poniedziałek, 30 września 2013

Zgłoszenie nr III- Absyntowa Drugi cmentarz żydowski w Toruniu


Zgłoszenie w ostatniej chwili, przed Państwem Absyntowa Muchomorek. http://absyntowawrozka.blogspot.com/
fragment nowego muru i tablica przy wejściu na teren cmentarza

Losy tego miejsca nie są szczególnie istotnie związane z II wojną światową, chociaż interesujące, że pod okupacją niemiecką nie ucierpiał (nieznane są powody dla których Niemcy zrezygnowali ze zniszczenia cmentarza). Czy ludzie o nim zapomnieli? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony, to właśnie po wojnie doszło do dewastacji cmentarza, z drugiej, współczesne władze Torunia starają się przywrócić pamięć o kirkucie.

fragmenty starszych murów okalających cmentarz, widok z centrum nekropolii
Historia cmentarza jest w równym stopniu ciekawa, co smutna. Jest jedną z niewielu pamiątek w Toruniu po istniejącej tu przed II wojną światową społeczności żydowskiej i właśnie dlatego chciałam o nim napisać. Bywa tak, że jedyną pamiątką po niegdyś żyjących są ich zmarli, ci, których zdążyli pochować w odpowiedni sposób. Paradoksalnie, cmentarz, który skazany został na zapomnienie, dziś jest dość żywą pamiątką po społeczności, która przepadła w wirach historii. Owszem, są inne miejsca, tablice upamiętniające mieszkańców niektórych budynków, istniejącą niegdyś synagogę, ale to właśnie ten kirkut jest znakiem specjalnym przeszłości. Przez bezwstyd postępowania z "niechcianą" pamiątką, który dziś miasto stara się zetrzeć przywróceniem pamięci miejsca - obszarem, którego dotyczy dyskusja, zmiana społecznej świadomości. Kirkut przetrwał wojnę jako jedyna, namacalna, oczywista pamiątka po Żydach. Razem z nim zaginął tu też na długo słuch po słynnym obywatelu Torunia jakim był rabin Hirsz Cwi Kaliszer - zmarł w Toruniu w 1874 roku, pochowano go prawdopodobnie właśnie tu i dziś znany jest raczej za granicą, nie w Polsce.

fragmenty zabudowań cmentarnych, obecnie w centrum ogrodzonego terenu
Po pierwszym cmentarzu żydowskim w Toruniu, powstałym około 1640 r. po lewej stronie Wisły, a zamkniętym około 1830 r. nie pozostał właściwie żaden ślad. Drugi cmentarz żydowski istniał już prawdopodobnie w 1723 r. (wzmiankowany w 1810 r., gdy władze miejskie zakazały ludności chrześcijańskiej wypasu bydła na terenie nekropolii). Położony między ulicami Antczaka, Pułaskiego i Konopackich (Jakubskie Przedmieście). Trafić tu nietrudno, jeśli znajdzie się cmentarz na Antczaka - jedno z jego wejść znajduje się vis-à-vis nowego muru cmentarza żydowskiego.

Cmentarz podzielony był na cztery kwatery. W jego obrębie znajdował się dom przedpogrzebowy, mieszkanie stróża, gospodarstwo ogrodnicze, stajnia, wozownia i rosły tu drzewa. Po wojnie zabudowania cmentarne wynajęto. Po 1956 r. opiekę nad tym miejscem przejął Zarząd Zieleni Miejskiej.

Przez następne dziesięciolecia cmentarz ulegał dewastacji. Pomniki kradziono, by wykorzystać w zakładach kamieniarskich. W 2009 r. odnaleziono jeden z nagrobków na jednym z cmentarzy. Inny z pomników być może posłużył jako materiał na tablicę pamiątkową wystawioną dla Marcelego Nowickiego (komunisty).

W 1966 roku podjęto decyzję o likwidacji cmentarza, zrealizowanej w 1975 roku. Oto fragment listu, przesłanego do Ambasady Izraela przez jednego z mieszkańców Torunia (podaję za Cmentarze żydowskie w Polsce): "Pod koniec lat sześćdziesiątych z inspiracji ówczesnych władz partyjnych wydano polecenie likwidacji cmentarza żydowskiego. Cmentarz ten obejmował teren około 80 x 100 metrów, był zadrzewiony i zakrzewiony. Znajdowało się tam około 60 - 80 grobowców z marmuru i innych kamieni. Niektóre groby były bardzo okazałe i świadczyły o zamożności pochowanych tam Żydów. Wszystko, co tam się znajdowało, zostało rozebrane. Część kamieni nagrobkowych przewieziono do Zakładu Kamieniarskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej przy ul. Szosa Chełmińska, a część pod osłoną nocy w przeciągu kilku dni po prostu rozkradziono. Cały teren zniwelowano, zasiano trawą i dziś stanowi on zielony teren rekreacyjny". Podobno jeszcze przez jakiś czas woda deszczowa wypłukiwała szczątki zmarłych.



Wiemy jak wyglądał cmentarz przed rokiem 1975 dzięki inwentaryzacji Bohdana Horbaczewskiego z Pracowni Konserwacji Zabytków. Spisano personalia zmarłych i wykonano fotografie nagrobków. Już w latach 90-tych rozebrano drewniany dom przedpogrzebowy. Budynek ten zniknął po wpisaniu terenu cmentarza do rejestru zabytków. Dom ulegał stopniowej dewastacji i rozbiórce, nikt o niego nie dbał i się nim nie interesował poza tymi, którzy zabierali z niego materiał budowlany lub traktowali jak melinę.
tabliczka znakująca lipę imienia rabina Kaliszera_ w tle budynek mieszkalny (stojący na terenie należącym niegdyś do cmentarza)
W końcu, w 2009 r., cmentarz został uporządkowany: wytyczono alejki, umieszczono furtki na filarach dawnej bramy. W centrum stanął głaz z napisem: "Teren cmentarza żydowskiego. Miejsce rabina Hirsza Cwi Kaliszera (1795-1874) oraz żydowskich mieszkańców Torunia. Uszanuj miejsce wiecznego spoczynku". Imieniem rabina nazwano stojącą tu starą lipę. W 2010 r. na terenie cmentarza pojawiły się tablice informacyjne. Na nowo powstałym murze, okalającym cmentarz od strony ulicy Pułaskiego, wisi tablica z informacją o zakazie wyprowadzania zwierząt.

Czy dziś to miejsce jest w końcu traktowane w należyty sposób? Ostatnio na nowym murze pojawił się wykwit talentu pseudokibiców, czyli wielki napis "APATOR". Niestety, wiele osób nadal traktuje to miejsce jak zwykły zielony zakątek, co może usprawiedliwiałoby kogoś, kto nie mieszka w pobliżu i nie zna od ręki historii miejsca, ale problem dotyczy raczej okolicznych mieszkańców. Mieszkam niedaleko (od dwóch lat) i słyszałam wiele opinii mówiących o tym, że mieszkańcy pobliskich domów nie poczynają sobie w tym miejscu zbyt godnie (dotyczy zwłaszcza wyprowadzania psów), że ciężko jest im odzwyczaić się od dawnego sposobu postępowania. Nie wiem jak było wcześniej, ale przez te dwa lata widziałam tylko dwie takie sytuacje, a przechodzę tędy często właśnie ze względu na brak "nieobyczajnych" śladów wyprowadzania psów, w które można wdepnąć na pobliskim chodniku ;) Zdarza się, że pod pamiątkowym głazem ktoś zostawia znicz. Okolica się zmienia. Na Jakubskim Przedmieściu i na bliskiej Winnicy powstaje wiele nowych budynków mieszkalnych, miejsce staje się atrakcyjne dla kupców mieszkań. Cała nadzieja w tym, że nowi mieszkańcy przyniosą ze sobą nowe zwyczaje (które da się już zauważyć) i zwrócą uwagę na negatywne zachowania innych.

Korzystałam z:
http://www.kirkuty.xip.pl/torun.htm
M. Niedzielska, Cmentarz żydowski w Toruniu, Toruń 2010
Hirsz Cwi Kaliszer: http://polin.org.pl/heritage/11/

piątek, 27 września 2013

Artykuł na wmeritum.pl

źródło: Max Williams, Heydrich: the biography
 Pewnie wyjdę na czepialską, ale po zobaczeniu tego artykułu: 
http://wmeritum.pl/reinhard-heydrich-aniol-smierci/
postanowiłam przystąpić do interwencji, bo niektóre rzeczy zahaczają o fizyczny ból. Pewnie coś pominę, jeśli tak, to uzupełnijcie. Wybieram tylko to, co najbardziej rzuca się w oczy.
"Babcia przyszłego generała SS wyszła powtórnie za mąż za Żyda" - Gustaw Robert Suss, o którym tu mowa był chrześcijaninem. źródło: R. Gerwarth "Kat Hitlera"
"W 1920 roku wstąpił do lokalnego oddziału Freikorps. Tam szczególny nacisk kładziono na szkolenie ideologiczne o wyższości  takich jak on niebieskookich blondynów nad innymi gorszymi rasami. Te przepojone fanatyzmem nauki o wyższości rasy aryjskiej weszły mu głęboko w pamięć."- jego kariera we Freikorpsie nie jest zbytnio znana, sam ją trochę ubarwiał, a jego dowódca przyznał, że Heydrich był przez dwa tygodnie gońcem, a jego ojciec przyszedł na służbę z leżakiem. - źródło G. Deschner "Reinhard Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej" Więcej: http://plowabestia.blogspot.com/2013/09/poglady-polityczne-modego-heydricha.html
"(...)młody Reinhard postanowił wstąpić do marynarki wojennej, aby zdobyć wykształcenie i prestiż. Tam również z powodu wiary i wyglądu (miał ponad 180 wzrostu, nie pił, nie palił) stał się ofiarą kpin i otrzymał przezwisko „koziołek”.- miał 190 cm uściślając.  źródło: http://ahahq.org/Bulletin/January_2009.pdf
" Młody Reinhard prezentował się bardzo elegancko w mundurze, toteż długo nie trwało aby zaczął romansować z wieloma kobietami. W 1930 roku Heydrich miał gorący romans z córką dyrektora stoczni w Hamburgu. Zakochana w nim kobieta chciała wyjść za mąż za młodego oficera. Ten jednak odparł ze stoickim spokojem, że jest już zaręczony z inną." - sytuacja ta jest niejasna, ale ta wersja wygląda jak pobożne życzenie Heydricha. To Linie musiał tłumaczyć, że wcześniej miał inną dziewczynę i obiecał jej ślub. Nie poznał też Liny po, a przed wydaleniem z marynarki, o czym już pisałam. Co do romansów z wieloma kobietami... Najczęściej jak wiemy kończyło się na tym, że dostawał kosza... źródło:  R. Gerwarth "Kat Hitlera" L. Heydrich "Muj zivot s Reinhardem"
 "Krótko po tym wydarzeniu Heydrich poślubił Line von Osten. Miał z nią trzech synów (jeden z nich zmarł w wyniku wypadku samochodowego w 1943 roku), oraz córkę Marthę." - Silke to imię damskie. Naprawdę. Reinhard Heydrich miał dwie córki i dwóch synów. Córki: Marta i Silke. Synowie: Heider i Klaus. Dodatkowo, nie poślubił Liny tak znowu szybko, zdążył jeszcze w międzyczasie siedzieć na bezrobociu, zamulać oglądając lwicę w Zoo i wstąpić do SS. źródło:
R. Gerwarth "Kat Hitlera" L. Heydrich "Muj zivot s Reinhardem"
" 1941 roku Hitler mianował Reinharda Heydricha na stanowisko Protektora Czech i Moraw z siedzibą w Pradze." - pomijam tu dziwną konstrukcję zdania... Heydrich był mianowany zastępcą Protektora. 
To: "Reinhard imponował führerowi przede wszystkim tym iż potrafił z zegarmistrzowską dokładnością wykonywać jego najbardziej nawet zwariowane pomysły."Chyba trochę wyklucza to:
"Heydrich nie był nawet nazistą (z przekonania). Służba w SS i policji służyła mu jedynie jako miejsce gdzie mógł robić karierę." Co do tego czy nie był nazistą z przekonania. Jednak bym się kłóciła, ale to wymaga długiej noty, a nie krótkiego podpunktu, więc zostawię sobie kiedyś jako punkt wyjściowy do dłuższej dyskusji, a zainteresowanym polecam lekturę "Oblicza naszej walki" która wyszła spod pióra Heydricha. 
"Po napaści na Polskę Heydrich rozkazał stworzyć 5 grup specjalnych (Einsatzgruppen) SS, celem fizycznej eliminacji polskiej inteligencji i duchowieństwa." - Einsatzgruppen istniało już wcześniej i brało udział w Anszlusie Austrii i zajęciu Czechosłowacji. źródło: 
Jochen Böhler, Klaus-Michael Mallmann, Jürgen Matthäus: Einsatzgruppen w Polsce,
Dodatkowo grup nie było pięć: http://pl.wikipedia.org/wiki/Einsatzgruppen_w_Polsce
"Jedno wydaje się pewne. Gdyby Reinhard nie zginął to już w niedługim czasie, może w 1943 roku rządził by w III Rzeszy. Może nie jako führer ale z boku, z drugiego szeregu. Jednak gdyby zdecydował się na zamach, Hitler zginął by na pewno bo Heydrich był profesjonalistą, nie uznawał półśrodków i wszystko mu się udawało."- tylko pozostaje pytanie po co miałby to robić? Jemu było bardzo na rękę mieć trochę cienia. 
"Z jego szefem admirałem Wilhelmem Canarisem łączyła go długoletnia znajomość i pozorowana nić przyjaźni"- cooooooo? Canaris nie był jego szefem... W marynarce był jego dowódcą. I łączyła ich wcale niepozorowana przyjaźń. Canaris napisał do Liny po śmierci Heydricha, że stracił prawdziwego przyjaciela. źródło: L. Heydrich "Muj zivot s Reinhardem"

czwartek, 26 września 2013

Przodkowie Reinharda Heydricha - Drzewa Genealogiczne


         Pewnie większość z Was patrzy na te drzewka genealogiczne (bardzo uproszczone, nie wzięłam tu pod uwagę rodzeństw, dziadków, pradziadków i rodziców, które były bardzo liczne i równie licznie trzebione przez choroby wszelakie) i myśli sobie: Czemu one powstały? Czy ktoś będzie szukał kiedykolwiek aż tak daleko w życiorys Heydricha i jego rodziny? Okazuje się, że tak. Mam zamiar często wracać do tej notki, chociażby jak uda mi się zgromadzić wystarczającą ilość materiału na artykulik o pradziadku Reinharda, malarzu ślicznych miniatur: Erneście Moritzie Kranztu, czy o jego synu, Georgu Eugenie Krantzu, który był wielce zasłużoną osobą dla drezdeńskiej kultury.
       Kolejną sprawą jest to, że często w polskim internecie krążą różne, bardzo głupie i niskie w swoim zjadliwym antysemityzmie komentarze, rozsiewające nieprawdziwą plotkę, jakoby Reinhard Heydrich był Żydem. Jedyny spór jaki można toczyć w sprawie pochodzenia Reinharda, to czy bardziej miał korzenie ewangelickie, czy katolickie. Sytuację z drugim mężem Ernestine Wilhelmine Linder, później Heydrich, później Suess już wyjaśniałam w zalążku tego co teraz rozwijam: http://plowabestia.blogspot.com/2013/04/fakty-i-mity-na-temat-heydricha.html
      Mam jeden mały problem w rodzinie Krantzów, czasem ciężko było dojść kto był u nich katolikiem, a kto ewangelikiem, stąd jeśli pojawił się tu jakiś błąd od razu mnie informujcie.
      W przypadku obu Johannów Karlów Gottlobów mieli oni oczywiście na nazwisko Heydrich, ale bałam się, że mi się na grafice nie zmieszczą. 

Źródła:
http://www.tenhumbergreinhard.de/1933-1945-taeter-und-mitlaeufer/1933-1945-biografien-h/heydrich-reinhard-tristan-eugen.html
http://www.geneagraphie.com/getperson.php?personID=I706859&tree=1
Robert Gerwarth, Kat Hitlera

środa, 25 września 2013

Zgłoszenie na konkurs nr 2: Onyks - 1901

Proszę Państwa nie wierzę, jednak moja odezwa do narodu odniosła skutek! Mamy drugie zgłoszenie. 
 Zgłoszenie na konkurs nr II nadesłała Onyks
1901

Są w centrum mojego miasta dwie niepozorne uliczki . U wylotu jednej z nich , na skwerku , na
tyłach biblioteki stoi sobie szkolna ławeczka , a w niej zasiada drobna dziewczynka w fartuszku z
falbankami, uczesana we wdzięczny koczek. Przysiadają przy niej miejscowi , a turyści
odwiedzający nasze miasto robią sobie z nią zdjęcia . Ta dziewczynka to nasza miejscowa
bohaterka - Bronia Śmidowiczówna . Na owych dwóch niepozornych uliczkach i w budynku gdzie
dziś mieści się biblioteka i muzeum przed 112 laty rozegrały się wydarzenia bez precedensu na
skalę świata.
Był rok 1901 początek maja. Właśnie niedawno zaczął się nowy rok szkolny . Czternastoletnia
Bronia Śmidowicz , jej koleżanki i koledzy , Jadzia Bulczyńska , Lonia Stankowska, Bronek
Klimas, Staś Jerszyński i inni , a także jej młodsza siostra Stefcia jak każdego ranka udali się na
lekcje. Wesoło zmierzając w stronę szkoły nie spodziewali się jak straszne ich czekają wydarzenia.
Już w marcu władze pruskie wydały zarządzenie,że nauka religii i śpiewu kościelnego ma z
początkiem roku szkolnego odbywać się po niemiecku. Tego dnia , do szkoły dostarczono nowe
podręczniki religii w języku niemieckim. Nauka już od dawna była prowadzona w języku zaborcy ,
ale religia i śpiew odbywały się w mowie ojczystej. Do klasy I – według ówczesnego systemu
szkolnego najstarszej, wszedł rektor , w towarzystwie nauczyciela religii Sholzhen'a i drugiego z
pochodzenia Polaka , ale mówiącego o sobie,że „ dziś jestem Niemcem i uważam się za Niemca „ z
zamiarem rozdania podręczników. Żadne z dzieci nie wyciągnęło ręki po nową książkę , wszystkie
milczały . Wrzeszcząc i grożąc karami nauczyciele zaczęli rozkładać niemieckie katechizmy na
ławkach . I wtedy dzielna mała Bronia pierwsza chwyciła znienawidzoną książkę przez szkolny
fartuszek by, jak sama wspominała po latach „ nie splamić sobie rąk „ i oddała ją dyrektorowi ,
oświadczając ,że jest Polką i tylko w języku polskim chce i umie się modlić. Za jej przykładem
poszedł Staś Jerszyński , a potem inne dzieci , podobnie jak Bronia chwytając książki przez
fartuszki . Te które bały się i jednak przyjęły podręcznik , mając wsparcie rodziców oddały je
następnego dnia . Rozwścieczyło to pruskich „pedagogów” . Rektor zarządził areszt , a kiedy po
kilku godzinach dzieci nadal odmawiały przyjęcia książek , chłostę . Sytuacja powtarzała się przez
kolejne dni. Przez cały czas duchowego wsparcia udzielał dzieciom wikariusz z pobliskiej parafii
farnej ks. Jan Laskowski Apogeum wydarzeń nastąpiło 20 maja , kiedy to do szkoły przyjechał
inspektor Winter – zagorzały hekatysta . Ogłosił,że dzieci mają dwie godziny na naukę oczywiście
po niemiecku , słów pieśni „:Kto się w opiekę „ . Te które się nauczą zostaną zwolnione do domu ,
te które tego nie zrobią zostaną wychłostane. Kilkoro wykonało zadanie i zostali zwolnieni około
godziny 12.00 . Czternaścioro dzieci jednak stanowczo odmówiło. Oprawcą dzieci stał się
nauczyciel religii Scholzhen. Bił mocno, Małe ręce dzieci puchły , pękała na nich skóra . Płacz i
jęki maltretowanych uczniów dobiegały z budynku szkoły aż na ulicę , ściągając uwagę
przechodniów . Wokół szkoły zaczął gromadzić się tłum .Ktoś powiadomił rodziców. Wtedy
inspektor Winter kazał przenieść dzieci do klasy na tyłach budynku i przesłonić okna . Nad miastem
rozszalała się ulewa . Tłum jednak gęstniał wokół szkoły a straszna wieść szybko obiegła okolicę :
Prusacy biją polskie dzieci.
Tłum nie szczędził wyzwisk pedagogom – oprawcom , a kilku co odważniejszych rodziców
wtargnęło do szkoły, broniąc swoich dzieci i wznosząc patriotyczne okrzyki. Inspektor wezwał dla
ochrony policję .Ta po wielu godzinach uspokoiła tłum , skrzętnie notując nazwiska i adresy
zgromadzonych. Zbite i spłakane dzieci wypuszczono w końcu z budynku szkoły licząc ,że po tak
przykładnej karze zaprzestaną oporu. Przeliczyli się srodze . Dzielne dzieci stawiały opór jeszcze
przez wiele tygodni i miesięcy , wciąż od nowa bite i szykanowane. W listopadzie 1901 roku
rodziców strajkujących dzieci aresztowano i osądzono , karząc więzieniem nawet po 2 i pół roku
oraz wysokimi grzywnami . Księdza Jana Laskowskiego wyrzucono z parafii gdzieś w jakieś
zapomniane przez Boga i ludzi miejsce na Dolnym Śląsku . Wieść o tym niespotykanym
okrucieństwie szybko wyszła poza granice Zaboru Pruskiego a nawet obiegła świat . Przyczynili się
do tego Henryk Sienkiewicz i Maria Konopnicka . Pisali listy otwarte do władz pruskich ,
organizowali zbiórki pieniężne dla ofiar represji , sprawili,że ludzie kultury, arystokracja , politycy
z wielu krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych udzielili wsparcia i potępili pruski terror .
Za przykładem Wrześni podejmowali strajki uczniowie w innych miastach i miasteczkach
Wielkopolski. Z przerwami strajki szkolne trwały jeszcze do roku 1906 , kiedy to w powszechnym
strajku szkolnym bało udział 75 tysięcy dzieci w 800-set szkołach na terenie całego Zaboru
Pruskiego. Najwytrwalszą uczestniczką strajku okazała się młodsza siostra Bronisławy
Śmidowiczówny -Stefania . Za tamte straszne wydarzenia , jak i za udział w późniejszym
Powstaniu Wielkopolskim rodziny uczestników i oni sami zapłacili wysoką cenę w czasie II wojny
światowej, ale to już inna historia.
Rok 1901 w naszym mieście upamiętniają dziś: zrekonstruowana izba szkolna w muzeum ,
wspaniały witraż projektu Mariana Turwida w pobliskiej Farze , nazwy ulic , szkoły i szczepu
harcerstwa oraz dwa pomniki . Większy i okazalszy poświęcony wszystkim strajkującym dzieciom
i owa ławeczka , w której zasiada Bronia Śmidowiczówna . Z przykrością jednak muszę
stwierdzić ,że wydarzenia te zniknęły z kart podręczników do historii .

Heydrich - Kat Hitlera- prelekcja 26 X 2013

O rany, ale się cieszę, piszę w tempie ekspresowym, więc z góry przepraszam za wszelkie językowe faux pas. Zostałam zaproszona na prelekcję poświęconą Reinhardowi Heydrichowi, która organizowana jest 26 X w Krakowie podczas Targów Książki. Zachęcam Was gorąco do wstąpienia, tym bardziej, że to sobota, więc nie powinno kolidować z planami zajęć, chyba, że macie nieszczęście pracować w weekendy. Niemniej, ja na pewno się stawię.
Szczegóły na plakacie, ja się nie będę zbytnio produkować.

Przy najbliższych newsach podam też termin legnickiej premiery "Wyznań Josefy H." i najprawdopodobniej będzie tam też wystawa moich prac, ale na razie bez szczegółów, bo zapeszę. ;)

Przypominam, że deadline konkursu przypada na koniec września, a ja mam jedno zgłoszenie.


wtorek, 24 września 2013

Swing-Jugend

źródło: http://www.ljr-hh.de/Swing-Jugend-in-Hamburg.611.0.html
             Mało mówi się o subkulturach jakie istniały przed latami sześćdziesiątymi dwudziestego wieku. Co prawda hipsterzy przeżywają teraz renesans, ale są czymś zupełnie innym, niż byli dawniej, a i coraz więcej młodzieży odkurza pozycje pisane przez beatników, to jednak nadal „antyczne” subkultury wydają się być terra incognita.
             Pomyślicie sobie pewnie, no dobrze, ale jesteśmy tu po Heydricha, po jego zbrodnie, i tak dalej. Tak więc po tym krótkim wstępie przechodzę do rzeczy. O tym jak Reinhard Heydrich na rozkaz Himmlera zabił subkulturę Swing-Jugend.
             Wraz z przejęciem przez władzy nazistów jazz i pochodne stały się tak zwanymi Negermusik, „Muzyką Czarnych”, jako, że geneza gatunku nie pozostawała złudzeń, a na dodatek wykonawcami byli również Żydzi. Kolejnym zarzutem wobec jazzu i swingu było to, że często piosenki te były śpiewane po angielsku. W Trzeciej Rzeszy kumulacja powyższych czynników nie mogła przejść. Do tego doszła również specyficzna moda, którą reprezentowali słuchacze. Chłopcy nosili homburgi jak Churchill i Edward VII, do tego często elementem stroju była naszywka z brytyjską flagą. Dziewczyny za to malowały się i zakładały krótkie spódnice, co przez władze uznawane było za niemoralne. Często gazety podkreślały frywolne zachowania seksualne zdegenerowanej młodzieży. Zapewne jednak były to wymysły propagandzistów, którzy za zadanie mieli potępić ten ruch.
             Młodzież ta nazwała się Swing-Jugend. Ta nazwa była prześmiewcza wobec Hitlerjugend, co było dodatkową płachtą na byka i solą w oku nazistowskich dygnitarzy. Nienawidzili się jak punki i skini. Krótko mówiąc, jak każda prawdziwa subkultura musieli mieć jakiś antagonistów. Gratisowo zaskarbili sobie nienawiść władz. O to bowiem znalazła się liczna grupa młodzieży, umawiająca się by potajemnie słuchać muzyki i będąca apolityczna i bierna, bądź negatywne nastawiona wobec propagandy. Reprezentanci Swing-Jugend wykształcili własny styl i zwyczaje, a nawet mowę, która przepełniona była anglicyzmami. Ich przywitaniem często było „Swing Heil!”. Najczęściej spotykani byli w wielkich miastach, za ich stolicę uważano Hamburg, chociaż sporo swingującej młodzieży widywało się również w Berlinie.
W 1941 roku by przeciwdziałać rozwojowi tej subkultury zabroniono młodym poniżej 21 roku życia wstępu do klubów. To jednak nie powstrzymało swingujących dzieciaków, które po prostu zaczęły spotykać się na prywatkach.
           18. 08. 1941 roku policja aresztowała 300 osób związanych z ruchem Swing-Jugend. U niektórych skończyło się na ścięciu włosów, innych czekały roboty społeczne, a „przywódców” umieszczono w obozach koncentracyjnych. Kolejne represje przyszły już 2. 01.1942 roku, kiedy Himmler napisał do Heydricha: „ Moja ocena jest taka, że całe to zło musi być radykalnie eksterminowane. Nie widzę możliwości, by zastosować tu półśrodki. Wszystkich przywódców, którzy są w obozach koncentracyjnych musimy resocjalizować ciężką pracą, pobyt w obozach dla prowodyrów musi być dłuższy, 2-3 lata. Tylko przez brutalność jesteśmy w stanie zapobiec rozprzestrzenianiu się anglofilskich tendencji, w tych czasach, kiedy Niemcy walczą o swoje przetrwanie.”
Heydrich (który sam odrobinę wpisywał się swoim stylem w ubiory Swing Jugend, na zasadzie "tak bardzo bym chciał, tak bardzo mi nie wychodzi") wziął się sumiennie do pracy. Młodzież trafiła do obozów, "prowodyrom" przedłużono tam pobyt. Reinhardowi bardzo pomogło świeżo wdrożone prawo: jego służby od 3 września upoważnione były do egzekucji bez orzeczenia sądowego, nawet za błahe przestępstwa.
        
Na podstawie:
R. Gerwarth Hitler's Hangman
http://www.return2style.de/amiswhei.htm

piątek, 20 września 2013

Klaus Heydrich- najstarszy syn Reinharda

      Dzisiejsza notka poświęcona będzie najstarszemu synowi Reinharda Heydricha. Klaus Heydrich żył jedynie 10 lat. Zapewne zastanawiacie się, bądź niektórzy z Was już wiedzą, co się z nim stało. Postaram się to opisać za pomocą wszystkich dostępnych mi źródeł.
Chłopiec przyszedł na świat 17 czerwca 1933 roku, kiedy nad Berlinem szalała burza. Lina nie chciała rodzić w szpitalu, uparła się by zostać w mieszkaniu. Nie był to jednak mądry wybór, jak sama później wspominała w swojej książce. Co większości może wydawać się zaskakujące asystentem doktora był Reinhard, który nie zaszył się z przerażenia w drugim pokoju, ale dzielnie pomagał odbierać poród. Klaus urodził się cały i zdrowy, a Heydrichowie stali się bardzo szczęśliwą rodziną. Reinhard zaczął wpadać do domu w południe by doglądać malucha, a matka Liny posłała córce kucharkę. Chrzestnym chłopca został Ernst Röhm (który zginął zresztą z rozkazu Reinharda i Heinricha Himmlera w rok i parę dni po narodzinach Klausa podczas Nocy Długich Noży). Z tego sielankowego okresu zachowała się seria fotografii, gdzie Lina i Reinhard bawią się z przypominającym zdezorientowaną kluseczkę maluchem.
Drugim dzieckiem Reinharda i Liny był Heider, który urodził się 23 grudnia 1934 roku. Gdy chłopcy trochę podrośli stali się nierozłączni. Heider wspominał, że brat był mu najlepszym przyjacielem. Potwierdza to szereg zdjęć, na których chłopcy bawią się razem. Trzeba przyznać, że naprawdę byli uroczymi dzieciakami. Klaus zdecydowanie wdał się urodą w ojca, Heider w matkę.
W 1937 roku rodzina Heydrichów osiadła w Berlin-Schlachtensee. Na Reifträgerweg 14 Heydrichowie postanowili kupić różne zwierzaki, między innymi kury i dwa psy, żeby dzieciaki miały się jak bawić. Obok kurnika był też mały plac zabaw dla Heidera i Klausa. Rodzice chodzili z synkami na niedzielne spacery. Podczas jednego z nich natrafili na Wilhelma Canarisa i jego żonę. Wkrótce córki Canarisów i synowie Heydrichów bawili się wspólnie, tym bardziej, że byli sąsiadami, a ich rodzice również razem spędzali czas. Pewnego razu jedna z córeczka Canarisów zajrzała do biurka Reinharda. Heydrichowie akurat rozmawiali i usłyszeli, że coś dzieje się w drugim pomieszczeniu. Reinhard wszedł do środka, dziewczynka nie zdążyła zamknąć zasuwki w jego biurku. On zrobił to za nią i upomniał ją jedynie: „Posłuchaj, tak się nie robi”. Jednak to nie popsuło stosunków między dwoma rodzinami.
W czasie wojny synowie Reinharda dojeżdżali na rowerach do szkoły. Gdy już mieszkali w Protektoracie edukacją chłopców zajmowała się guwernantka. Dzieciństwo w Panenskich Brezanach płynęło sielankowo, aż to śmierci Reinharda. Chłopcy i Silke nie mogli wówczas odwiedzać taty w szpitalu. Zapewne bardzo się martwili, jednak Heider nie pamięta dobrze tych chwil, bądź są one na tyle bolesne, że nie chce o nich mówić. Zanim Reinhard wyjechał 27 maja z domu cała rodzina bawiła się jeszcze. Jeden ze świadków mówił, że Klaus ukrył się gdzieś i szukano go zaciekle zanim pożegnał się z tatą. Według innej wersji Heydrich spacerował z Liną i bawił się z trójką swoich dzieci. Wtedy widziały go po raz ostatni. Chłopcy stawili się na pogrzebie ojca, byli ubrani w białe stroje i siedzieli w pierwszym rzędzie. Zostali wyściskani przez samego Hitlera, podczas ceremonii opiekował się nimi Himmler i brat Reinharda.
Po śmierci ojca do Panenskich Brezan wprowadziła się Elżbieta Heydrich. Pomagała Linie zajmować się czwórką dzieci. Niedługo po śmierci Reinharda na świat przyszło jego ostatnie dziecko, córeczka Marte. Dzieciaki miały mnóstwo atrakcji. Kucyki, lekcje szermierki, zabawy z czeskimi i niemieckimi rówieśnikami. Sielanka skończyła się jednak 24 października 1943 roku. Do Liny mieli przyjechać goście. Brama była otwarta. Heider i Klaus jeździli na rowerach. W innej wersji Heider poszedł już do domu i Klaus jeździł z innymi chłopcami. Później opowieści zgadzają się ze sobą. Klaus wyjechał zza bramę i został potrącony przez ciężarówkę wiozącą lokalnych piłkarzy. Żona kierowcy wspomina, że Klaus wyskoczył raptownie na jezdnię i jej mąż nie był w stanie wyhamować. Wyskoczyli szybko z auta i odkryli, że maleństwo jest całe we krwi. Miał zmiażdżoną szyję i uszkodzoną klatkę piersiową. Nadal jednak żył. Z domu, z okropnym wrzaskiem, wybiegła Lina. Chwilę potem zjawił się też lekarz. W innej wersji zaniesiono go lekarzowi, kiedy konał już owinięty w kurtkę. Mimo udzielenia pierwszej pomocy chłopczyk zmarł. Przerażeni pasażerowie i kierowca ciężarówki zbiegli do lasu. Zrozpaczona i rozwścieczona Lina domagała się dla nich kary śmierci, jednak jasnym było, że wypadek nie był ich winą. Co prawda ich zachowanie po zdarzeniu wydaje mi się dość tchórzliwe, nawet, jeśli próbowali to tłumaczyć, tym, że bali się szubienicy. Klausa pochowano w ogrodzie w Panenskich Brezanach. Grób wykopali mu esesmani, jako, że Lina nie chciała, by jej żydowscy więźniowie, których wzięła z obozów koncentracyjnych do budowy basenu, dotykali się do trumny, w której leżały szczątki jej ukochanego dziecka. Trumna była cynowa. Heider Heydrich w wywiadzie udzielonym czeskiemu Reflexowi, mówił, że pod koniec wojny Lina zdecydowała się nie brać ze sobą szczątków syna. I tu wersje znów są rozbieżne. Niektórzy mówią, że ciało chłopczyka nadal spoczywa w ogrodzie. Inni, że zostało wykopane przez łowców skarbów, którzy liczyli, że Lina ukryła w trumnie z dzieckiem kosztowności. Inni, że zwłoki przeniesiono do lasu, tak by nikt nie próbował ich uszkodzić w akcie zemsty. Gdzie leży prawda? Jak zwykle nie wiadomo. Jedynie szkoda małego Klausa, który zginął tak młodo i w tak okropny sposób, a którego doczesne ciało spoczęło z dala od bliskich.
Silke, Klaus, Marte i Heider
 Na podstawie: 
Lina Heydrich Muj zivot s Reinhardem
Max Williams Heydrich The biography vol. I
http://svetvedy.cz/smrt-heydrichova-syna/
Wywiad Heidera Heydricha z Hana Benesova (można znaleźć na moim blogu)

Zdjęcia:
Lina Heydrich Muj zivot s Reinhardem
Zdjęcie Reinharda przytulającego synów z pinterest.com

czwartek, 19 września 2013

Heydrichowy konkurs, ale nie u mnie, tylko w Newsweeku

          Reinhard Heydrich znów atakuje polskie media. Do wygrania książka "Kat Hitlera" Gerwartha w Newsweeku. U mnie też, tylko zadanie na Płowej jest nieco trudniejsze jednak. Niemniej, próbujcie swoich sił też w drugim ;) Jak pisałam wcześniej książkę warto mieć. Powodzenia:
http://historia.newsweek.pl/reinhard-heydrich-kim-byl-nazistowski-archaniol-zla-,artykuly,270704,1.html
         W ogóle chyba już wspominałam kiedyś o tym jak uwielbiam te wszystkie nadęte, mroczne przydomki w stylu Archanioła Zła, Młodego Złego Boga Śmierci itp.? O ile takie rzeczy świetnie sprawdzają się w nazwach posępnych, metalowych zespołów, to już do żyjącego niegdyś osobnika jakoś mniej pasują i bardziej budzą uśmiech na ustach, niż rzeczywiste przerażenie.


Tymczasem na poprawę, bądź pogorszenie humoru:

środa, 18 września 2013

Romanse Liny Heydrich

               Pisałam już wcześniej o podbojach miłosnych Heydricha. Sporo się o tym mówiło, jednak mało z tej krynicy można było traktować serio i przelać na bloga.
              Tak się zdarzyło, że wczoraj chciałam napisać o ślubie Heydrichów, jednak wertując moje różne notatki i książki trafiłam na krótki cytat z Gerwartha, jakoby Lina zdradzała Reinharda z Walterem Schellenbergiem, Wolfgangiem Willrichem i Wilhelmem Albertem. Już wcześniej chciałam trochę sprawę przebadać, ale dopiero wczoraj sięgnęłam do źródła tych rewelacji. Pojawiły się one w roku 1950, w serii artykułów o Arthurze Nebe, konkretnie w numerze z 9 lutego. Za tłumaczenie dziękuję pewnej łaskawej duszy, która ulitowała się nad moim kompletnym brakiem znajomości niemieckiego.
             W czym rzecz? Nie jest nowiną, że Heinrichowi Himmlerowi zależało na tym żeby Heydrichowie się rozwiedli. Być może było to spowodowane tym, że żony obu panów skakały sobie do oczu (Lina potrafiła skomentować, że Marga ma numer buta 50), być może tym, że Himmler był zafascynowany Liną. Uaktywniło się to po śmierci Heydricha, kiedy Heinrich zaczął składać wdowie częste wizyty, czy dawać jej okrutnie tandetne porcelanowe figurki. Niewykluczone, że namowy Himmlera, by Reinhard zrezygnował z żony i znalazł sobie nową były reakcją na plotki o niewierności Liny wobec swojego małżonka. I vice versa oczywiście.
              Podejrzanym numer jeden był Walter Schellenberg, tak jak pisałam wcześniej pojechał on z Liną nad jezioro, ale bywał wcześniej u Heydrichów, z którymi grywał w brydża. Z Frau Heydrich Walter zaprzyjaźnił się, bądź zaczął romansować, co delikatnie sugeruje Gerwarth, już od 1935 roku. Przestali się spotykać, po tragicznej zabawie z zatrutym martini. Podobno jednak po śmierci Heydricha Walter miał powiedzieć: „Żeby dostać się gdzie chcę, muszę być z Panią Heydrich, nie tylko jako przyjaciel”. Plotki o romansie wybuchły wówczas z wielką siłą. Wcześniej, bo w 1941 roku kierowca, który odwoził Linę z lotniska do domu w Fehmarn usłyszał jak mówiła: „Istotnie, Schellenberg jest znów żonaty, więc pozostał mi Willrich”. 
              Wolfgang Willrich był znanym malarzem w III Rzeszy, popełnił nawet portret Reinharda (niezbyt udany zresztą, patrz w lewo). Jak toczył się ten romans, nie wiemy. Namalował jeden portret swojej rzekomej kochanki. 
Kolejny trop wskazuje na zastępcę Wernera Besta, Wilhelma Alberta. Ten wyzwał nawet Heydricha na pojedynek. Reinhard odrzucił jego wyzwanie i Albert musiał obejść się smakiem, najpewniej smakiem druzgoczącej porażki. Być może przez romans z Liną został pominięty, mimo swojego wysokiego stopnia, podczas przydziału stanowisk w RSHA. Jako ciekawostkę dodam, że był on później dowódcą policji w okupowanej Łodzi.
              Romanse państwa Heydrich nie umknęły również uwadze służby w Panenskich Brezanach. Helena Vovsova, w jednym z wywiadów opowiada, jakoby wszyscy potajemnie śmiali się z Heydrichów, którzy urządzali sobie awantury i doskonale wiedzieli o swoich pozamałżeńskich związkach (jak się okazało Helena Vovsova zdementowała jakoby dzieliła się z czeskimi mediami). 
              Lina miała również wykorzystywać zazdrość swojego męża do osiągania różnych celów i manipulowania nim. Stąd, by coś zyskać udawała, bądź w istocie flirtowała z różnymi mężczyznami. Bezradny Heydrich miał wówczas spełniać wszystkie jej zachcianki. Czy jednak taka broń zawsze robiła na nim wrażenie? Czy w końcu na to zobojętniał? Tego nie możemy być pewni. Reinhard natomiast zwierzał się swojemu adiutantowi, że bolą go wszelkie podejrzenia, jakie jego żona wysnuwa wobec niego. Schellenberg zdaje się potwierdzać wersję, że Heydrich odreagowywał swoje problemy w domu z innymi kobietami. Sama Lina przyznaje, że w ich małżeństwie zawsze były inne panie, milczenie kładzie za to, na fakt, że ona również nie była w stanie dochować małżeńskiej wierności.  Gdzie jednak leży prawda?

Na podstawie:
DAS SPIEL IST AUS - ARTHUR NEBE Glanz und Elend der deutschen Kriminalpolizei”
Robert Gerwarth „Hitler's Hangman”
Walter Schellenberg „Wspomnienia”
 Ilustracje z: Max Williams "Heydrich: The biography vol. I"

poniedziałek, 16 września 2013

Zgłoszenie na konkurs nr 1: Munakir - Janina Jasicka – zapomniana bohaterka

Pierwsze zgłoszenie na bestiowy konkurs.  
Karty historii od wieków zapisywane są dziejami mężczyzn i wojen, na których ginęli. Zarówno wielcy wodzowie, którym stawia się pomniki, jak i anonimowe masy żołnierzy, ginące pośród pól bitewnych oraz okopów, doświadczające okropieństw wojny, stanowią głównych bohaterów dziejów. To z ich perspektywy i przez ich biografie spogląda się na wszelkie konflikty zbrojne. Kobietom w tym zbrutalizowanym świecie wojennych doświadczeń przyszło pełnić rolę „pięknego dodatku do mężczyzny”, stanowiącym jedynie tło dramów rozgrywanych na liniach frontów. Kobietom w kontekście dziejów konfliktów zbrojnych i okupacji przypisuje się przede wszystkim bierną rolę matek, żon, sióstr czy córek ofiar wojennej rzeczywistości, które oczywiście czasem podejmowały się chwalebnej działalności charytatywnej, służby medycznej czy wstępując do konspiracji pełniły funkcje łączniczek. Jednak w powszechnej świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia, w działaniach podejmowanych przez kobiety podczas wojny i okupacji nie było nic heroicznego, ani wartego podkreślenia, gdyż wojna to męski świat bitew i potyczek. Tak też i spogląda się na losy kobiet podczas II wojny światowej oraz okupacji niemieckiej i sowieckiej na ziemiach polskich.
Na przekór tym stereotypom warte przybliżenia są niebanalne losy Janiny Jasickiej – jednej z bohaterek wystawy czasowej Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w 12 odsłonach, którą na przełomie 2011 i 2012 roku można było oglądać w Oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa - Fabryka Emalia Oskara Schindlera.
Niewątpliwie, niezwykle barwnym życiorysem Janiny Jasickiej oraz dziejami jej rodziny można by było obdzielić przynajmniej kilka osób lub też mógł stanowić scenariusz niejednego filmu. Jednak zanim przejdę do jej wojennych losów zacznę wszystko od początku.
Janina de domo Piątek przyszła na świat 19 października 1902 roku w Krakowie przy ul Długiej 27. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie robotniczej, lecz duży wpływ na jej przyszłe losy miały siostry zakonne ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. Szczególną uwagę na małą Janinę oraz jej trudną sytuację życiową zwróciła siostra Maria Popiel. To dzięki jej zabiegom, w 1908 roku przeniesiono Janinę do zakładu wychowawczego SS Szarytek, zaś wszelkie koszty związane z nauką ponosiła siostra Popiel. To dzięki jej wsparciu Janina uczyła się, najpierw prywatnie u SS Szarytek, u których skończyła pierwszą klasę. Później ukończyła cztery klasy w szkole ludowej im. Zbigniewa Oleśnickiego, a następnie szkołę wydziałową im. Zygmunta Krasińskiego.
W 1918 roku dostała się do Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Św. Rodziny, które mieściło się w Krakowie przy ul. Pędzichów 13. Szkoła ta przygotowywała do pracy nauczycielskiej w wiejskich szkołach ludowych oraz małych ośrodkach miejskich, zaś najlepsze uczennice wysyłano do Francji na naukę języka francuskiego. Poziom kształcenia był bardzo wysoki.
Janina kontynuując naukę w 1919 lub 1920 roku podjęła się pracy społecznej. Wówczas prowadziła sekretariat Polskiego Czerwonego Krzyża, który wspomagał polskich uchodźców ze Wschodu uciekających przed nawałą bolszewicką. Wkrótce też ukończyła Seminarium otrzymując dnia 21 czerwca 1922 roku świadectwo dojrzałości wraz z odznaczeniem. W związku ze znakomitymi wynikami w nauce, Janinie zaproponowano wyjazd – na koszt XX. Misjonarzy ze Zgromadzenia św. Wincentego a Paulo z Krakowa – do okręgu przemysłowego w Lille we Francji i objęcia tam posady nauczycielki w jednej z tamtejszych szkół dla Polonii. Niestety, rodzina nie pozwoliła na wyjazd córce.
To nie zraziło młodej Janiny. 14 października 1922 roku objęła posadę nauczycielki w Dłuopolu (pow. Nowy Targ), zaś od 1925 roku pracowała w 7-klasowej szkole powszechnej w Moszczenicy koło Rybnika. Na Śląsku zaangażowała się w pracę społeczną. Między innymi udzielała się w chórze nauczycielskim, w kółku dramatycznym, prowadziła wykłady z historii Polski w kopalni Emma w Rybniku, zorganizowała teatrzyk i chór dziecięcy, zaś co miesiąc organizowała wieczory literackie oraz zabawy w Wodzisławiu. Żeby było mało, zajmowała się problematyką germanizacji Polaków na Śląsku Cieszyńskim, organizując cykl referatów i odczytów poświęconych temu zagadnieniu. Z okazji Dnia Matki przygotowała spotkanie dla kobiet z Krakowa i Ślaska Cieszyńskiego, podczas którego wygłoszono referat Listy matek i do matek. W efekcie tego spotkania Janinie udało się zebrać liczne relacje, wspomnienia i pamiątki dotyczące zaborczych dziejów Śląska.
W 1928 roku zawarła związek małżeński z Józefem Jasickim, który przekreślił jej karierę nauczycielską na Śląsku, bowiem zgodnie z obowiązującym śląskim prawem nauczycielskim, zawód ten mogły sprawować jedynie panny.
W 1929 roku wraz z mężem przeniosła się do Bydgoszczy, gdzie Józef w Fabryce Cygar objął stanowisko wicedyrektora. Wkrótce na świat przyszedł ich syn – Jan. Niepodejmująca pracy zarobkowej Janina rzuciła się w wir działalności oświatowej i kulturalnej, rozdzielając czas między obowiązki młodej mamy, zajmując się dzieckiem i domem oraz działalnością społeczną. W poczuciu patriotyzmu, zaangażowana była mocno nie tylko w repolonizację tego miasta, ale też w walce o poprawę bytu środowiska robotniczego, z którego się wywodziła. Angażując bydgoskie środowisko lekarzy oraz pielęgniarek na terenie Bydgoskiej Fabryki Cygar założyła żłobek dla dzieci pracownic, gdzie dla przykładu przychodziła tam wraz ze swoim synkiem.
Do wiosny 1939 roku dla pracownic Fabryki Cygar oraz mieszkańców Bydgoszczy prowadziła bardzo szeroką działalność. Począwszy od wykładów, wycieczek, poprzez spotkania literackie oraz kursy gospodarcze, skończywszy na kursach przygotowawczych na wypadek wybuchu wojny, co do której nie miała żadnych złudzeń, jak też intencji wielu Niemców. Po przebyciu kursów obrony przeciwlotniczej, przeciwgazowej oraz ukończeniu kursu sanitarnego radziła kobietom jak należy się zachować na wypadek ataku gazowego, bombardowań oraz jak przetrwać trudy ewentualnej okupacji.
W czerwcu 1939 roku wobec narastającego zagrożenia wojny z Niemcami została zarządzona ewakuacja Fabryki do Łodzi. Wobec wyjazdu służbowego męża do Amsterdamu na głowie Janiny stanęła cała przeprowadzka. Zdecydowała się na wynajęcie mieszkania w domu przy dworcu kolejowym Łódź Kaliska, choć za sąsiadów miała Niemców, do których wobec doświadczeń ze Śląska oraz Bydgoszczy nie pałała szczególną sympatią. Jak wspominała: „W willi na parterze oprócz nas mieszkała Niemka z córką zajmujące dwa pokoje z kuchnią. Na I piętrze nad nami ulokował się gospodarz domu Niemiec z młodszą od siebie żoną, a dawną wychowawczynią dzieci po śmierci pierwszej żony. Po drugiej stronie syn – hitlerowiec – Beno”. Kierująca się przeczuciem rychłej wojny starła się przygotować rodzinę na czas okupacji. Przygotowała podręczne pakunki z najniezbędniejszymi rzeczami, magazynowała zapasy żywności.
Wkrótce wybuchła wojna. 1 września nad łódzkim niebem pojawiły się pierwsze niemieckie bombowce. Rozpoczęły się bombardowania. Luftwaffe z lubością ostrzeliwało obiekty cywilne – zaś zwłaszcza dworce kolejowe i pociągi z uchodźcami, gdzie kłębiły się tłumy ludzi, w tym kobiet i dzieci. Janina nie pozostała biernym świadkiem tego bestialstwa. Między innymi 1 września na dworcu Łódź Kaliska zorganizowała pomoc dla uchodźców ze zbombardowanego i ostrzelanego przez Luftwaffe pociągu jadącego z Pomorza. Zresztą i sam dworzec – mimo, że oznakowany dużymi czerwonymi krzyżami – stał się obiektem zrzutów bomb. Widok był przerażający, na ostrzelane pociągi ze zmasakrowanymi pasażerami, wjeżdżające na dworzec sypały się nieba śmiercionośne ładunki.
Wkrótce do miasta wkroczył Wehrmacht oraz pojawili się pierwsi polscy jeńcy, którym Jasicka niosła pomoc tylko jak umiała. Zorganizowała kilkudniową akcję dożywiania chlebem i kawą polskich żołnierzy przetrzymywanych przez Niemców na dworcu Łódź Kaliska. Próbowała także pomagać jeńcom przebywającym w przejściowych obozach w Łodzi i okolicach. Na marne. Niemcy odmawiali i nie zezwalali na takie działania. Również Janina musiała się uporać ze swoimi niemieckimi sąsiadami, którzy w momencie wybuchu wojny przestali się kryć ze swoją sympatiami względem Hitlera oraz ich rosnącą butą i arogancją.
Wraz z biegiem miesięcy okupacja niemiecka stawała się we znaki. Niemcy wprowadzali coraz bardziej surowe prawo, szerzył się terror. Każdy nieostrożny ruch, kaprys okupanta mógł się skończyć tragicznie. Społeczeństwo polskie zaczęto segregować, dzielić i prześladować, zwłaszcza inteligencję polską. Te represje oraz deportacje zaostrzyły się szczególnie po wcieleniu Łodzi do Kraju Warty. Objęto wtedy Polaków przymusowymi deportacjami do Generalnego Gubernatorstwa, które zaczęły się już w grudniu 1939 roku. Także i rodzinę Jasickich dotknęła ta tragedia. Na początku 1940 roku nakazano im pośpiesznie opuścić mieszkanie. W sumie mieli na to około 15 minut. Co gorsza okupant zakazał zabierania ze sobą niezbędnych rzeczy jak pościeli, sztućców oraz garnków, które miały pozostać dla nowych właścicieli – Niemców. Pozbawieni pracy i dachu nad głową w połowie 1940 roku Jasiccy uzyskali pozwolenie na przyjazd do rodzinnego Krakowa – stolicy GG. Tu sprowadzili się do domu rodziny Józefa, na ulicę Zarzecze.
Życie w okupowanym Krakowie nie należało ani do łatwego ani bezpiecznego. Jasickim przyszło żyć w małym domku rodzinnym jej męża. W sumie oprócz nich, w dwóch pokojach, kuchni i letnim pokoiku na poddaszu mieszkali jeszcze rodzice męża Janiny, jego dwie siostry, w tym jedna z mężem i dzieckiem.
Problemem było wyżywienie rodziny. Bez narażania się na niebezpieczeństwa niemożliwe było wyżywienie wszystkich z niemieckich kartek żywieniowych, które to oferowały małe i paskudne racje żywieniowe. Sytuację ratował częściowo przydomowy ogródek oraz ukrywane zboże w domu i żarna. Janina by zarobić i zdobyć żywność zajęła się przemytem żywności za co można było trafić w najlepszym przypadku do obozu lub zostać rozstrzelanym. Decydowała się na to by wczas rano na piechotę udawać się z Krakowa do oddalonej o ok. 20 km Skały. Tam wśród miejscowych chłopów z trudem usiłowała zdobyć mąkę, kaszę czy słoninę. Tego samego dnia objuczona kilkudziesięcioma kilogramami żywności wracała, również piechotą do Krakowa. Jednak to było ponad jej siły, zaś ryzyko trafienia do obozu zbyt duże. Tym bardziej, że miała męża i małego synka.
Później Janinie udało się wyrobić fałszywe dokumenty, dzięki którym starała się prowadzić własną działalność i handlować własnoręcznie szytymi torbami oraz pasmanterią. Mąż w tym samym czasie znalazł pracę w Warszawie, co wpłynęło pozytywnie na sytuację materialną rodziny. Jednak ta sielanka nie trwałą zbyt długo. Józef trafił do więzienia na Mokotowie. Groził mu obóz koncentracyjny. Janina w tym czasie skazana wyłącznie na siebie zajęła się domem, nauką Jana, zaś przy pomocy łapówek usiłowała wyciągnąć męża z więzienia, którego dzięki swojemu uporowi zwolniono w 1943 roku. Cała rodzina szczęśliwie ponownie wróciła do Krakowa.
Od 1943 roku Janina znalazła pracę w Ubezpieczalni Społecznej, gdzie była pielęgniarką. W tym samym czasie mąż wraz synem podjęli się pracy w fabryce Bata w Radomiu. W nowym miejscu pracy Janina szybko związała się z polskim podziemiem. Najpierw została sanitariuszką. Przyjmując pseudonim „Stara” wstąpiła do oddziału „Żelbet” będącego najsilniejszym zgrupowaniem partyzanckim AK w Krakowie. Współpracowała także z innym oddziałem AK „Harnasie”. Jako łączniczka przemycała między innymi broń dla ukrywających się oddziałów w mieście. Dzięki znakomitej znajomości języka niemieckiego, zimnej krwi, opanowaniu i niewiarygodnej pewności siebie była zdolna wyjść z największych opresji. Bez szwanku wychodziła z łapanek i obław. Spokojnie przechodziła wszelkie kontrole.
Rok 1945 przyniósł długo oczekiwane wyzwolenie, które zostało poprzedzone zaostrzonym terrorem niemieckim wobec mieszkańców Krakowa. Okupant groził między innymi tym, że Kraków zostanie wysadzony w powietrze razem z jego mieszkańcami, zaś niemal przed dzień wkroczenia do miasta wojsk radzieckich hitlerowcy w egzekucji na Dąbiu rozstrzelali kilkadziesiąt przypadkowych osób wziętych z łapanki.
Po wojnie nie zrezygnowała z działalności charytatywnej, naukowej i społecznej, którą w sposób znaczący utrudniła i uniemożliwiła wojna. Zajęła się między innymi pracą na rzecz ofiar terroru hitlerowskiego. Pomagała weterankom wojny i okupacji, więźniom obozów koncentracyjnych. Starała się także o upamiętnienie i utrwalenie w powszechnej pamięci wysiłku zbrojnego kobiet, które w historii Polski nie były dostrzegane ani doceniane. Zajmowała się między innymi opisywaniem losów weteranek powstania styczniowego. Do momentu swojej śmierci w 1978 roku wygłosiła ponad 150 referatów podejmujących takie zagadnienia jak zaangażowanie kobiet w powstaniu styczniowym, rola i udział kobiet w czynie zbrojnym w XIX i XX wieku, ich udział w tajnym nauczaniu i wielu innych obejmujących kwestie ruchu feministycznego oraz równouprawniana kobiet i mężczyzn.
Wobec oskarżeń wysuwanych przez władzę ludową wobec jej męża i syna (obaj aresztowani) za współpracę z „reakcyjnym podziemiem” oraz zarzutów o wrogiej działalności wobec ruchu robotniczego Jasicka na znak protestu zrezygnowała z pełnionych przez siebie funkcji i przeszła na emeryturę.
Do końca swoich dni zaangażowana w to co wierzyła, niosła pomoc dla innych zasłużonych Polek (m.in.: Helenie Mackiewicz, Pelagii Bednarskiej), nie tylko na niwie nauki polskiej, ale także oręża zbrojnego. Wychowana z jednej strony w duchu katolickim, zaś z drugiej wspierająca polski przedwojenny ruch feministyczny potrafiła połączyć – wydawało by się z dzisiejszego punktu widzenia niemożliwe do pogodzenia – dwa światy oparte na tradycyjnych wartościach i lewicowej wrażliwości wobec słabszego.

Na podstawie:
  • Archiwum Narodowe w Krakowie, Spuścizna Janiny Jasickiej, nr zespołu: 1340 / 0.
  • B. Czajecka, Janina Jasicka. Pamiętniki (wybór), [w]: Krakowski Rocznik Archiwalny, T. 2, Kraków 1996.
  • B. Łabno, J. Jasicki, Janina Jasicka [w]: „Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w dwunastu odsłonach”, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, 2011.

Reinhard Heydrich i Lina von Osten cz. I


           Bądźmy szczerzy, pisanie o Linie von Osten, później Heydrich, później Manninen nie jest dla mnie zbyt przyjemne. Podobnie jak pisanie o Himmlerze. Coś w tych dwóch osobach powoduje u mnie niemożność spłodzenia jakiegokolwiek artykuliku. Stąd dzisiejsza notka na Płowej rodzi się w okrutnych bólach.
           Lina von Osten urodziła się 14 czerwca 1911 roku na wyspie Fehmarn. Jej rodzina była zubożałą szlachtą. Jej ojciec był nauczycielem. Starszy brat, Jurgen był zatwardziałym nazistą i członkiem SA, Lina dzieliła z nim fascynacje polityczne i była zapatrzona w Hitlera jak w obrazek. Do tego miała sześć ciotek, o których opowiadała koleżankom ze swojej szkoły w Kilonii.
Jednak 6 grudnia 1930 roku młodziutka Lina, przygotowująca się do matury, nie miała ochoty żartować ze swojej rodziny. Przed balem organizowanym przez lokalny klub wioślarzy wystawił ją jej obiekt westchnień i wyglądało na to, że nigdzie nie wyjdzie. W końcu jednak za namową swojej koleżanki, z którą chodziła szukać pary cały dzień, udały się na bal z nadzieją znalezienia chłopca do tańca. Na szczęście Liny i nieszczęście milionów ludzkich istnień, do dziewcząt podeszło dwóch oficerów marynarki. Jeden z nich, niski i ciemnowłosy przedstawił się jako von Manstein, co zrobiło na Linie wrażenie, jako, że ona sama była "von", więc zaczęła się zastanawiać, co za "vonem" był drugi, wyższy i jasnowłosy mężczyzna. Ten jednak nie pochodził z żadnej rodziny z rodowodem i okazał się być Reinhardem Heydrichem.
              Po zabawie panowie odprowadzili damy do domu. Linie bardzo podobało się zachowanie Reinharda. Spotkali się powtórnie dwa dni później w Parku Hohenzollernów w Kilonii. Heydrich opowiadał dziewczynie o swojej rodzinie, głównie o matce. Potem zaczęły się zaloty w jego wykonaniu. Mówił, że chciał z Liną spędzić resztę życia. Otworzył się przed nią momentalnie, czego nie zwykł czynić przed nikim innym. Sama Lina przyznawała, że nie wyglądał na zakochanego. Bardziej na kogoś, kto bardzo desperacko szukał przyjaciela. I trzeba przyznać, że szukał w bardzo złym miejscu.
Park Hohenzollernów w Kilonii
               Lina po tym spotkaniu zaczęła o nim znacznie cieplej myśleć. W swoich wspomnieniach pisała, że całkiem ją to odmieniło. Nie mogła się doczekać tego, by znów zobaczyć się z Heydrichem. Umówili się na wyjście do teatru. Lina wyślizgnęła się niezbyt legalnie ze swojej bursy, by tylko spotkać się ze swoim ukochanym. Ten ubrał się w swój najlepszy, oficerski płaszcz, żeby wywrzeć na młodej damie pozytywne wrażenie. Wywarł spore, bo Lina nie zapamiętała nawet na czym wówczas byli w teatrze, za to roztkliwiała się jak pięknie wyglądali jako para, gdy wychodzili. Następnie Heydrich wziął ją do winiarni. Okazało się, że nie mają za bardzo o czym rozmawiać, po dramatycznych chwilach ciszy, Reinhard Heydrich wypalił: "Czy chcesz być moją żoną?". Lina zdziwiła się bardzo, wykręcała się, co ludzie powiedzą, co na to ojciec. Heydrich jednak nie ustępował i mówił, że nie chce żenić się z jej ojcem, ale z nią. Lina mówiła chwilę o swojej rodzinie i w końcu przystała na zaskakującą ofertę. Jak sama przyznała, że wtedy nie wiedziała, że oficerowie marynarki nie zarabiają kokosów, ale wydawało jej się, że to mężczyzna na odpowiedniej pozycji, z perspektywą na bycie admirałem. Te perspektywy jednak, przez głupotę Heydricha zostały zatarte, ale o tym w następnym odcinku.


Na podstawie "Muj zivot s Reinhardem" Lina Heydrich
Obrazki: Reinhard i Lina: http://bpkgate.picturemaxx.com/webgate_cms/ (dodatkowo tak jeśli chodzi o styl Heydricha warto przyjrzeć się "pięknemu" krawatowi w pepitkę)
Park Hohenzollernów: Max Williams "Heydrich" The Biography" vol. I

piątek, 13 września 2013

Schellenberg w opresji

Norwegia: Walter Schellenberg (drugi od lewej), Reinhard Heydrich  najwyższy w grupie
      Skoro już jestem przy Walterze Schellenbergu i opisałam jakże emocjonującą przygodę z zatrutym martini smutno byłoby tu nie przytoczyć historii, która wydarzyła się w Norwegii. Bohaterami dramatu, czyli rycerzem i damą w opresji będą oczywiście Reinhard Heydrich i Walter Schellenberg. Gościnnie wystąpi Josef Terboven, premier Norwegii z lat 1940-2 i norweski Komisarz Rzeszy. Przybliżmy najpierw odrobinę jego postać, zanim przejdziemy do rzeczy. Urodził się w niemieckim Essen. Był weteranem pierwszej wojny światowej, w której otrzymał Żelazny Krzyż. Studiował prawo. W Norwegii zamieszkał w rezydencji niegdyś należącej do norweskich królów i doskonale się bawił na swoim stanowisku. W przeciwieństwie do Norwegów. Terboven zorganizował obozy pracy i pragnął także utworzyć na terenie Norwegii pełnoprawny obóz koncentracyjny. Hitler był zachwycony akcjami swojego podwładnego, jednak te rzadko były doprowadzone do końca. Był znienawidzony przez Norwegów, a oliwy do ognia dolewały jeszcze jego wystawne imprezy, które Terboven urządzał na "swoim dworze". Świadkami jednej z nich byli: Walter Schellenberg i Reinhard Heydrich. Ten pierwszy opisał ją rzecz jasna w swoich "Wspomnieniach".
             Terboven zupełnie nie poważał ani Himmlera, ani Heydricha. W swojej pysze odpowiadał jedynie przed Hitlerem i obecność tandemu HH nie robiła na nim żadnego wrażenia. Dogadywał się za to świetnie z Göringiem. Schellenberg zauważa zresztą, że Terboven naśladował go we wszystkim. Podobnie zresztą nie jak Göring, Terboven nie wiedział kiedy należy spasować, a jego ulubioną rozrywką było picie i obserwowanie kto będzie w stanie opróżniać kieliszki w jego tempie. Wystawna uczta, szybko przerodziła się w popijawę. Walter dwukrotnie próbował wyjść z tej wątpliwej zabawy, jednak bezskutecznie. Sytuacja eskalowała do tego stopnia, że Terboven nakazał swoim sekretarkom nago jeździć na rowerach po sali. Schellenbergowi wymsknęło się nieopatrzne: "Niezły cyrk", zasłyszane przez gospodarza. Ten dopadł do Waltera i nakazał mu duszkiem wypić kufel piwa. Schellenberg odmówił wykręcając się złym stanem zdrowia. Rozgniewany Terboven próbował oblać Schellenberga trunkiem. Zapewne tak by się skończyło, ale dama w opresji została ocalona przez swojego rycerza. Heydrich unieruchomił Terbovena przytrzymując go. Walter podziękował swojemu szefowi i z wdziękiem Kopciuszka ulotnił się z bankietu.

Jako bonus interesujące zdjęcie przedstawiające Terbovena podczas pijatyki: http://www.jakobarvola.com/2012/05/29/det-fullkomne-fyllebildet/
Na podstawie "Wspomnień" Waltera Schellenberga

środa, 11 września 2013

Zatrute Martini- Rzecz o Walterze Schellenbergu i państwie Heydrich

Walter Schellenberg
        Opowieść o matrini, którą w swoich "Wspomnieniach" opisał Walter Schellenberg wydaje się być jedną z tych rzeczy, która idealnie pasuje do taniej powieści kryminalnej, czy tandetnego serialu o nazistach w stylu legendarnych "17 mgnień wiosny". Czy dawać jej wiarę? Czy traktować z przymrużeniem oka? A może to tylko fantastyczna historyjka, która miała uatrakcyjnić więzienną pisaninę Schellenberga? Musicie odpowiedzieć sobie na to pytanie sami.
       Małżeństwo Heydrichów często przechodziło przeróżne kryzysy, które udało się zażegnywać gdy skruszony Reinhard wracał do domu i najprawdopodobniej cierpliwie wysłuchiwał litanii swojej żony i obiecywał poprawę. Trzeba wiedzieć, że Linie doskwierała dosyć mocno samotność, mąż bowiem pracował całymi dniami, następnie oddawał się swoim pasjom i jeśli już miał czas to spędzał go z dziećmi, szczególnie z córeczką. Dodatkowo Heydrich nie stronił od towarzystwa innych kobiet i wpadał na "prywatne inspekcje" do swojego burdelu na podsłuchu, słynnego Salonu Kitty. Jak w tym wszystkim znalazł się Walter Schellenberg?
       Jeden z takich "kryzysów małżeńskich" miał być "intrygą" wymierzoną przeciwko niemu. Na Fehmarn, gdzie Heydrichowie mieli swój ukochany dom miała miejsce konferencja, na którą zaproszeni byli różni esesmani. Schellenberg nie opisuje dokładnie czego się ona tyczyła. Po jej zakończeniu Heydrich poleciał swoim bąkiem do Berlina, a Walter, jak gdyby nigdy nic, postanowił wykorzystać ostatni dzień swojego urlopu, by spędzić go na Fehrmarn. Po południu pani Heydrich poprosiła go o dosyć nietypową przysługę, przy której większość zdrowo myślących osób wzięłaby nogi za pas i wróciła do Berlina, żeby nie narazić się na gniew Płowej Bestii. Lina chciała pojechać na wycieczkę, nad Plönersee. Walter miał nieszczęście jej nie odmówić i wziął ją jeszcze na kawę. Podobno dyskutowali o sztuce. Tylko.
Lina i Reinhard
      Schellenberg po tej eskapadzie wrócił do Berlina. Przez cztery dni nic się nie działo, do momentu w którym Muller przekazał wiadomość od Heydricha, że mają iść w cywilu na miasto. "Na lumpy" jak to w zwyczaju mieli. Walter z rozbrajającą szczerością wyznaje, że nie wiedział wówczas zupełnie jaki dramat się kroi i przyjął zaproszenie bez namysłu, mimo tego, że wówczas nie był z Mullerem w dobrych stosunkach. Wówczas jednak, tu zacytuję bohatera naszej historii: "Jak to często bywa z ludźmi żyjącymi w wiecznym zagrożeniu, byłem przesądny i miałem nieprzyjemne przeczucia związane z tym wieczorem. Wkrótce jednak ustąpiły, bo Heydrich był niezwykle czarujący." Panowie przy drinku rozmawiali sobie o samolocie Reinharda w jednym z zapuszczonych barów przy Alexanderplatz. Muller podał martini. Nic nie wskazywało na to, co stanie się za chwilę.
     Muller zapytał wówczas Schellenberga, czy dobrze bawił się nad jeziorem. Walter szybko zreflektował o co chodzi widząc blednące oblicze Heydricha  i zapytał co ten chce wiedzieć o wycieczce. Reinhard wysyczał: "Wypił pan właśnie truciznę, która za sześć godzin może pana zabić. Jeśli powie mi pan zupełną i całkowitą prawdę, dostanie pan odtrutkę, ale chcę usłyszeć wszystko." Walter co prawda nie uwierzył, albo bardzo nie chciał uwierzyć w to, że został otruty i miał to za makabryczny żart, do którego Heydrich, zachowujący się cały czas śmiertelnie poważnie, był zdolny. Mimo braku wiary w ten kawał Schellenberg zeznaje, że jego serce chciało mu pęknąć. Zaczął zeznawać. Przerwał mu Muller, który zbulwersowany był faktem, że Walter pominął historię o piętnastominutowym spacerze, który miał miejsce podczas felernej wycieczki. Schellenberg kontynuował swoją opowieść. Heydrich zaś siedział w ciszy, nieruchomo jak sfinks, nawet, gdy Walter przestał mówić. W końcu wydusił z siebie: "Cóż, chyba muszę panu wierzyć, ale da mi pan słowo honoru, że nigdy nie spróbuje podobnej eskapady." Schellenberg zdenerwował się i protestował, że to słowo honoru to zwykłe wymuszenie i zrobił dość niemiłą uwagę do zaprzepaszczonej przez Heydricha kariery w marynarce. Mimo tego otrzymał upragnione antidotum w postaci wytrawnego martini. Walter pisał, że rzeczywiście miało ono dziwny smak. Po tym zajściu chciał się oddalić, jednak Heydrich nie brał takiej opcji pod uwagę i Schellenberg zmuszony został, by bawić się dalej. Jak zabawa się skończyła, niestety już nie wiemy.


Jak nietrudno się domyślić, tekst na podstawie "Wspomnień" pióra Waltera Schellenberga.
Zdjęcia: Lina i Reinhard : Max Williams "Heydrich: The Biography"
Walter Schellenberg: bundesarchiv

wtorek, 10 września 2013

Heydrich na WP


Link podesłała nam Absyntowa. Tradycyjnie już mowa jest o nieszczęsnej, czeskiej koronie... Czy kiedyś to się znudzi dziennikarzom, czy nie ma nic ciekawszego w postaci Heydricha, niż ta smętna urban legend? A poza tym w treści nihil novi sub Sole. Oczywiście trochę mrocznych epitetów i znów skupienie się jedynie na karierze w Protektoracie Czech i Moraw. I otwarty dach bo majowa pogoda? Przecież Heydrich nawet w ulewę jeździł z otwartym, bo cytując: "Jego głowa musiała pozostać chłodna". No, ale skoro już jest to dzielę się z wami linkiem:  http://facet.wp.pl/gid,15971880,img,15971955,kat,1034179,galeriazdjecie.html?T[page]=1
Ten dział "facet", jakoś wywołuje u mnie bardzo ironiczny uśmiech na twarzy. "Męsko".  A od komentarzy jak zwykle idzie umrzeć. Nie pierwszy, nie ostatni raz.  Ale coś jest na rzeczy, ostatnio Heydrich zaczyna wyskakiwać mi z lodówki, jak niegdyś miała to w zwyczaju robić Doda. Czy ma to związek z premierą Gerwartha po polsku, czy może  coś mnie ominęło?

Historia Alfreda Hasselberga

  
   Dzisiaj rozpocznę cykl, który nie będzie tak lekki i przyjemny jak dotychczasowe. Pojawią się tu opisy naprawdę strasznych zbrodni. Wszystkie wrażliwe osoby powinny czuć się teraz ostrzeżone. Temat, który poruszę, tj. historia i działania Einsatzgruppen, jest niezwykle ciężki do omówienia. Czemu? Otóż rozkazy kierowane do grup operacyjnych i zachowane dokumenty są niezwykle mętne. Z jednej strony mamy bowiem chęć do zatarcia śladów ich działalności, stąd mnóstwo enigmatycznego słownictwa używanego przez wydających im rozkazy Himmlera i Heydricha, z drugiej strony równie chorą chęć pochwalenia się ich skutecznością. To znowu zachęcanie do masowych mordów i własnej inicjatywy, przeplatane z oburzeniem samowoli tych oddziałów. Przykładem takiej niejednoznaczności jest zachowanie Himmlera, który jednego dnia skrytykował niszczenie synagog, by dwa dni później gratulować innemu oddziałowi egzekucji polskiej ludności. Również związek z Wehrmachtem nie jest jasny. I tu pragnę zaznaczyć, że wbrew bardzo popularnej teraz opinii, jakoby niemiecka armia nie dopuszczała się zbrodni i tylko ci paskudni esesmani byli fe, WH również dopuszczało się okropnych czynów, pięknie opisywanych jako tłumienie oporu ludności. Ciągłe były też spory o kompetencje dwóch powyższych. Często historycy nie są w stanie dociec, które z egzekucji przeprowadziły Einsatzgruppen, a które armia, a które paramilitarne jednostki. Stąd całość jest grząskim gruntem, z którego pomału będę wydobywać pojedyncze historie.
deportacja Żydów za San
   Zacząć chciałabym od osoby doktora Alfreda Hasselberga. Hasselberg urodził się w 1908 roku w Essen. Jak większość kardy w Einsatzgruppen z wykształcenia był prawnikiem. Z początku służył w SA, jednak w rok po Nocy Długich Noży wstąpił do SS, a konkretniej do gestapo. Był komendantem w Pile, w Dortmundzie i w końcu wylądował jako komendant SD w Lublinie. Nie zasiedział jednak tam długo, jako, że pozwalał sobie zbyt wiele nawet w kręgach tak zbrodniczych jak SS i komisarze z RSHA wszczęli przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne i przekazali go w ręce Wehrmachtu. Odtąd jego losy nie są mi znane. Wiadomo jedynie, że zmarł, bądź został zabity, również nie wiadomo we Frankfurcie nad Menem. Czemu jednak chcę przybliżyć wam tą osobę? Hasselberg był dowódcą oddziału EK 3/I, część składową Einsatzgruppe I dowodzonej przez Brunona Streckenbacha. Jego kariera w EG zaczęła się już w 1938 roku, w Sudetach. Stąd gdy wybuchła wojna, paru esesmanów, z którymi działał na terenie Czech i Moraw, powtórnie zostało przydzielonych pod jego "czułe skrzydła". Byli z tego powodu, delikatnie ujmując, niezadowoleni. Doktora Hasselberga bano się jak ognia. Był najgorszym typem sadysty. Znęcał się wybitnie nad ludnością ziem okupowanych i pozwalał sobie zdecydowanie na zbyt wiele, nawet jak na esesmana. W Siedlcach widząc więźniów złapanych podczas akcji odwetowej skomentował, że powinni nie żyć już na rynku. Jego podkomendni wpadali do domostw i rabowali co popadnie, dopuszczali się także gwałtów na Żydówkach, za co Hasselberg spotkał się co prawda z protestami komendantury wojskowej, jednak nie poprzestał na swoich okropnościach. Zaraz po tym wydarzeniu wygnali on 18 000 Żydów za rzekę San. Jednak nie to było głównym powodem, dla którego tak go nienawidzono. Podczas gdy on miał do swojej dyspozycji pokój, jego żołnierze spali na siennikach. Co więcej kazał im pełnić warty, co, dla jakże "dzielnych" morderców strzelających ludziom w potylice, było nieznośne. Strofował ich non stop, że nie nadają się do SS. Zakazał też urlopów, podczas gdy esesmani z innych jednostek mogli dwukrotnie wrócić do domu, ludzie Hasselberga tkwili na ziemiach okupowanych. Większość zaczynała chorować na wszelkiego rodzaju nerwice i wrzody żołądka. Warto przytoczyć tu także dokument z przesłuchania Fritza Liebla, członka jednostki Hasselberga:

"-Komisarz kryminalny Herzberger mówi, że pan, zapytany kiedyś przez niego o przygnębiony wygląd, oświadczył, że właśnie pan rozmawiał z dwoma kolegami na temat: co będzie, gdy wrócicie do ojczyzny, czy będziecie mogli pozbyć się zbrodniczych nawyków? Co pan rozumiał przez zbrodnicze nawyki?
Liebl:- Mówiąc "zbrodnicze nawyki" miałem na myśli częściowo rozstrzeliwania, częściowo także inne nieuzasadnione występki. Na postawie swojej działalności w Einsatzkommando Hasselberg doszedłem do wniosku, że tam ludzkie życie w ogóle nie miało wartości. W pierwszym okresie przeprowadzano pewną liczbę egzekucji bez wyroku sądu doraźnego. Później odnośne osoby stawiano przed sądem doraźnym, który skazywał je na śmierć. Ja osobiście czułem przede wszystkim wstręt do tego, jak te egzekucje się odbywały. Stracenie skazanych zawsze następowało przy pomocy strzału w potylicę z pistoletu?
-Czy zdarzało się, że skazani po pierwszym strzale jeszcze żyli?"
Liebl:- Tak jest. Oddawano wtedy kolejne strzały. Ludzie, którzy należeli do plutonu egzekucyjnego, byli w ogóle do takich przypadków nieprzygotowani. Moim zdaniem, istniała możliwość przekazywania tych ludzi do wykonania Wehrmachtowi bądź schupo. Moim zdaniem, przynajmniej powinno się było pokazać ludziom, jak się rozstrzeliwuje, a nie żeby zupełnie przypadkowo strzelać w kark, tak, że śmierć, jak już mówiłem, nie występuje natychmiast. W jednym przypadku byłem obecny przy egzekucji, kiedy osobiście zastrzeliłem jednego ze skazanych. Najpierw stałem obok i gdy strzały zostały oddane, a ci skazani wpadli do dołu, zauważyłam, że jedna osoba w ogóle nie została trafiona, ale już wpadła do rowu- widocznie ze strachu. Zastrzeliłem potem tę osobę, z góry, mianowicie strzeliłem w tył głowy."

         Sam Hasselberg obecny był jedynie przy jednej egzekucji. Lubił za to, gdy opowiadano mu o nich. Pytał "Ktoś tam jeszcze dycha?". Wyrok śmierci dał do odśpiewania żydowskiemu tenorowi. Coraz więcej ludzi z własnego oddziału mówiło, że powinien zginąć. Esesmani pod jego auspicjami zaczynali popadać w coraz większe przygnębienie i agresję. Symulowali choroby, by zostać czym prędzej przepustkę. Popadali w alkoholizm. Jednak to nie los Żydów czy Polaków poruszał esesmanów. Rozpacz sięgnęła apogeum, kiedy Hasselberg znęcał się nad psem, angielskim seterem, którego wcześniej zabrał żydowskiemu właścicielowi. Mordy i znęcanie się nad ludźmi były oczywiście godne pochwały.
       Wybryki Hasselberga nie mogły umknąć czujnemu Heydrichowi. Choć Reinhard cenił go za "oddanie sprawie" to jednak jego nadużycia względem własnych ludzi doprowadziły do wszczęcia przeciw niemu postępowania dyscyplinarnego. Chociaż 21.09.1939 Hasselberg został mianowany przez Heydricha komendantem SD w Lublinie to nie cieszył się długo posadą. Jako, że wykazał "ludzką słabość", Heydrich zażądał wobec tego dowodu na czystość rasową oskarżonego, a także badanie mające dowieść, czy Hasselberg nie miał kogoś psychicznie chorego w rodzinie. Dochodzenie zostało jednak zaniechane. Sam Heydrich wyraził "najwyższą dezaprobatę", jako, że zachowanie Hasselberga wobec kolegów i podwładnych nie spełniało wymagań jakie Reinhard stawiał dowódcy EK. Hasselberg dobrowolnie oddał się do dyspozycji Wehrmachtu. Jak wspominałam, zmarł w 1950 roku we Frankfurcie nad Menem, nie był sądzony.


Na podstawie:
Jochen Böhler, Klaus-Michael Mallmann, Jürgen Matthäus: Einsatzgruppen w Polsce. Warszawa: Bellona, 2009
http://www.deathcamps.org/occupation/einsatzkommandos.htm
http://de.wikipedia.org/wiki/Alfred_Hasselberg

poniedziałek, 9 września 2013

Robert Gerwarth - Kat Hitlera- Wersja polska, recenzja


No to zabrałam się dziś za lekturę dobrze mi już znaną, miałam bowiem okazję męczyć "Hitler's Hangmana" w dwóch językach i po angielsku jak najbardziej na plus, po czesku na minus. Jako, że pod koniec sierpnia w końcu i polski czytelnik może sięgnąć po jakąkolwiek rzetelną książkę o Heydrichu to zrobię krótką quasi-recenzję dla wersji polskiej. Tłumaczenie jest przyjemne, porównałam na kolanie moje ulubione fragmenty i nic mi nie zgrzyta. To wyczyn, bowiem biografia Deschnera, przy całej swojej miodności, jest przetłumaczona fatalnie, że momentami chce się krzyczeć, a z tego co wiem, to raczej nie doczekamy się kolejnego wydania, a szkoda. Na szczęście "Kat Hitlera" trochę nam to rekompensuje. Jedynie ukuło mnie w oczy nazywanie od czasu do czasu Heydricha Protektorem, a nie Zastępcą Protektora, ale oryginał również cierpiał na tą małą przypadłość. Podobnie z niechlujstwem w wykonaniu korekty gdzie Reinhard momentami jest Reinhardtem (ał), albo co gorsze w jednym miejscu Reinchardem (sic!). Tak jak już wspominałam recenzując wersję angielską: Książka jest generalnie dobra, tylko czasami autor skacze sobie za daleko od Heydricha. Jednak o dziwo, te fragmenty, które przeszkadzały mi w wersji angielskiej brzmią jakoś lepiej po polsku i jest zdecydowanie bardziej strawnie, niż w oryginale. Być może jest to winą moich niskich kompetencji językowych, albo zwykłego nudziarstwa Gerwartha. Co do treści jestem usatysfakcjonowana, tak więc: błagam, naprawdę, nie wydawajcie pieniędzy na wszystkie możliwe "Twarze zła", "HHhH" i "Posłańców Śmierci", macie teraz świetną okazję, by kupić (lub wygrać u mnie, wink) dobrą, rzetelną książkę, bez kwiatków w stylu: Heydrich rzucającego monetami w półnagie panienki, by te się o to biły. Jeśli interesują was fakty, a nie fantasy, po prostu zaopatrzcie się w "Kata Hitlera". Bibliografia jest potężna i zajmuje sporą część książki, tak więc autor nie brał rzeczy z powietrza. A przeczytacie tam o wszystkim, co już poruszyłam i o tym, czego jeszcze nie tknęłam. Tak więc będzie i ulubieniec tłumu Wolfgang Heindorf i jego żona, wyczyny szermierskie i lotnicze Heydricha, rzecz jasna dużo i szeroko o jego zbrodniach. Czy czegoś więcej nam do szczęścia trzeba? Nie sądzę. Gerwarth i uzupełnienie tego Deschnerem, bądź na odwrót daje wam naprawdę potężną i szeroką wiedzę na temat postaci Heydricha. Niestety jak pisałam wcześniej, Gerwarth odchodzi momentami za daleko i wydaje mi się, że przy Protektoracie Czech i Moraw autor powinien więcej pisać o samym Heydrichu, bo tak nie do końca wiemy co się wtedy z nim działo i dlaczego. Osobiście czułam pod tym względem niedosyt. Podobnie miało się to w opisach kampanii wrześniowej i Einsatzgruppen.
Teraz co do oprawy graficznej, skoro już posłodziłam. Za 50 zł to co otrzymałam to trochę skandal. Miękka oprawa i papier z recyklingu. W dodatku chociaż zdjęcia mogłyby być na kredowym, jak w oryginale, ale nie, też są na miękkim. Trochę to smutne. Moja angielska wersja była o 10 zł droższa (bez wysyłki, ale w polskiej też nie liczę wysyłki) za większy format, lepszy papier i twardą okładkę.. Nie czepiam się tu wydawnictwa, wiem jaka jest sytuacja z VAT-em i innymi przyjemnościami, ale bądźmy szczerzy: otwierając paczkę miałam wielce nietęgą minę i moją pierwszą myślą było "God, no! Żeby tylko nie była jakaś skrócona, jak Deschner (tak w polskim Deschnerze brakuje paru zdań, lost in translation...)" Z tego co widzę nie jest. Jedyne co przemawia na plus polskiej pod względem wizualnym jest ładniejszy photoshop na heydrichowej twarzy, która jest wyraźniejsza. Na angielskiej za to wygląda jakby od dawna nie brał Rutinoscorbinu. Tak więc jeszcze raz gorąco zachęcam do nabycia jednego egzemplarza dla siebie, jak sami widzicie u dołu moich notek, często do tej książki się odwołuje, więc sporo jej zawdzięczam i zapewniam, że Wy również będziecie.

Moja recenzja wersji angielskiej: http://plowabestia.blogspot.com/2013/04/hitlers-hangman-life-of-heydrich-r.html

piątek, 6 września 2013

Płowy Konkurs

Na Płowej dziś nietypowy konkurs. Stawką jest nowiutki egzemplarz książki Roberta Gerwatha pt. "Kat Hitlera". Co zrobić by wygrać?

Zadanie do prostych nie należy, jednak uważam, że warto i dobrze jest zmotywować kogoś do eksplorowania. Należy opisać historię jakiegoś zapomnianego miejsca, w okolicy, którą znacie, lub, w której mieszkacie, związanego z drugą wojną światową. Chodzi o to, żeby wasz artykulik oddał należytą pamięć jakiemuś wydarzeniu, które pokrył kurz i zwrócił uwagę ludzi. Możecie się tu wzorować trochę na moim tekście o Lućmierzu. Co za miejsce możecie więc wybrać? Pole bitwy, miejsce egzekucji, stary cmentarz, mało znany obóz, bądź jego filia. Możliwości jest naprawdę wiele, a przy obecnym stanie większości tego typu miejsc pamięci Wasza praca na pewno będzie krokiem naprzód by uchronić je od zapomnienia.
Zgłoszenia nadsyłajcie na dextellamagna@gmail.com Oprócz tego napiszcie jak chcecie być opisani, czy imieniem i nazwiskiem, czy nickiem. Wasze teksty opublikuję na Płowej Bestii. Deadline do końca września. 1 października wybiorę najlepszy z nich i nagrodzę go książką. Tak więc do dzieła! Powodzenia.

czwartek, 5 września 2013

Poglądy polityczne młodego Heydricha

          To jedna z ciekawszych spraw do roztrząsania prócz jego poglądów religijnych, którym już wcześniej mieliśmy okazję się przyjrzeć. Wśród ludzi panuje przekonanie, że nienawistne spojrzenie na świat i antysemityzm były wrodzonymi cechami wszystkich nazistowskich dygnitarzy. O ile naprawdę nie wiem jak to się miało z innymi, to przykład Heydricha zdaje się temu przeczyć. Jak wspominałam Heydrich urodził się w katolickiej i dość konserwatywnej rodzinie. Czy jednak panowała tam atmosfera jakiegoś zajadłego antysemityzmu? Bruno Heydrich wcielał się przecież na zabawach w Żyda, wynajmował też swoją piwnicę żydowskiemu biznesmenowi, no i rzecz jasna przyjaźnił się z kantorem, z którego synem bawił się też mały Reinhard. Z drugiej jednak strony oburzały, zarówno Heydricha seniora jak i juniora, oskarżenia o to, że mają żydowskie korzenie.
        Sam Bruno określał swoje poglądy jako liberalno-narodowe (ciekawy miks) i pozostawał wierny koronie. Przerażała go wizja bolszewickiej Europy. Rozgoryczony przegraną wojną wstąpił w 1919 roku do DNVP, anty-demokratycznej partii oddanej monarchii. Reinhard miał wówczas czternaście lat, jednak wojna i krwawe zamieszki jakie ogarnęły Halle na pewno miały wpływ na jego postrzeganie świata.  W rodzinnym mieście miały miejsce największe robotnicze strajki. Komuniści opanowywały kolejne dzielnice, z drugiej strony odbijał je Georg Maercker i jego Freikorpsy. Sytuacja najogólniej była niewesoła i artystyczna rodzina Heydrichów znalazła się w środku tygla, który zbierał coraz to nowe ofiary. Reinhard często powoływał się na te wydarzenia już będąc w SS. Ojciec i on wstąpili bowiem do obrony cywilnej, ale nikt nie traktował ich serio. Brunona niemalże odesłano do domu, a Reinhard przez dwa tygodnie rozsyłał listy. Jak każdy młody chłopak liczył on na przygodę i jeszcze potem chwalił się kolegom swoim za dużym hełmem i mundurem. Nie ma jednak absolutnie żadnych dowodów na to, że Reinhard brał udział w jakichkolwiek walkach. Podobnie wszelakie dokumenty świadczące o członkostwach w różnych politycznych partiach tajemniczo zaginęły, jeżeli w ogóle istniały (być może nazmyślał on żeby zrobić wrażenie na partyjnych towarzyszach, co byłoby bardzo w jego stylu). Zachowało się jedynie zaproszenie skierowane do młodego Heydricha z organizacji "Zakon Krzyżacki". Reinhard był podobno na jednym spotkaniu tej rasistowskiej grupki, jednak na zaproszenie nie odpowiedział, ani nie pojawił się tam jeszcze raz. Jednak świadczyć to może o tym, że już w młodym wieku zaczynały wykształcać się u niego prawicowe poglądy.
       Zupełnie inne spojrzenie dają na to relacje Liny Heydrich i kolegów Reinharda z marynarki. Ta pierwsza pisała: "Politycznie był kompletnie zagubiony i niezorientowany. Traktował wszystkie partie, wliczając NSDAP z pogardą. Polityka jawiła się w jego oczach jako wulgarność. Zachowywał się jak snob, stawiając swoją karierę w marynarce na pierwszym miejscu. Nic poza nią się nie liczyło.". Koledzy za to byli zawiedzeni, gdy Heydrich kompletnie nie był zainteresowany głośną sprawą zamordowania Rathenaua, czy okupacją Ruhry. Hans Rehm, jego znajomy stwierdził, że Heydrich był uznawany przez kadetów za liberała. Był to kolejny powód do tego, by nim gardzić.
      Poznanie Liny von Osten zdecydowanie zmieniło w nim wiele. Jednak o tym jak młoda nazistka oczarowała raczej politycznie biernego Heydricha napiszę kiedy indziej.


Na podstawie:
R. Gerwarth; Hitlers Hangman
G. Deschner tłum.M. Ilgmann; Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej  
L. Heydrich  Můj život s Reinhardem