piątek, 24 stycznia 2014

Płaszów, Boy London i Amon Goeth

Płaszów 2012
            Na Płaszowie bez zmian trzeba rzec. W dawnych czasach (rok 2012) organizowałam małe sprzątanie na terenie byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego w Krakowie. Liczyłam, że stawi się więcej osób, był wszakże środek sierpnia, ale przyszło pięć dziewczyn, w tym ja. Oczywiście pomagierkom z tego czasu serdecznie dziękuję za zaangażowanie, łopatki i ogrom czasu i pracy włożony w próbę ogarnięcia terenu. Nie czarujmy się jednak, my kontra 80 hektarów to była walka skazana na porażkę. Cieszę się, że jednak ją podjęłyśmy i mam nadzieję jeszcze kiedyś trochę Płaszów odgruzować.
            Jednak nie te wspomnienia skłoniły mnie do napisania dzisiejszej notki. Chociaż rzadko odnoszę się tu do jakiś wydarzeń z mojego własnego życia i rozległych opisach czemu pojawia się taki a nie inny artykulik, to dzisiaj robię jeden z wyjątków od reguły.
Piszę dzisiaj o Płaszowie, bo choć naspamowałam się w sieci tu i tam na ten temat, to ludzie jak byli, tak nadal są nieświadomi i robią naprawdę głupie rzeczy. Przykład takiej głupoty podrzuciła mi koleżanka na fejsbuku. Otóż była to sesja zdjęciowa blogerki modowej, pozującej na terenie wyżej wymienionego po stokroć obozu w koszulce Boy London, o takiej: (http://www.nowornever.org.uk/uploads/7/7/7/2/7772043/9142870_orig.jpg). Tak dla wszystkich, bo już na forach modowych widziałam przerażenie ludzi, którzy zostali dopiero poinformowani o tym, że orzeł jest ewidentnie skradziony od nazistów (SIC!): Ta firma odzieżowa dla wzbudzenia kontrowersji i zdobycia wielkich pieniążków użyła jednego z symboli najbardziej zbrodniczych ideologii w historii człowieka. Przez tą ideologię zginęło miliony niewinnych ludzi, a kolejne miliony straciły swoich bliskich. Nie dajcie tym frajerom z Boy London zarabiać na ludzkiej tragedii. 74 lata temu wasi dziadkowie, pradziadkowie, wujowie i ciotki mogli zostać zamordowani jak zwierzęta tylko za to, że byli Polakami, Żydami, Rosjanami itp.
                  Do rzeczy. Mamy rok 2014. Panna blogerka robi sobie sesję, będąc świadoma, albo nie, że jest na terenie byłego obozu koncentracyjnego, bowiem jest on w stanie okrutnie złym. Jest co prawda kilka tablic informacyjnych, jednak nie wszędzie. Pozostałości po obozie praktycznie nie istnieją, poza paroma hałdami gruzów i pomnikiem, który co prawda jest ogromny, ale znajduje się na tyłach. Poza tym teren tonie w śmieciach i chaszczach. Czy tak powinno być? Raczej nie.
Historia KL Plaszow sięga roku 1940 kiedy naziści na terenie żydowskich cmentarzy zorganizowali pierwszy obóz pracy przymusowej. Potłuczone macewy miały służyć do budowy dróg i baraków w nowopowstającym obozie. Podczas budowy zginęło wielu więźniów. Teren otoczono podwójnym płotem elektrycznym. Pomiędzy jedną a drugą linią tegoż znajdowało się koryto wypełnione wodą. Na 13 wieżyczkach strażniczych znajdowały się karabiny maszynowe i reflektory. Ucieczka była niemożliwa. W 1941 roku do obozu zaczęto sprowadzać ludność żydowskiego pochodzenia. W pobliżu znajdował się również kamieniołom Libana, który w trakcie wojny był obozem pracy karnej (Obóz ów był aktywny od połowy kwietnia 1942 roku, aż do późnego lipca 1944. Pracowali w nim głównie Polacy i Ukraińcy. Trafiali do niego za ucieczki od prac przymusowych, bądź inne uchybienia związane z pracą dla okupanta. Karę odbywano od trzech do siedmiu miesięcy. W roku 1944 więźniów wymordowano, o tym napiszę osobną notkę, póki co polecam poczytać: http://www.fpnp.pl/info/pdf/baudienst.pdf ).
              Jak każdy obóz, tak i Płaszów podzielony był na wiele sektorów. Oddzielnie przebywały kobiety i mężczyźni, Polacy i Żydzi. Więźniami byli także niemieccy kryminaliści. Co ciekawe z początku strażnikami w obozie byli Ukraińcy i dopiero później zastąpieni oni zostali przez Niemców i Austriaków.
Amon Goeth
              Pierwszym komendantem Płaszowa był Horst Pilarzik, zastąpiony przez Franza Muellera.
Najsłynniejszym komendantem i jedną z najmroczniejszych person w obozie był niesławny Amon Goeth. Co ciekawe „Zły Niemiec” z „Listy Schindlera” był Austriakiem urodzonym w Wiedniu. Pochodził z rodziny parającej się wydawaniem książek. Już jako nastolatek był zatwardziałym antysemitą i członkiem Heimwehr. W 1930 roku wstąpił do austriackiej odnogi NSDAP i w tym samym roku stał się również SS-Mannem. W 1933 opuścił Austrię i wyruszył do Niemiec. Jednak często wracał do ojczyzny z materiałami wybuchowymi. W Austrii udawało mu się unikać więzienia (od 1933 roku partia nazistowska była tam zdelegalizowana). Od 1934 roku, po nieudanym zamachu na życie Engelberta Dollfussa osiadł w Monachium i pomagał rodzinie rozkręcić wydawniczy biznes i do 1937 roku nie był w partii zbyt aktywny. Sytuacja uległa zmianie rok później. Po Anschlussie wrócił do Austrii ze swoją nową, drugą już żoną. W lato 1942 roku przebywał w Lublinie pod rozkazami Odilo Globocnika i brał udział w Operacji Reinhard, jednak jego dokładna aktywnośc z tego czasu nie jest znana.
              W lutym 1943 roku został wysłany do Płaszowa żeby nadzorował rozbudowę obozu. Ta skończyła się po miesiącu katorżniczej pracy. Było to „zasługą” sadystycznego Goetha, który niejednokrotnie osobiście zabijał swoje ofiary i znęcał się nad nimi. Miał dwa psy Rolfa i Ralfa, które wytrenował by zagryzały więźniów. Zastrzelił kucharza, bo zupa była za ciepła. Jednak obecnie najbardziej znany jest z strzelania do więźniów z okna swojego biura, jeśli widział, że ci są zbyt opieszali.
          Goeth został jednak odwołany ze stanowiska i aresztowany przez Niemców w 1944. Powodem była nie rzecz jasna jego brutalność, ale rabunki i bogacenie się na swoich ofiarach. Formalnie powinien „skarby” oddawać państwu. Kary jednak uniknął ukrywając się w Bad Toelz, gdzie pod koniec wojny ujęli go Amerykanie.
          Został jednak wydany Polsce, gdzie w Krakowie został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano 13 września 1946 roku. Egzekucja jest dostępna na youtubie i zainteresowanym mogę wysłać link na mail, po uprzednim udowodnieniu, że ma się powyżej 18 lat.
          Wróćmy jednak do historii samego obozu. Więźniowie pracowali w specjalnych warsztatach, byli niedożywieni, a strażnicy znęcali się nad nimi. Praca odbywała się w 12 godzinnych zmianach. Na terenie obozu znajdował się także szpital, łaźnia (wybudowana na miejscu egzekucji ludzi z getta), stajnie, garaże i mnóstwo zakładów. Można więc powiedzieć, że KL Plaszow był miastem w mieście.
          Po likwidacji krakowskiego getta w marcu 1943 roku do obozu napłynęło ponad osiem tysięcy Żydów. Zaczęło panować przepełnienie. Liczby więźniów rosły z miesiąca na miesiąc i często 150 osób było stłoczonych na 80 metrach kwadratowych.
        Jednym z miejsc straceń w KL Plaszow była Hujowa Górka, zwana także Kozią Górką. Swoją nazwę, przez samo „h” zyskała dzięki Albertowi Hujarowi, esesmanowi, który przewodził egzekucjom. Stworzona została przez Austriaków jeszcze w XIX wieku. Od 1943 roku odbywały się na niej rozstrzelania. Zwłoki układano warstwami i gdy wykopane rowy były pełne przysypywano je gruzem, ziemią i kamieniami. Następnie postawiono tam baraki obozu przejściowego. Zwłoki sprofanowano jeszcze dodatkowo podczas wycofywania się Niemców, kiedy, by zatrzeć ślady, naziści palili ciała pomordowanych.
           Innym miejscem masowych egzekucji był Cipowy Dołek znajdujący się w południowo-wschodniej części obozu.
            Liczba ofiar jest obecnie praktycznie niemożliwa do ustalenia. Dokumentacja zaginęła, prawdopodobnie została całkowicie zniszczona pod koniec wojny. Przyjęto, że na samej Hujowej Górce zamordowano osiem tysięcy ludzi.
            Zdecydowanie temat Płaszowa wymaga znacznie dłuższego artykułu, a przede wszystkim troski ze strony mieszkańców i władz Krakowa, mam nadzieję, że jednak, ta chaotyczna notka trafi do paru osób i naświetli im co działo się na zaśmieconych łączkach, o których historii mało kto pamięta.
Jeśli pojawiły się jakieś lapsusy, to pewnie pan Munakir mi je szybko wytknie i gorąco go zachęcam. 

Źródła: 
Ryszard Kotarba, Niemiecki obóz w Płaszowie 1942–1945, Warszawa–Kraków 2009

Zdjęcia: 
Amon Goeth z http://www.yadvashem.org - jak widać wcale nie taki piękny jak "Liście Schilndlera". W ogóle ten film około roku 2009 spowodował prawdziwy wysyp neonazistowskich fanek Goetha, który został brutalnie ukrócony po tym, jak ktoś wrzucił na deviantarta zdjęcia prawdziwego Amona. Ależ to było zabawne...

Jako gratis przytoczę moją relację z samego sprzątania: 


                "Jeśli ktokolwiek myśli, że po naszej dwudniowej interwencji w Płaszowie jest czysto to grubo się myli. Mimo dobrych chęci i dużego zaangażowania, 5 osób nie jest w stanie ogarnąć 80 hektarów, szczególnie jeśli na 10 metrach kwadratowych dało się wyciągnąć kilkadziesiąt worków śmieci...
              Rejonem prac były ruiny domu pogrzebowego, późniejszej stajni. Od rana pracowałyśmy we trzy w deszczu i wyciągałyśmy butelki, żyletki, testy ciążowe, elementy komputerów i takie tam. Około 11/12 przybyło wsparcie z Wrocławia i wówczas poszłyśmy kawalątek dalej w miejsce gdzie wystawała tajemnicza szmata. Był to pagórek na dróżce. Siłą rzeczy szmatę pociągnęłyśmy... no i wtedy zaczęła się prawdziwa jazda. Pod szmatą była kołderka. Pod kołderką kocyk, pod kocykiem stosy ubrań, staników, tęczowe majtki, stara fanta i kaseta smerfnych hitów. Rozgrzebywałyśmy pagórek cały dzień i nie było końca śmieciom. W końcu wyskoczyła sprężyna, było to już wtedy jak pagórek zamienił się w pokaźny dołek. Pociągając sprężynę zorientowałyśmy się, że natrafiłyśmy na kolejny materacyk. No i tego było już za wiele. Wracając z workami śmieci pod kontener przy karcerze zobaczyłyśmy migdalącą się parkę. Poszłyśmy do nich i biłyśmy im gromkie brawa za pomyślunek. Należało się, ich miny były bezcenne.
              Drugiego dnia wycięłyśmy trochę zielska dookoła, a koleżanka znalazła nadpalony komputer, na którym balowały mrówki w ilościach hurtowych.
             Potem przeszłyśmy się po całym obozie i załamałyśmy się wszędzie widząc podobne tajemnicze pagórki, miejsca po ogniskach otoczone butelkami po desperadosach i generalnym syfem.
Mieszkańcy Krakowa wstydźcie się za to co zrobiliście z miejscem kaźni tysięcy ludzi.
Nie mam nic więcej do powiedzenia, opadły mi witki. Podziękowania należą się ekipie, która stawiła się mimo wszystko i ciężko harowała, żeby zrobić cokolwiek, by to miejsce nie zarosło."
 

czwartek, 16 stycznia 2014

Franz Walter Stahlecker

          Kolejna notka z serii : biogramy zbrodniarzy z Einsatzgruppen.
          Dzisiaj przyjrzymy się osobie Franza Waltera Stahleckera. Informacji na temat młodości jest wybitnie mało. Urodził się w Sternenfels w 1900 roku i z wykształcenia był prawnikiem. Od przełomu lat 1919-20 był członkiem skrajnie prawicowej partii Deutschvölkischer Schutz und Trutzbund, która była jedną z największych tego typu organizacji po I wojnie światowej (należał do niej także Werner Best). Studiował w Tuebingen. W roku 1932 przeszedł do NSDAP i w dwa lata później zasilił szeregi gestapo w Wirtembergii. Wkrótce stał się także członkiem SD. Awansował szybko i już w 1938 został wysłany do Austrii gdzie w Wiedniu pełnił rolę zwierzchnika SD Oberabschnitt Donau. Zarządzał formalnie Centralną Agencją Żydowskiej Emigracji w Wiedniu (Zentralstelle für jüdische Auswanderung), choć nieoficjalnie tę rolę pełnił Adolf Eichmann. W roku 1938, podczas zajęcia Czechosłowacji, stał na czele Einsatzgruppe Wien.
          Heydrich nie przepadał za nim i ciągłe różnice zdań pomiędzy dwoma panami doprowadziły do tego, że Stahlecker przeniósł się do Protektoratu Czech i Moraw, gdzie jego szefem był Karl Hermann Frank i gdzie Heydrich nie miał go ciągle na oku. Stahlecker w roku 1940 został wysłany do Norwegii gdzie otrzymał awans na SS-Oberführera. Następnie udał się do Jugosławii, gdzie zajmował się opracowywaniem informacji dla wojska i administracji. Jako jedna z pierwszych osób odebrał proklamację niepodległości od Chorwatów, z którymi nawiązać miał współpracę. Pracował także w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W rok później został dowódcą Einsatzgruppe A, mając nadzieję, że to otworzy mu karierę w RSHA. Jego zadaniem było ściganie i mordowanie komunistów, Żydów, a także innych „niepożądanych“ grup, które „szkodziły“ Trzeciej Rzeszy. Podburzał miejscową ludność na Litwie w celu, jak to określało dowództwo RSHA (więc Heydrich) „samooczyszczania“, które były masowymi mordami na ludności żydowskiej. Na Łotwie założył Jungfernhof, obóz koncentracyjny. Jego oddział zamordował ponad 249 420 osób żydowskiego pochodzenia. Pochwalił się tym w osobliwym raporcie opatrzonym mapą, pochodzącym z października 1941 roku, na którym ilość zabitych podsumowana była liczbą i trumną w odpowiedniej wielkości.
Heydrich i Gabriela Stahlecker
            Stahlecker został zabity przez sowieckich partyzantów w Gatczynie 23 marca 1942 roku. Na jego ostatnim pożegnaniu w Pradze, mowę wygłosił Reinhard Heydrich. Podczas uroczystości obecna była również żona Stahleckera, Gabriela i jego dzieci. 


Źródła: 
Ł. Gładysiak, Zabijajcie wszystkich, Einsatzgruppen 38-41
R. Headland, Messages of Murder: A Study of the Reports of the Einsatzgruppen

Źródła zdjęć: 
Wikipedia
J. Cvancara, Heydrich

piątek, 3 stycznia 2014

Wyprawa śladami przodków Heydricha

Pani Birnbaum-Heydrich, praprababcia Reinharda
           W przerwie świątecznej udało się mi i mojej miłej objechać Saksonię w celu sprawdzenia wiarygodności Ernsta Hoffmanna, jak i dokopania się do dalszych przodków Heydricha. Wybrałyśmy chyba najgorszy możliwy termin, jako, że większość instytucji była pozamykana, jednak coś udało nam się z tego wyłuskać i czekamy na więcej informacji, głównie z Goerlitz i Budziszyna.
Wyprawa zaczęła się w Budziszynie właśnie, gdzie udało nam się spotkać z proboszczem (gdyby nie pomoc przemiłego, starszego pana Niemca, który doskonale mówił po polsku i czesku, zapewne na widok zamkniętej katedry wpadłybyśmy w czarną rozpacz). Tam poszukujemy rodziny Mautsch (babcia Heydricha od strony matki), istnieją bowiem pewne wskazówki, że byli to łużyccy (Serbołużyczanie) Małčowie, którzy w pewnym momencie zostali zgermanizowani na Mautschów. Jedna to oczywiście pochodzenie rodziny, czyli okolice Budziszyna i Hoyerswerdy (czy po łużycku Wojerecy), które są mocno zeslawizowane i sporo osób mówi tam właśnie po górnołużycku. Znając czeski i polski można sporo z tego języka zrozumieć. Drugą, bardziej wiarygodną wskazówką mówiącą, że Mautschowie mogą być niemiecko zapisanymi Małčami, bądź być zgermanizowanymi Słowianami, jest informacja w pochodzącym z końca XIX wieku "Časopis Maćicy Serbskeje", konkretnie w roczniku 1886 na stronie 167 i 1882 na stronie 43, w wykazie nazwisk słowiańskich widnieje Małč i jego germańska forma Mautsch. Trzeciej ostatecznie potwierdzającej, czy w żyłach Heydricha płynęła słowiańska krew w tej chwili szukamy i zapewne znajduje się ona w Budziszynie, bądź Hoyerswerdzie.
          Druga część wycieczki zawiodła nas do Arnsdorfu (nie tego pod Dreznem) i Reichenbach. Tutaj zajęłyśmy się szukaniem odnogi Heydrichów, czyli rodziny od strony Brunona. Nie trafiłybyśmy do Arnsdorfu nigdy, gdyby nie miły starszy pan Niemiec, który nas tam po prostu zawiózł i jeszcze przekonał pana siedzącego na parafii, że powinnyśmy zobaczyć księgi parafialne. Znaleźliśmy tam panią Birnbaum (nazwisko, którego bał się Heydrich, jednak Hoffmann uspokoił, że nie oznacza ono pochodzenia żydowskiego i na terenach zamieszkałych przez Łużyczan było ono dosyć częste... Niespodzianką byłoby jakby była to zgermanizowana Hruška, ale póki co nic na to nie wskazuje) i jej męża Johanna Karla Gottloba Heydricha, prapradziadków Reinharda (mieli jednego syna i dwie córki). Okazało się, że Birnbaumowie nadal zamieszkują okolicę. Dzięki temu udało nam się znaleźć potwierdzenie, że badania genealogiczne Hoffmanna są autentyczne i niczego nie wymyślił z głowy. Wielce go podziwiam, że robił to wszystko bez internetu i GPS. Swoją droga Arnsdorf jest prześliczną wsią. Jest położony na pagórkowatym terenie zaraz przy autostradzie między Goerlitz a Budziszynem. Stamtąd udaliśmy się do Reichenbach (śliczne miasteczko) szukając dalszych Heydrichów i Birnbaumów. Przywitał nas tam pastor, który przekazał nam wieść, że wszystkie księgi parafialne są przechowywane w Goerlitz i że, rzecz jasna, trwa tam przerwa świąteczna. Na odpowiedź z Goerlitz również czekamy.

           Strasznie się tu zapędziłam z tą genealogią i wydaje mi się, że większość czytelników pogubiła się kto jest kto. Postaram się zrobić na podstawie Hoffmanna drzewo genealogiczne, takie porządniejsze, niż to, które w tej chwili znajduje się w czeluściach bloga. Pouzupełniam je również informacjami, jakie uda mi się uzyskać w dalszej części badań. W razie pytań pytajcie.

A starszy pan Niemiec uratował tą wyprawę od klęski.