprawiły, że pamięć pozostała i miejmy nadzieję, że nigdy nie zostanie zatarta.

Bibliografia:
Kronika Getta Łódzkiego, red. D. Dąbrowska, L. Dobroszycki, t.1, Łódź 1965, s. 226-230
T. Nasierowski, Zagłada osób z zaburzeniami psychicznymi w okupowanej Polsce, Warszawa 2008, s. 103- 108

niedziela, 9 czerwca 2013

Berlin i Halle 2013- cz. 4 - Dom Heydrichów na Gütchenstrasse 20 w Halle

             
Kolejny post o domostwach. Jako, że ten dom nie miał szans znalezienia się w relacji z mojego kwietniowego pobytu w Halle piszę o nim teraz.
                Heydrichowie wprowadzili się do niego w kwietniu 1908 roku, kiedy Reinhard miał 4 latka. To właśnie tu spędził swoje dzieciństwo i burzliwy okres dorastania. Znajdowała się tam sala, mieszcząca około 300 osób, w której odbywały się koncerty i jak zeznają znajomi z dzieciństwa Heydricha także jego przyjęcia urodzinowe. Budynek główny jest trzykondygnacyjny i mieściło się w nim konserwatorium. Klasy były przestronne i dobrze oświetlone. Korytarze niegdyś ozdobione były pięknymi malowidłami, tak, że wyglądały one jak w teatrze, bądź w prywatnym zameczku. Obecnie ściany są białe. Ówcześni architekci zachwycali się nowoczesnym jak na tamte czasy oświetleniem elektrycznym i pięknym ogrodem. Niestety nie wiem, które piętra były mieszkalne (zapewne te wyższe), ani gdzie znajdował się pokój Reinharda.
               Budynek usytuowany jest na ulicy Gütchenstrasse 20. Budynek był odnawiany bodajże w latach 2002-4, niestety obecnie dół szpecą niechlujne graffiti i wymaga on powtórnego malowania. Ogród i klatka schodowa prezentują się całkiem dobrze, niestety jak wspomniałam wyżej, po fantazyjnych malowidłach nie pozostał nawet ślad. Obecnie nie ma tam także żadnej szkoły, za to mnóstwo prywatnych mieszkań. Nie zwiedzaliśmy wyższych pięter, żeby nie niepokoić mieszkańców. Samo wejście na podwórze było głównie miarą przypadku (koleżanka weszła za monterem, który udawał się do jednego z mieszkań) i zazwyczaj brama wejściowa jest zamknięta.
             Dostać się na Gütchenstrasse 20 jest stosunkowo łatwo. Wystarczy na mapie znaleźć Ludwig-Wucherer-Strasse (dojazd tramwajami linii: 6 i 12 i wysiadka na przystanku o nazwie: Lessingstrasse, linię 12 można złapać przy dworcu głównym, zaś 6 odchodzi spod Kościoła św. Elżbiety, o którym pisałam w poprzedniej notce o Halle) i odbić w przylegającą do niej Gütchenstrasse.

Zdjęcia zrobili moi dzielni towarzysze podróży, bez których na pewno nie wlazłabym do tego ogrodu.


sobota, 8 czerwca 2013

Kącik recenzji filmowych - Operation Daybreak

     
    Zgodnie z obietnicą pora na pierwszą recenzję filmową. Zaczniemy od produkcji z roku 1975 noszącego tytuł "Operation Daybreak".
           Historia rzecz jasna kręci się wokół zamachu na Heydricha i późniejszych reperkusji. Zastępca Protektora Rzeszy pojawia się jako jedna z postaci i jest zagrany... Krytycznie, fatalnie, źle potwornie. Do podobieństwa fizycznego nie będę przykładała uwagi, bo nie da się wyglądać jak Heydrich i ze świecą szukać podobnego brzydactwa. Problemem jest rzecz inna. Nie potrafię znaleźć punktów wspólnych w charakterze granej przez Antona Diffringa postaci z historycznym Heydrichem. Na ekranie bryluje bowiem pewny siebie cwaniak, o głębokim głosie, który nie ma nerwowego stylu bycia i jest debilem. Historyczny Heydrich nie potrzebował pięciu osób, żeby go ubierały. Dodatkowo ten filmowy chodzi w czarnym mundurze (mamy rok 1942, a te wyszły z użycia w 1939 roku), bierze udział w kościelnym ślubie, a na weselu zakłada sobie czeską koronę. Potem podróżuje gdzieś pociągiem (przecież miał samolot) a z szopy próbują zabić go dzielni czechosłowaccy spadochroniarze. Naprawdę? Co tu się k... dzieje? Nie rozumiem, na początku informowani jesteśmy przez twórców, że "ta historia wydarzyła się naprawdę". Niestety. Nie. Bzdura goni bzdurę, dodatkowo wszystko oblane jest beznadziejnym, rwanym, niby dynamicznym montażem, który w istocie jest bardzo niechlujny. Wisienką na torcie jest ładna (SIC!) Lina i wyrośnięta, ciemnowłosa Silke (czyżby sugestia, że Lina była niewierna?). Pozostałych dzieci Heydricha nie zarejestrowano. Potem robi się jeszcze bardziej kuriozalnie, przy czym apogeum filmidło osiąga przy scenie zamachu:

         Sami widzicie jak bardzo jest źle. Potem Heydrich umiera w szpitalu, a następnie jego trup (SIC po raz kolejny) rozłożony na fladze ze swastyką jest ubierany w mundur i ładowany do trumny. Ja rozumiem, że kat i podła gnida była z Heydricha, ale w tym czasie żyła jeszcze jego żona a do tej pory żyją dzieci i to one mogły to oglądać, nie zaś sam winny. Ogromny niesmak. Zresztą epatowanie swastykami w jakiś fetyszystyczny sposób to kolejne dziwadło w tym filmie. Po co Heydrichowi w środku pokoju wielka flaga ze swastyką, na której leżą jego regalia?
        Wszystkie postacie są absolutnie jednowymiarowe i fatalnie zagrane, praktycznie nie przywiązujemy się do nich ani nie dbamy o ich los. W dodatku trudno odróżnić kto jest kto i zrozumieć ich motywację. Podobnie jest z Heydrichem, który jest zły bo jest i już. Koniec. Kropka.
         Mimo, że film kręcono w Pradze pałac w Panenskich Brezanach zastąpiono jakimś innym, bardziej wypasionym, chyba tylko po to, żeby jeszcze większy nacisk położyć na to, że niedobry Heydrich wybrał sobie taką wypasioną chawirę a biedni Czesi cierpieli biedę. Dla mnie niezrozumiały zabieg, bo większym smaczkiem byłoby obejrzeć prawdziwe lokacje. Naprawdę szkoda tracić na to czasu, z wyjątkiem śmiesznej sceny zamachu reszta budzi raczej zażenowanie. Szkoda, że czeski ruch oporu został uhonorowany takim straszydłem.

Ocena:



piątek, 7 czerwca 2013

Berlin i Halle 2013- cz. 3 - Dom Heydricha w Berlinie - Schlachtensee

Heydrichowie wprowadzili się do domu przy Augustastrasse  14 (obecnie Reifträgerweg 14) w lutym 1937 roku. Ten wydawałoby się niepozorny domek jednorodzinny to jednak około 700 metrów kwadratowych powierzchni i dwa piętra. Co prawda jest on wyjątkowo skromny jeśli porównamy go z pozostałymi posiadłościami w tej dzielnicy jednak jego zakup kosztował Reinharda 49.000 Reichsmarek. 10.000 otrzymał ze specjalnego funduszu Himmlera. Wyposażenie mieszkania uszczupliło portfel Heydricha o kolejną pokaźną sumę. Razem za wszystko zapłacił 91.000. W ogrodzie znajdował się mały plac zabaw dla dzieci a także kurnik. Reinhard zatrudnił także na stałe dwie służące. Był to koniec kłopotów i niestabilności finansowej Heydrichów. Przywykła do luksusów późniejszych domostw Lina nazwała swoje podberlińskie włości jedynie"powiększonym domkiem".

A. Speer, wspomina, że dom Heydricha niejako odzwierciedlał jego podejrzliwą naturę i przypominał fortecę (szczerze powiedziawszy z mojej perspektywy wyglądał raczej skromnie). Podobno w każdym pomieszczeniu znajdowały się alarmy. Dotyczyło to także łazienki. Speer zdziwiony był jak bardzo sytuacja uległa zmianie kiedy Heydrich mieszkał już w Pradze i chadzał swobodnie bez jakichkolwiek zabezpieczeń.

Obecnie dom jest w świetnym stanie i ktoś w nim mieszka. Jak do niego dotrzeć? Jedziemy linią pociągu podmiejskiego S1 i wysiadamy na Berlin Schlachtensee i wychodzimy na ulicę Altvaterstraße idziemy nią wzdłuż torów i skręcamy w Reifträgerweg. Otaczają nas ogromne posiadłości i dom Heydricha jest niemalże niewidoczny na ich tle, jednak to właśnie jego skromność pozwala wybić mu się na tle innych domostw.

czwartek, 6 czerwca 2013

Berlin i Halle 2013- cz. 2 - Historia ze szkolnej kroniki

Reinhard i Heinz w szkolnych mundurkach
             Historia, którą tu przytoczę najprawdopodobniej jeszcze nie miała swojej premiery w publikacjach o Heydrichu, bądź nie rzuciła mi się nigdy w oczy. Nie wiem dokładnie, którego Heydricha ona dotyczy, możliwości są dwie: Heinz Siegfried, albo jego starszy brat Reinhard. Który z nich jest dziś głównym bohaterem? Nie wiem. W kronice szkolnej, znajdującej się w Miejskim Archiwum w Halle w rubryce uwag widnieje bowiem jedynie nazwisko: Heydrich.
Obaj panowie uczęszczali do reformowanego gimnazjum w Halle, Heinz był młodszy od Reinharda jedynie o rok, chodził więc młodszej klasy i już w 1920 roku, w którym incydent miał miejsce mógł się już uczyć. Trudno więc mi ustalić, kto dokonał tego "okropnego" czynu. Sądzę, że to jednak Reinhard. Heinz bowiem miał na swoim koncie pchnięcie nożem w samoobronie, co nie zostało zanotowane na kartach kroniki, z której korzystałam, być może było to w innej, podobnie nikt nie napisał o tym, że Reinhard wdrapał się na dach gimnazjum (być może udało się to zachować w dyskrecji i zostało to prywatnym show dla kolegów). Mniejsza, przejdźmy zatem do rzeczy, co się stało. W roku 1920 jeden z Heydrichów wywołał w szkole bunt. Tak. Młodzieniec regularnie opuszczał zajęcia z chóru i inni bardzo szybko poszli jego śladem. Wszystko wskazywało na to, że reszta była do tego zachęcana. Tu znowu pasuje mi Reinhard, który bardzo wstydził się swojego głosu, zapewne więc nie chciał go eksponować by inni regularnie śmiali się z niego i miał spore zdolności do manipulowania innymi. Widocznie objawiło się to już w wieku szkolnym.  W końcu regularne opuszczanie zajęć przez chłopców zostało dostrzeżone przez dyrektora i Heydrich trafił na dywanik jako szef całego przedsięwzięcia. Groziło mu zwolnienie dyscyplinarne, ale na szczęście skończyło się na odsiadce przez trzy godziny w kozie. Cóż czasy wówczas były odrobinę inne. Heydrich miał prawdziwe szczęście, że udało mu się uniknąć gorszych konsekwencji.Cała kronika napisana jest odręcznie piórem i jest ciężka do rozszyfrowania, na szczęście fragmenty o buncie, były przepisane także na maszynopisie. Co do samej szkoły ponownie udało mi się ją odwiedzić, dzięki koleżance, która szukała w niej swoich korzeni mam parę fotografii z jej wnętrza i wystawki, na której znajdowały się zdjęcia z około 1919 roku, a więc z czasów, w których Reinhard uczęszczał do gimnazjum.




rocznik 1919, rocznik Reinharda, nie wiadomo jednak czy to jego klasa i czy jest na zdjęciu czy nie
Aula w 1919

Fontanny znajdujące się na każdym piętrze

Ps. Ledwie wyjechałyśmy z Halle i miasto zostało zalane, właśnie czytałam, że ewakuowano 30 000 ludzi. Mam nadzieję, że nie dojdzie do żadnej tragedii.

Berlin i Halle 2013- cz. 1- Grób Reinharda

Pierwsza część z quasi relacji z mojej wizyty w Niemczech. Dzisiaj będzie krótko i treściwie na temat grobu. Jutro napiszę o wybryku Reinharda w szkole i jego młodzieńczym buncie. Miałyśmy hostel bardzo blisko cmentarza, więc każdego dnia zaglądałyśmy chociaż na trochę zobaczyć co się dzieje. Może początek wydaje się niezbyt fascynujący, ale przejdźmy do meritum sprawy. Dnia 3 czerwca 2013 roku grób Heydricha wyglądał tak:
Co my tu mamy? Skromnie, wkopana różyczka, doniczka z kwiatkami. Potem cały dzień spędziłyśmy w Wannsee, wieczorem stan grobu był identyczny. Kolejnego poranka nic się nie zmieniło, by w środę na grobie zastać to:


Tak, mamy dwa znicze, bukiet czerwonych róż i... ukraińską wódkę. Sąsiadom ze wschodu zdecydowanie gratulujemy fantazji. Przyznam szczerze, że śmiałam się do rozpuku, ale coś w tym geście wskazywało na pojednanie. Jedno jest pewne, tylu fantów na grobie Heydricha nie widziałam nigdy a jeżdżę tam systematycznie od 2010 roku i zazwyczaj ktoś stawiał znicz. Nie mi oceniać czy to dobrze czy źle, ale mam nadzieję, że każda z tych osób, które dorzuciły coś na grób miała na myśli wybaczenie, ale nie zapomnienie jego zbrodni, ani tym bardziej ich pochwałę. Może jestem dziwna, ale jakoś ogrzewa mi serce myśl, że ktoś może dopingować go do tego, by naprawił zło, którego dokonał i stał się milszym duchem. Naiwne? Bardzo, ale nie zabraniajcie mi marzyć. Symboli neonazistowskich ani smutnych łysych panów dzięki bogom nie było ani widać, ani słychać. Całe szczęście nie biorą sobie oni często Heydricha na idola.

niedziela, 2 czerwca 2013

Garść newsów

Na początek zła wiadomość. Data wydania "Kata Hitlera" autorstwa Roberta Gerwartha została przesunięta na wrzesień. Przypominam, że miała ukazać się w maju. Cóż, jeszcze sobie poczekamy.

Druga wiadomość: Dzisiaj w nocy wyjeżdżam do Berlina i Halle buszować tu i ówdzie, więc 6 bądź 7 czerwca spodziewajcie się zdjęciowego spamu i mnóstwa historyjek o miejscach związanych z Heydrichem i Gestapo.

Do zobaczenia wkrótce