poniedziałek, 16 września 2013

Zgłoszenie na konkurs nr 1: Munakir - Janina Jasicka – zapomniana bohaterka

Pierwsze zgłoszenie na bestiowy konkurs.  
Karty historii od wieków zapisywane są dziejami mężczyzn i wojen, na których ginęli. Zarówno wielcy wodzowie, którym stawia się pomniki, jak i anonimowe masy żołnierzy, ginące pośród pól bitewnych oraz okopów, doświadczające okropieństw wojny, stanowią głównych bohaterów dziejów. To z ich perspektywy i przez ich biografie spogląda się na wszelkie konflikty zbrojne. Kobietom w tym zbrutalizowanym świecie wojennych doświadczeń przyszło pełnić rolę „pięknego dodatku do mężczyzny”, stanowiącym jedynie tło dramów rozgrywanych na liniach frontów. Kobietom w kontekście dziejów konfliktów zbrojnych i okupacji przypisuje się przede wszystkim bierną rolę matek, żon, sióstr czy córek ofiar wojennej rzeczywistości, które oczywiście czasem podejmowały się chwalebnej działalności charytatywnej, służby medycznej czy wstępując do konspiracji pełniły funkcje łączniczek. Jednak w powszechnej świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia, w działaniach podejmowanych przez kobiety podczas wojny i okupacji nie było nic heroicznego, ani wartego podkreślenia, gdyż wojna to męski świat bitew i potyczek. Tak też i spogląda się na losy kobiet podczas II wojny światowej oraz okupacji niemieckiej i sowieckiej na ziemiach polskich.
Na przekór tym stereotypom warte przybliżenia są niebanalne losy Janiny Jasickiej – jednej z bohaterek wystawy czasowej Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w 12 odsłonach, którą na przełomie 2011 i 2012 roku można było oglądać w Oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa - Fabryka Emalia Oskara Schindlera.
Niewątpliwie, niezwykle barwnym życiorysem Janiny Jasickiej oraz dziejami jej rodziny można by było obdzielić przynajmniej kilka osób lub też mógł stanowić scenariusz niejednego filmu. Jednak zanim przejdę do jej wojennych losów zacznę wszystko od początku.
Janina de domo Piątek przyszła na świat 19 października 1902 roku w Krakowie przy ul Długiej 27. Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie robotniczej, lecz duży wpływ na jej przyszłe losy miały siostry zakonne ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. Szczególną uwagę na małą Janinę oraz jej trudną sytuację życiową zwróciła siostra Maria Popiel. To dzięki jej zabiegom, w 1908 roku przeniesiono Janinę do zakładu wychowawczego SS Szarytek, zaś wszelkie koszty związane z nauką ponosiła siostra Popiel. To dzięki jej wsparciu Janina uczyła się, najpierw prywatnie u SS Szarytek, u których skończyła pierwszą klasę. Później ukończyła cztery klasy w szkole ludowej im. Zbigniewa Oleśnickiego, a następnie szkołę wydziałową im. Zygmunta Krasińskiego.
W 1918 roku dostała się do Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Św. Rodziny, które mieściło się w Krakowie przy ul. Pędzichów 13. Szkoła ta przygotowywała do pracy nauczycielskiej w wiejskich szkołach ludowych oraz małych ośrodkach miejskich, zaś najlepsze uczennice wysyłano do Francji na naukę języka francuskiego. Poziom kształcenia był bardzo wysoki.
Janina kontynuując naukę w 1919 lub 1920 roku podjęła się pracy społecznej. Wówczas prowadziła sekretariat Polskiego Czerwonego Krzyża, który wspomagał polskich uchodźców ze Wschodu uciekających przed nawałą bolszewicką. Wkrótce też ukończyła Seminarium otrzymując dnia 21 czerwca 1922 roku świadectwo dojrzałości wraz z odznaczeniem. W związku ze znakomitymi wynikami w nauce, Janinie zaproponowano wyjazd – na koszt XX. Misjonarzy ze Zgromadzenia św. Wincentego a Paulo z Krakowa – do okręgu przemysłowego w Lille we Francji i objęcia tam posady nauczycielki w jednej z tamtejszych szkół dla Polonii. Niestety, rodzina nie pozwoliła na wyjazd córce.
To nie zraziło młodej Janiny. 14 października 1922 roku objęła posadę nauczycielki w Dłuopolu (pow. Nowy Targ), zaś od 1925 roku pracowała w 7-klasowej szkole powszechnej w Moszczenicy koło Rybnika. Na Śląsku zaangażowała się w pracę społeczną. Między innymi udzielała się w chórze nauczycielskim, w kółku dramatycznym, prowadziła wykłady z historii Polski w kopalni Emma w Rybniku, zorganizowała teatrzyk i chór dziecięcy, zaś co miesiąc organizowała wieczory literackie oraz zabawy w Wodzisławiu. Żeby było mało, zajmowała się problematyką germanizacji Polaków na Śląsku Cieszyńskim, organizując cykl referatów i odczytów poświęconych temu zagadnieniu. Z okazji Dnia Matki przygotowała spotkanie dla kobiet z Krakowa i Ślaska Cieszyńskiego, podczas którego wygłoszono referat Listy matek i do matek. W efekcie tego spotkania Janinie udało się zebrać liczne relacje, wspomnienia i pamiątki dotyczące zaborczych dziejów Śląska.
W 1928 roku zawarła związek małżeński z Józefem Jasickim, który przekreślił jej karierę nauczycielską na Śląsku, bowiem zgodnie z obowiązującym śląskim prawem nauczycielskim, zawód ten mogły sprawować jedynie panny.
W 1929 roku wraz z mężem przeniosła się do Bydgoszczy, gdzie Józef w Fabryce Cygar objął stanowisko wicedyrektora. Wkrótce na świat przyszedł ich syn – Jan. Niepodejmująca pracy zarobkowej Janina rzuciła się w wir działalności oświatowej i kulturalnej, rozdzielając czas między obowiązki młodej mamy, zajmując się dzieckiem i domem oraz działalnością społeczną. W poczuciu patriotyzmu, zaangażowana była mocno nie tylko w repolonizację tego miasta, ale też w walce o poprawę bytu środowiska robotniczego, z którego się wywodziła. Angażując bydgoskie środowisko lekarzy oraz pielęgniarek na terenie Bydgoskiej Fabryki Cygar założyła żłobek dla dzieci pracownic, gdzie dla przykładu przychodziła tam wraz ze swoim synkiem.
Do wiosny 1939 roku dla pracownic Fabryki Cygar oraz mieszkańców Bydgoszczy prowadziła bardzo szeroką działalność. Począwszy od wykładów, wycieczek, poprzez spotkania literackie oraz kursy gospodarcze, skończywszy na kursach przygotowawczych na wypadek wybuchu wojny, co do której nie miała żadnych złudzeń, jak też intencji wielu Niemców. Po przebyciu kursów obrony przeciwlotniczej, przeciwgazowej oraz ukończeniu kursu sanitarnego radziła kobietom jak należy się zachować na wypadek ataku gazowego, bombardowań oraz jak przetrwać trudy ewentualnej okupacji.
W czerwcu 1939 roku wobec narastającego zagrożenia wojny z Niemcami została zarządzona ewakuacja Fabryki do Łodzi. Wobec wyjazdu służbowego męża do Amsterdamu na głowie Janiny stanęła cała przeprowadzka. Zdecydowała się na wynajęcie mieszkania w domu przy dworcu kolejowym Łódź Kaliska, choć za sąsiadów miała Niemców, do których wobec doświadczeń ze Śląska oraz Bydgoszczy nie pałała szczególną sympatią. Jak wspominała: „W willi na parterze oprócz nas mieszkała Niemka z córką zajmujące dwa pokoje z kuchnią. Na I piętrze nad nami ulokował się gospodarz domu Niemiec z młodszą od siebie żoną, a dawną wychowawczynią dzieci po śmierci pierwszej żony. Po drugiej stronie syn – hitlerowiec – Beno”. Kierująca się przeczuciem rychłej wojny starła się przygotować rodzinę na czas okupacji. Przygotowała podręczne pakunki z najniezbędniejszymi rzeczami, magazynowała zapasy żywności.
Wkrótce wybuchła wojna. 1 września nad łódzkim niebem pojawiły się pierwsze niemieckie bombowce. Rozpoczęły się bombardowania. Luftwaffe z lubością ostrzeliwało obiekty cywilne – zaś zwłaszcza dworce kolejowe i pociągi z uchodźcami, gdzie kłębiły się tłumy ludzi, w tym kobiet i dzieci. Janina nie pozostała biernym świadkiem tego bestialstwa. Między innymi 1 września na dworcu Łódź Kaliska zorganizowała pomoc dla uchodźców ze zbombardowanego i ostrzelanego przez Luftwaffe pociągu jadącego z Pomorza. Zresztą i sam dworzec – mimo, że oznakowany dużymi czerwonymi krzyżami – stał się obiektem zrzutów bomb. Widok był przerażający, na ostrzelane pociągi ze zmasakrowanymi pasażerami, wjeżdżające na dworzec sypały się nieba śmiercionośne ładunki.
Wkrótce do miasta wkroczył Wehrmacht oraz pojawili się pierwsi polscy jeńcy, którym Jasicka niosła pomoc tylko jak umiała. Zorganizowała kilkudniową akcję dożywiania chlebem i kawą polskich żołnierzy przetrzymywanych przez Niemców na dworcu Łódź Kaliska. Próbowała także pomagać jeńcom przebywającym w przejściowych obozach w Łodzi i okolicach. Na marne. Niemcy odmawiali i nie zezwalali na takie działania. Również Janina musiała się uporać ze swoimi niemieckimi sąsiadami, którzy w momencie wybuchu wojny przestali się kryć ze swoją sympatiami względem Hitlera oraz ich rosnącą butą i arogancją.
Wraz z biegiem miesięcy okupacja niemiecka stawała się we znaki. Niemcy wprowadzali coraz bardziej surowe prawo, szerzył się terror. Każdy nieostrożny ruch, kaprys okupanta mógł się skończyć tragicznie. Społeczeństwo polskie zaczęto segregować, dzielić i prześladować, zwłaszcza inteligencję polską. Te represje oraz deportacje zaostrzyły się szczególnie po wcieleniu Łodzi do Kraju Warty. Objęto wtedy Polaków przymusowymi deportacjami do Generalnego Gubernatorstwa, które zaczęły się już w grudniu 1939 roku. Także i rodzinę Jasickich dotknęła ta tragedia. Na początku 1940 roku nakazano im pośpiesznie opuścić mieszkanie. W sumie mieli na to około 15 minut. Co gorsza okupant zakazał zabierania ze sobą niezbędnych rzeczy jak pościeli, sztućców oraz garnków, które miały pozostać dla nowych właścicieli – Niemców. Pozbawieni pracy i dachu nad głową w połowie 1940 roku Jasiccy uzyskali pozwolenie na przyjazd do rodzinnego Krakowa – stolicy GG. Tu sprowadzili się do domu rodziny Józefa, na ulicę Zarzecze.
Życie w okupowanym Krakowie nie należało ani do łatwego ani bezpiecznego. Jasickim przyszło żyć w małym domku rodzinnym jej męża. W sumie oprócz nich, w dwóch pokojach, kuchni i letnim pokoiku na poddaszu mieszkali jeszcze rodzice męża Janiny, jego dwie siostry, w tym jedna z mężem i dzieckiem.
Problemem było wyżywienie rodziny. Bez narażania się na niebezpieczeństwa niemożliwe było wyżywienie wszystkich z niemieckich kartek żywieniowych, które to oferowały małe i paskudne racje żywieniowe. Sytuację ratował częściowo przydomowy ogródek oraz ukrywane zboże w domu i żarna. Janina by zarobić i zdobyć żywność zajęła się przemytem żywności za co można było trafić w najlepszym przypadku do obozu lub zostać rozstrzelanym. Decydowała się na to by wczas rano na piechotę udawać się z Krakowa do oddalonej o ok. 20 km Skały. Tam wśród miejscowych chłopów z trudem usiłowała zdobyć mąkę, kaszę czy słoninę. Tego samego dnia objuczona kilkudziesięcioma kilogramami żywności wracała, również piechotą do Krakowa. Jednak to było ponad jej siły, zaś ryzyko trafienia do obozu zbyt duże. Tym bardziej, że miała męża i małego synka.
Później Janinie udało się wyrobić fałszywe dokumenty, dzięki którym starała się prowadzić własną działalność i handlować własnoręcznie szytymi torbami oraz pasmanterią. Mąż w tym samym czasie znalazł pracę w Warszawie, co wpłynęło pozytywnie na sytuację materialną rodziny. Jednak ta sielanka nie trwałą zbyt długo. Józef trafił do więzienia na Mokotowie. Groził mu obóz koncentracyjny. Janina w tym czasie skazana wyłącznie na siebie zajęła się domem, nauką Jana, zaś przy pomocy łapówek usiłowała wyciągnąć męża z więzienia, którego dzięki swojemu uporowi zwolniono w 1943 roku. Cała rodzina szczęśliwie ponownie wróciła do Krakowa.
Od 1943 roku Janina znalazła pracę w Ubezpieczalni Społecznej, gdzie była pielęgniarką. W tym samym czasie mąż wraz synem podjęli się pracy w fabryce Bata w Radomiu. W nowym miejscu pracy Janina szybko związała się z polskim podziemiem. Najpierw została sanitariuszką. Przyjmując pseudonim „Stara” wstąpiła do oddziału „Żelbet” będącego najsilniejszym zgrupowaniem partyzanckim AK w Krakowie. Współpracowała także z innym oddziałem AK „Harnasie”. Jako łączniczka przemycała między innymi broń dla ukrywających się oddziałów w mieście. Dzięki znakomitej znajomości języka niemieckiego, zimnej krwi, opanowaniu i niewiarygodnej pewności siebie była zdolna wyjść z największych opresji. Bez szwanku wychodziła z łapanek i obław. Spokojnie przechodziła wszelkie kontrole.
Rok 1945 przyniósł długo oczekiwane wyzwolenie, które zostało poprzedzone zaostrzonym terrorem niemieckim wobec mieszkańców Krakowa. Okupant groził między innymi tym, że Kraków zostanie wysadzony w powietrze razem z jego mieszkańcami, zaś niemal przed dzień wkroczenia do miasta wojsk radzieckich hitlerowcy w egzekucji na Dąbiu rozstrzelali kilkadziesiąt przypadkowych osób wziętych z łapanki.
Po wojnie nie zrezygnowała z działalności charytatywnej, naukowej i społecznej, którą w sposób znaczący utrudniła i uniemożliwiła wojna. Zajęła się między innymi pracą na rzecz ofiar terroru hitlerowskiego. Pomagała weterankom wojny i okupacji, więźniom obozów koncentracyjnych. Starała się także o upamiętnienie i utrwalenie w powszechnej pamięci wysiłku zbrojnego kobiet, które w historii Polski nie były dostrzegane ani doceniane. Zajmowała się między innymi opisywaniem losów weteranek powstania styczniowego. Do momentu swojej śmierci w 1978 roku wygłosiła ponad 150 referatów podejmujących takie zagadnienia jak zaangażowanie kobiet w powstaniu styczniowym, rola i udział kobiet w czynie zbrojnym w XIX i XX wieku, ich udział w tajnym nauczaniu i wielu innych obejmujących kwestie ruchu feministycznego oraz równouprawniana kobiet i mężczyzn.
Wobec oskarżeń wysuwanych przez władzę ludową wobec jej męża i syna (obaj aresztowani) za współpracę z „reakcyjnym podziemiem” oraz zarzutów o wrogiej działalności wobec ruchu robotniczego Jasicka na znak protestu zrezygnowała z pełnionych przez siebie funkcji i przeszła na emeryturę.
Do końca swoich dni zaangażowana w to co wierzyła, niosła pomoc dla innych zasłużonych Polek (m.in.: Helenie Mackiewicz, Pelagii Bednarskiej), nie tylko na niwie nauki polskiej, ale także oręża zbrojnego. Wychowana z jednej strony w duchu katolickim, zaś z drugiej wspierająca polski przedwojenny ruch feministyczny potrafiła połączyć – wydawało by się z dzisiejszego punktu widzenia niemożliwe do pogodzenia – dwa światy oparte na tradycyjnych wartościach i lewicowej wrażliwości wobec słabszego.

Na podstawie:
  • Archiwum Narodowe w Krakowie, Spuścizna Janiny Jasickiej, nr zespołu: 1340 / 0.
  • B. Czajecka, Janina Jasicka. Pamiętniki (wybór), [w]: Krakowski Rocznik Archiwalny, T. 2, Kraków 1996.
  • B. Łabno, J. Jasicki, Janina Jasicka [w]: „Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w dwunastu odsłonach”, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, 2011.

8 komentarzy:

  1. Jaka konkurencja, mój pomysł jest taki marniutki przy takiej bohaterce artykułu...
    Absynt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha jury zobaczy jury oceni ;))

      Usuń
    2. Myślę, że takich historii wokół nas i takich postaci jest bardzo dużo, tylko nie potrafimy się rozejrzeć, zapytać, czy pójść do archiwum.

      Usuń
    3. Zapewne, wlasciwie sporo rodzin ma takie historie w domu, mniej lub bardziej spektakularne, dalsze, badz blizsze, ino troche sie one przykurzyly, ale super bo moze kogos twoja notka skloni do podlubania ;)

      Usuń
    4. Grzebać warto! Nawet trzeba :D bo później niestety wszystko odchodzi w niepamięć, ginie bez śladu... a szkoda.

      Usuń
    5. Munakir, w to wcale nie wątpię ;) Tylko ja miałam taki skromniutki temacik, ale bardzo bym chciała go zrobić, bo to moja najbliższa okolica. Tylko szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy spełnia kryteria, się okaże.

      Usuń
    6. spelnia, nie ma co sie bac ;)

      Usuń