niedziela, 3 listopada 2013

Ernst Hoffmann- genealog Heydricha i jego opowieści o wspólnym koncertowaniu

Heydrich się z czegoś bardzo mocno śmieje
          Ostatnio w ręce wpadło mi wiele ciekawych, powojennych zeznań przeróżnych ludzi, którzy mieli styczność z Reinhardem Heydrichem. Pisałam już o kapitanie Lebramie, ale dzisiaj pora na kogoś, kto styczność z Heydrichem miał nieco później, tj. w czasie, w którym Heydrich był już szefem SD i później RSHA.
          Ernst Hoffmann, bo o nim mowa, to genealog, który miał, na życzenie Heydricha, sporządzić dokładne drzewo genealogiczne tegoż, by ostatecznie wykluczyć możliwość tego, że Reinhard miał żydowskich przodków. Jego praca trwała latami, a on sam pieczołowicie jej się oddawał i w swoich listach opowiadał o niej z niezwykłą pasją. Z podobną fascynacją wypowiadał się również i o samym Heydrichu. Muszę przyznać, że chociaż jego zeznania są piekielnie interesujące, to widać w nich mocno jak idolizuje on Reinharda Heydricha. Najwyraźniej jego osoba zrobiła na nim wielkie wrażenie, które utrzymało się najwyraźniej do lat 60, a pewnie i dłużej. Listy Hoffmanna datowane są bowiem na 1964 i 1965 rok.
         O Heydrichu usłyszał w 1932 roku, gdy jego kolega Jochen udał się na studia do Monachium. Pracował w biurze (a wówczas było ono bardzo małe, liczące tylko 6 osób) Heydricha jako stenotypista. Heydrich bowiem obiecał ojcu Jochena, że będzie się nim zajmował. Wkrótce i Ernst wstąpił do SD i pracował w laboratorium chemicznym. Już wtedy Heydrich był zawładnięty myślą o sporządzeniu swojej genealogii. Te próby nie należały jednak do zbytnio udanych. Minęło parę lat.   Heydrich zlecił to swojemu adiutantowi, jednak ten nie wiedział jak sobie z tym poradzić i szukał pomocy u Ernsta Hoffmanna, który już od 1924 był bardzo zainteresowany badaniami tego typu. Ten z początku pomagał swojemu koledze, ale w końcu wziął sprawy w swoje ręce i zaczął szukać korzeni Heydrich, szukając także pośród:, Heidrichów, Headrichów i Heydenreichów. Szło mu dość dobrze, do tego stopnia, że został nawet proszony na muzyczne popołudnie u Heydricha. Stało się tak ponieważ Reinhardowi brakowało altówki w kwartecie smyczkowym. Co prawda Ernst grał raczej na skrzypcach, jednak postanowił podjąć wyzwanie. O dziwo chłodny i raczej introwertyczny Heydrich podjechał pod jego dom samochodem i zawiózł go do siebie. Tam Hoffmann poznał pozostałych muzyków: panią Canaris, grającą drugie skrzypce, Heinza Heydricha, grającego na wiolonczeli. Nietrudno się domyśleć, że pierwsze skrzypce jak zwykle, przypadły Reinhardowi. Grali repertuar Haydna. Hoffmann wspomina, że ten swój występ kompletnie zawalił, do tego stopnia, że pani Canaris zaproponowała, że wymienią się instrumentami. Tak się też stało.
Heydrich za stołem
           Hoffmann wspomina Heydricha prywatnie jako osobę bardzo kulturalną, grzeczną i wyluzowaną. Zapraszał swoich podwładnych do swojego domu często i niespodziewanie. Zazwyczaj pewnie przychodzili oni niezwykle spięci, jednak okazywało się, że niepotrzebnie, bowiem srogi szef SD okazywał się człowiekiem przyjemnym i układnym w życiu prywatnym. Ernst wspomina również kolejne spotkanie, tym razem nie muzyczne. Była to partia krokieta, na której stawił się także Wilhelm Canaris. Hoffmann potwierdza, to, o czym pisałam już wcześniej: nie dało się zauważyć między Heydrichem i Canarisem żadnego napięcia, czy wzajemnej nienawiści. Wręcz przeciwnie. Hoffmann wspomina jednak, że Heydrich mówił o Saksończykach ( a sam był z Saksonii), że są kłamliwi. To jednak nie zmieniało faktu, że i tak sporo z nich pełniło wysokie funkcje w jego biurze. W pracy Heydrich był zupełnie inny. Niezwykle ambitny i wykonujący niebywałą wręcz ilość pracy, tego samego wymagał od podwładnych. Jeśli coś nie pracowało jak w zegarku wybuchał. Obsypywał swoich pracowników ostrzeżeniami i naganami, które w biurze nazywano „cygarami”. Jednak jego gniew jak szybko się pojawiał, to równie szybko znikał. Heydrich miał również w zwyczaju wychodzić z biura na przerwy, szedł wtedy do parku, albo trenował: jeździectwo, pływanie, czy latanie. Gdy wracał odpowiednie ubrania musiały wówczas na niego czekać, tak, żeby szybko mógł wrócić do pracy za biurkiem.
             Czasami jednak bywał pogodny nawet w pracy. Hoffmann wspomina, że po tym, jak Heydrich zmienił wystrój swojego biura zaprosił go do środka i pokazywał funkcje jego nowego biurka, w którym zainstalowany był cały system telefoniczny z głośnikami i system nagrywający, aktywowany przy pomocy guzika. Reinhard zachowywał się wtedy dosyć niezwyczajnie i opowiadał o tym wszystkim, tak, jak ujął to Hoffmann „Jakby oprowadzał przyjaciela po swoim nowym mieszkaniu”. Ernst miał pewne trudności w adaptacji do Heydricha prywatnie. Hoffmann nie wiedział kiedy może sobie pozwolić na bycie nieformalnym wobec swojego szefa. Tu pomocna okazywała się Lina, która rzucała parę żartów i atmosfera ulegała rozluźnieniu.
Innym razem Heydrich przyjmował u siebie von Dörnberga i jednocześnie kazał Hoffmannowi stawić się u niego. Ten oczywiście popędził na złamanie karku. Drzwi otworzył mu Reinhard. Wprowadził Ernsta do środka i zupełnie zignorował swojego gościa, zaś genealoga poprosił o to, żeby zaniósł jego i swoje skrzypce do naprawy i wrócił na 15:30. Hoffmann rzecz jasna zrobił wszystko na czas. Oczywiście von Dörnbergowi nie przypadło to do gustu. Panowie jednak znów zaczęli grać tym razem w składzie: Reinhard na pierwszych skrzypcach, Hoffmann na drugich, Heinz Heydrich na altówce i Wilhelm Albert (ten sam, który prawdopodobnie był kochankiem Liny) na wiolonczeli. Zaczęli grać Haydna, potem Beethovena i w końcu kompozycję Brunona Heydricha. Po tym napili się jeszcze herbaty i Hoffmann musiał wracać do Landau, gdzie pilnował budowy filii RSHA. Jak sam piszę w tym czasie, jak i później, gdy podróżował po Śląsku, na genealogię nie miał czasu.
Heydrich-Gruszka polewa alkohol.
            Heydrich spotykał się również na osobności z Hoffmannem, gdy dyskutowali o pochodzeniu Reinharda. Ernst relacjonuje, że Heydrich przeraził się widząc nazwisko Birnbaum (Gruszka- wyjątkowo adekwatne jak spojrzymy na figurę Reinharda). Hoffmann jednak wyjaśnił mu, że to wcale nie oznacza żydowskich korzeni, a może być wyprowadzone z regionów, które były zamieszkiwane przez Łużyczan. Powiedział mu o tym nawet pastor, który udostępnił mu księgi parafialne.
         Hoffmann pisze również o tym, że Heydrich niezwykle serio podchodził do spraw sportu. Dbał o to by jego ludzie byli w posiadaniu odznaki sportowej, inaczej nie przyznawał im awansu. Hoffmann miał jednak nie lada problemy ze zdobyciem jej i gdy Heydrich dowiedział się o tym, cofnął odznakę jego koledze. Hoffmann mimo tego nie był w stanie się zmobilizować. Nauczył się jednak jeździć konno. Nie kwalifikowało się to na odznakę sportową, a na jeździecką, jednak Heydrich tym razem okazał się litościwy i awansował Hoffmanna. Wspomina on także, że był na Fehmarn, także wygląda na to, że naprawdę był w bliskich kręgach (o ile w ogóle takie istniały) Heydricha.
          Hoffmann pisze w swoich listach o pochodzeniu Heydricha. Swoją pracę kontynuował o jego śmierci. On sam nie znalazł żadnych żydowskich przodków Reinharda, ostatecznie nie wykluczył jednak, że takowi mogą istnieć. Zapewnia, że swoich badań nie sfałszował. Po wojnie pytała go o to nawet Lina, kiedy to w gazetach gruchnęła wiadomość o grobie rzekomej babki Heydricha, Sarze, której wnuczek miał usunąć grób, żeby nikt nie dowiedział się o jej istnieniu. Hoffmann przyznaje, że takiej osoby w rodzinie Heydrichów nie było. Interesującym jednak jest, że część genealogii Heydricha przepadła, bo Hoffmann oderwał kawałek pod koniec wojny, kiedy wpadł w ręce Amerykanów. Czyżby więc było to zagadnienie nieco bardziej zagmatwane niż wcześniej mi się wydawało?
          Z ciekawostek Hoffmann nie przepadał za Schellenbergiem i uważał go za aroganckiego karierowicza (bardzo słuszna uwaga). Walter wg Hoffmanna krytykuje wszystkich naokoło, tylko nie siebie. Ernsta szczególnie bolą kąśliwe uwagi Schellenberga na temat Reinharda i to, że Walter obgadywał szefa za plecami. Hoffmann poświęca ze dwie strony żeby maksymalnie nawtykać Schellenbergowi, wygląda na to, że panowie wybitnie za sobą nie przepadali. Być może chodziło o rywalizację o względy Heydricha i możliwość otrzymania awansu i co za tym idzie większej ilości pieniędzy. A być może Hoffmann naprawdę Heydricha lubił. W całym liście ta sympatia do Reinharda rzuca się bardzo mocno w oczy, do tego stopnia, że Ernst twierdzi, że całe ostateczne rozwiązanie to jakiś paskudny wymysł Hitlera i jakoś próbuję zrzucić tą winę z konta Heydricha. A to jest zachowanie bardzo, ale to bardzo nietypowe. Podobnie naiwnie, czy też może to część jakiejś wyrachowanej gry, Hoffmann wypowiada się o pobycie Heydricha w Pradze, który cieszył się, że czeka go w końcu jakieś pozytywne zadanie. Ernst wyobrażał to sobie jako przyjaźń między Czechami a Niemcami, jednak jak wiemy Heydrichowi nie chodziło wcale o pojednanie, a germanizacja tych Czechów, którzy spełniali jego kryteria i eksterminacja tych, którzy się nie nadawali. Niemniej jednak uznaję jego zeznania za wartościowe jeśli chodzi o opis wydarzeń z prywatnego życia Heydricha. Trzeba przyznać, że Hoffmannowi można w tym ufać, bo dość dobrze pamięta imiona i jego wersje pokrywają się z wersjami innych ludzi ( z Liną na czele).
        Dodam jeszcze, że listy te napisane były do Aronsona, który zebrał pokaźną ilość dokumentów na temat Heydricha, które są krynicą wiedzy na temat szefa RSHA. 

Na podstawie:
Monachium IFZ  ZS A 0034
Zdjęcia: 
Max Williams, Heydrich: The biography, vol. I

2 komentarze: