niedziela, 2 marca 2014

Prerafaelickie lilie, pęknięte lustro i Masoni

Widok na "prerafaelickie lilie"
       Dzisiaj dzielę się z wami obszernym cytatem ze wspomnień Carla Burckhardta "Moja misja w Gdańsku 1937-9". Książka ta ukazała się w języku polskim w roku 1970, tłumaczenia dokonał Mariusz Giniatowicz. Polecam wam ją nabyć choć tak jak i przy wspomnieniach Waltera Schellenberga, nie wszystkim słowom Burckhardta należy wierzyć. W zamieszczonym cytacie również znajduje się dosyć dotkliwy błąd. Autor nazywa Heydricha obergruppenfuhrerem, podczas gdy w roku 1935 roku Heydrich był gruppenfuhrerem.
Zapraszam was zatem do zapoznania się z tym osobliwym, bardzo ciekawym cytatem, który dla was przepisała moja miła:

         Po dłuższych wahaniach zdecydowano zaprosić Heydricha i mnie na wspólny obiad, który miał być dla mnie okazją do wysłuchania jego nieuchronnej odmowy wraz z odpowiednim uzasadnieniem. Obiad został zorganizowany, Heydrich przyjął zaproszenie, na jego przybycie oczekiwano w nastroju pełnym napięcia, przygnębienia, rozmawiano półgłosem.
         Nagle rozwarły się drzwi, ukazał się Heydrich w czarnym mundurze (pierwszym, jaki zobaczyłem z bliska), szczupły blondyn o twarzy niesymetrycznej (jedna połowa wyglądała zupełnie inaczej niż druga) bladej i wyrazistej, z których wyzierało dwoje mongolskich oczu. Zadzierżysty, a przecież miękki w ruchach i wątły, osławiony kat wkroczył do książęcego salonu.
Przy stole miałem Heydricha po lewej stronie. Uwagę moją zwróciły jego ręce, ręce-lilie, jak je malowali prerafaelici, jakby stworzone do powolnego duszenia. Reprezentant policyjnej władzy rozpoczął rozmowę od uwagi na temat Heinricha bon Kleista, ale zarówno w stosunku do Michaela Kohlhaasa, jak i księcia Homburskiego miał już zastrzeżenia. Potem zmienił temat i natarł na mnie od czoła: „W tym pańskim kraju rządzą masoni, to musi się zmienić, bo inaczej pan też zginie”. Zapytałem: „Jaki wpływ przypisuje pan działalności tego stowarzyszenia?”
           „Masoni – odpowiedział – są narzędziem żydowskiej zemsty, w głębi ich świątyń stoi szubienica, za nią wisi czarna zasłona, zakrywająca ich największą świętość, do której dostęp mają już tylko wtajemniczeni najwyższego stopnia, a za tą zasłoną jest już tylko jedno słowo: Jahwe; to jedno imię; to wystarczy” I dalej, zapalając się: „Gdyby epokowe dzieło fuhrera miało się załamać, gdybyśmy mieli zginąć, wtedy wyjdzie to wszystko na jaw, wtedy będą święcone tryumfy i orgie okrucieństwa, w porównaniu z którymi surowość Adolfa Hitlera wyda się nam niezwykle łagodna.”
Miałem wrażenie, że widzę człowieka spadającego w przepaść i czepiającego się mokrej skalnej przewieszki.
               Gdy wstaliśmy od stołu, obergruppenfhurer zimnym głosem rzekł „Nie mówiliśmy jeszcze o przedmiocie pańskiej wizyty, przejdźmy do innego pokoju”
Znowu trwożliwa przemiana reszty gości w podrzędne figury, mizerne, wymuszone uśmiechy, usuwanie się z drogi. Po chwili znaleźliśmy się sami w gabinecie księcia. Błyskawiczne spojrzenie Heydricha na prawo, na lewo, na zasłony – kwestia przyzwyczajenia – potem popatrzył przez sekundę po raz pierwszy na mnie. Pomyślałem sobie: dwie osoby patrzą na mnie naraz; jednocześnie poczułam, że coś mnie od niego odpycha; raz tylko spojrzał Heydrich mi w twarz, przez ułamek sekundy.
              „Pan chce – zaczął – zwiedzić obozy koncentracyjne. Możemy panu wszystko pokazać, ale jest niemożliwe, żeby pan rozmawiał z więźniami bez przygotowania, bez przewodnika i informatora. Wśród tych ludzi są niebezpieczni przestępcy, agenci, agitatorzy. Nagadają panu różnych głupstw, a potem będą się robili ważni, powołując się na rzekome pańskie wypowiedzi” (Jak często musiałem takie rzeczy później przeżywać, ale nie w obozach koncentracyjnych!) „Jaka korzyść z tego – mówił dalej – jeżeli nie ma żadnej kontroli, żadnych światków; rozmowy bez świadków są zawsze niebezpieczne, szczególnie dzisiaj. Musi pan pamiętać, że walczymy, że fuhrer walczy z wrogiem całego świata. Nie chodzi tylko o uzdrowienie Niemiec,musimy ratować świat przed duchowym i moralnym upadkiem, tego jeszcze u was suę nie rozumie. A więc nic z tego, odpowiedź pana reichsfuhrera jest negatywna. Proszę odwiedzić te obozy, które panu proponujemy.”
                 Odpowiedziałem: „Pana reichsfuhrera Himmlera nie ma w Berlinie, ale jak słyszałem, spotka się pan z nim jutro. Proszę mu powiedzieć ode mnie, co następuje: Jeżeli to, co mówią pogłoski o traktowaniu więźniów politycznych w Niemczech, jest prawdą, to wizytacja obozów musi się odbyć w trybie, jaki mi został zaproponowany. Jeżeli zaś pogłoski te są nieuzasadnione – w sposób zaproponowany przeze mnie. Sprawozdanie o tym, co będę w stanie stwierdzić, otrzymają rządy tylko tych państw, których obywatele są internowani. To wszystko, czekam w Berlinie tak długo, dopóki nie przekaże mi pan odpowiedzi; jeśli będzie znowu negatywna, wyjeżdżam z powrotem; w razie, gdyby wasz punkt widzenia miał ulec zmianie, odwiedzę obóz, który sam wskażę, w trybie przeze mnie zaproponowanym, a następnie również obozy wskazane mi przez was.”
               Wstaliśmy jednocześnie. Heydrich staną przede mną i patrząc górą ponad moim lewym ramieniem, powiedział zduszonym głosem „Za granicą uważa się nas za oprawców, prawda?” Po czym dodał: „Dla pojedynczego człowieka jest to wprost nie do zniesienia, ale musimy być twardzi jak granit, inaczej dzieło naszego fuhrera przepadnie; kiedyś będzie się nas błogosławić, żeśmy to wzięli na siebie”.
              Zaraz potem Heydrich opuścił towarzystwo – ten młody, gniewny bóg śmierci. Jeszcze przed gwałtowną śmiercią w Pradze jeden ze współpracowników opowiadał mi, że Heydrich oddawał się pijaństwu, ale źle znosił alkohol i dostawał ataków białej gorączki. Raz wrócił późno w nocy do swego berlińskiego mieszkania i w oświetlonej jak w dzień łazience, zobaczył nagle swoje odbicie, wyrwał z pochwy pistolet i strzelił dwa razy do swego sobowtóra, krzycząc „Mam Cię wreszcie, kanalio!” Strzelił do tego drugiego – on, ten rozczepieniec – i trafił człowieka mającego tę drugą połowę jego twarzy, ale tylko w lustrze, które się rozprysło; nie pozbył się go przez to, musiał wytrwać z nim do końca.
               Na trzeci dzień po spotkaniu u księcia von Coburga Heydrich przysłał mi o trzeciej po południu do hotelu człowieka, który zaprowadził mnie do osławionego pałacu księcia Albrechta, siedziby gestapo. Nieruchome czarne postacie wartowników stały na stopniach wejściowych schodów, wyglądali jak ludzie nie z tej ziemi, jakby wyrośli z posianych zębów Aresa.
             Gabinety narodowosocjalistycznych dygnitarzy były wszystkie jednakowe. Po prawej stronie ogromne biurko, jak w Palazzo Venezia, po lewej, przy ścianie, okrągły stół nakryty serwetą, przy stole dwa fotele, przy ścianie kanapa, relikty staroświeckiego salonu. Heydrich oświadczył mi, że reichsfuhrer SS przychylił się do mojego życzenia i moja podróż może się odbyć w trybie przeze mnie zaproponowanym. Po czym, występując w charakterze gospodarza, poprosił mnie „o zwiedzenie jego muzeum”. Sądziłem, że chodzi o muzeum kryminalistyczne.
             Weszliśmy do Sali, w której stały same szklane gabloty, jak do zbiorów mineralogicznych w prowincjonalnym muzeum. W gablotach leżały arkusze z nazwiskami, ręcznie wypisanymi; nad każdą z nich umieszczona była jakaś państwowa flaga. „To są spisy braci-masonów z całego świata – wyjaśnił Heydrich – może pana zainteresuje Szwajcaria” Poniewąz oświadczyłem, że mnie to nie interesuje, otworzył drzwi do drugiego pokoju, w którym z początku panowała całkowita ciemność, gdyż nie było w nim okien. Heydrich zapalił jakieś fioletowe światło, z ciemności wystąpiły powili zarysy różnych przedmiotów kultu masońskiego. Blady jak trup w mdłym świetle wtajemniczenia i przeszedł przez salę, mówiąc o światowym spisku, o stopniach wtajemniczenia i o stojących oczywiście na szczycie hierarchii Żydach, którzy z ukrycia kierują cąłą akcją, zmierzającą do zniszczenia wszelkiego życia na ziemi. Przeszliśmy następnie do niskich, wąskich pomieszczeń, jeszcze bardziej ponurych, gdzie musieliśmy iść pochyleni. Stały tam kościotrupy; automatycznie poruszane, chwytały przechodzącego za ramię swymi kościstymi rękami.
            Zanim rozstaliśmy się z tymi rekwizytami, zrabowanymi ze wszystkich lóż masońskich w Niemczech, obergruppenfuhrer otworzył drzwi do jeszcze jednego, ciasnego pomieszczenia, jasno oświetlonego: ze ściany, z trzech oprawionych w ramy manuskryptów spłynęło na mnie, jak pocieszenie, znane mi dobrze pismo Goethego. Ponad manuskryptami umieszczony był napis „Goethe jako kłamca”. Przeczytałem naprzód dwa krótkie listy; w pierwszym Goethe pisał, że należy do Stowarzyszenia Różanego Krzyża, w drugiem, w związku z podaniem o przyjęcie go do jakieś loży, przysięgał, że nigdy nie należał do żadnej tajnej organizacji. Były tam jeszcze trzy listy. W pierwszym z nich Goethe przyrzekał pani von Stein, że ją odwiedzi późnym popołudniem, w drugim powiadamiał jakiegoś bawiącego przelotnie w Weimarze podróżnego, że nie może go przyjąć o tej właśnie porze, gdyż musi się udać do jakiejś ważnej osoby, której nazwisko uciekło mi z pamięci, a do tejże osoby pisał w trzecim liście, że z powodu przyjazdu podróżnego nie będzie mógł przyjąć jej zaproszenia.

19 komentarzy:

  1. Czytajac ten artykul a w zasadzie ten jak to okreslilas "osobliwy cytat" dochodze do pewnego wniosku. Mianowicie ze pan Heydrich podczas rozmow z osobami ze swojego grona tzn. podwladnymi - nie za bardzo lubil patrzec na ich twarze, a jezeli juz to trwalo to zaledwie sekunde. Czym bylo to sposowdowane czyzby pozostaloscia po niesmialosci z czasow mlodosci, szczegolnie sluzbyw marynarce?? A moze nie chcial w ten sposob przywiazywac sie do zadnego ze swoich ludzi na tyle mocno ażeby taka osoba czula pewnego rodzaju wyroznienia co i pewnosc siebie? A wiadomym jest ze patrzenie ludziom w oczy zbyt czesto jak i wnikliwie staje sie pewnego rodzaju przywiazaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tez to zauwazylam, podejrzewam ze przyzwyczajeniem z dziecinstwa bo nie pozwalano tam dzieciom mowic przy stole, w sensie w domu Heydrichow.
      Sadze ze to wina lezala jakos w jego psychice jak juz, no a jak juz na kogos spojrzal to opisywali to w swoich wspomnieniach jako traumę :D

      Usuń
    2. Widac moze nie chcial wystraszyc drugiej osoby swoim spojrzeniem niczym jak u bazyliszka:) Jednak nie powiesz mi chyba ze w przypadku swojej zony Liny tez uzywal tego rodzaju gierek, czyli nie spogladania w twarz tym bardziej ze byla ona osoba z ktora dzielil zycie.
      "Sadze ze to wina lezala jakos w jego psychice jak juz"- moze cierpial na fobie spoleczna. A wiem cos o tym bo sama bardzo czesto a praktycznie zawsze unikam wymiany spojrzen szczegolnie z osobami ktore sa dla mnie zupelnie obce:/

      Usuń
    3. :D nie wiem czy ogladasz my little pony, ale jak nie to polecam odcinek the stare :D

      Usuń
    4. Nie ogladam ale co to ma wspolnego z moja wypowiedzia? A i jeszcze jedna rzecz nie lubil rownieza moze raczej bardziej adekwatnym stiwerdzeniem byloby ze nie znosil samego siebie a szczegolnie wlasnego odbicia:/ Bardzo przykra rzecz, ktorawskazuje rowniez na fakt iz mial bardzo duzo kompleksow..

      Usuń
  2. Obejrzalam wspomniany przez Ciebie odcinek i rzeczywiscie chyba juz rozumiem twoja aluzje nawiazujaca do mojej wypowiedzi. Zapewne chodzi o moment w bajce kiedy jeden z kucykow Pony spoglada takim zlowieszczym co i magnetyzujacym wzrokiem na rozszalale kurczaki, ktore widzac to spojrzenie nagle uciszajasie i uciekaja do kurnika - co jest jak mniemam porowananiem do postaci Heydricha i jego przerazajacych swidrujacych oczu;) Jednakowoz wciaz zastanawia mnie fakt: czy skoro wszyscy niemalze jego wspolpracownicy a nawet przelozeni bali si tego spojrzenia to jak ten cios znosila Lina? Skoro spedzala z nim o wiele wiecej czasu (a przynajmniej na poczatku) niz ktokolwiek inny zwazywszy na charakter relacji tj. intymnych - ktore ich laczyly.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no wlasnie :D
      Wydaje mi sie ze jak popatrzyasz na jego fotografie rodzinne i poczytasz o tym jaki byl w domu z dziecmi i zona to zrozumiesz ze to spojrzenie nie bylo swidrujace dla nich

      Usuń
    2. Tak tez sadze ze takim nie bylo, gdyz na licznych fotografiach jak i filmach przedstawiajacych go w rodzinnej atmosferze nie mozna dostrzec takiego przeszywajacego co i groznego spojrzenia w jego oczach ale tez w czymkolwiek innym co by sie jawilo w jego osobie. Zupelnie jak by nosil w sobie zewnetrznie tudziez wewnetrznie dwie inne postaci, z ktorych jedna byla przeznaczona do relacji z bliskimi -rodzina a druga jako wizerunek wobec ludzi z ktorymi "badz co badz" musial pracowac:/

      Usuń
    3. generalnie Heydrich w pracy/Heydrich w domu, to dwie inne osoby. Nie wiem jak to robił. Ale jest to wlasnie to co opisuje Burckhardt

      Usuń
  3. Styl Carla Burckhardta całkiem niezły ;) Faktycznie R.H. miał prerafaelickie dłonie. Nie zwróciłam wcześniej na to uwagi.

    Z tego fragmentu wyłania się obraz bardzo skomplikowanego i wewnętrznie rozszczepionego człowieka, co w sumie mnie nie dziwi po tym, jak już wiele razy czytałam o tym u Ciebie. Ciekawie jednak przedstawia się ta "druga strona", która odpowiada za masońską fobię. Ktoś pewnie nazwałby to fanatyzmem, ale w tym fragmencie widać, że to coś innego, jakiś wewnętrzny, bolesny ogień palący człowieka pełnego wątpliwości (chociaż to też nie jest dobre określenie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rosetti: Malowałbym :D

      Jego ojciec nalezal do lozy masonskiej a z ojcem tez mial trudne relacje, tzn byl w niego zapatrzony i Bruno byl lagodniejszy niz Elzbieta, ale znowui Bruno wolal brylowac na salonach splendor slawa luksus niz zajmowac sie dziecmi :/ i troche masluchy przez to byly niedopieszczone. Sadze ze ta trauma masonska i tak mniejsza niz trauma katolicka, u heydricha wziela sie od ojca jakos. ale to moje przypuszczenia

      Usuń
    2. Kiedyś byłam raczej przeciwna rozumieniu trybów historii jako machiny, którą poruszają jednostki. W ten sposób najczęściej mówi się o wielkich postaciach, którym nie przypisuje się jednoznacznie negatywnych PRów ;) (typu Napoleon), ale o największych graczach II wojny światowej też się zdarza (Hitler, Stalin). To jest ciekawe, zagadnienia psychologiczne, ale właśnie zawsze myślałam sobie - jaki by ten czy tamten u steru nie był, to przecież jest cała reszta, tłum, cała maszyneria bez udziału człowieka, system, siły ciężkie do okiełznania. Przy okazji R.H. mój horyzont, że tak powiem, się poszerzył :D To, co się w nim działo nie tylko bezpośrednio przecież wikłało go w pisanie dziejów ;) ale też wynikało z samych tych sił, które nie dotyczą tylko jednostek. A po drodze były inne psychiki uwikłane w inne zależności.

      Kiedyś myślałam, że czynnik obiektywny jest w historii nadrzędny, ale teraz wydaje mi się, że jest tylko równorzędny do czynnika subiektywnego, do tego, co się dzieje z jednostką, która uczestniczy w czymś ważnym. I do tej całej subtelnej tkanki zależności między tym, co wobec człowieka zewnętrzne (społeczeństwo, edukacja itp.) i co w nim siedzi i gniecie, a co nazywamy rodziną.

      Swoją drogą, kiedy Twoja książka o R.H.? :D

      Usuń
    3. Nie wiem kiedy ksiazka bo ja nadal uwazam ze mam za malo dokumentow do pisania ;D ale zalazki sa jako takie.

      Co do twoich spostrzezen, Heydrich sprawil, ze zaczelam na historie wlasnie tak patrzec i nie powiem, ze jest to optymistyczne, bo to jednakowoz przenika do terazniejszosci i w sumie nic sie nie zmienilo i nie zmieni. A co do Napoleona, fantastycznym jest jak zaraz po jego smierci mial PR tak czarny jak obecnie Hitler i z latami to słablo. Boje sie powtorki z historii

      Usuń
    4. Osobiście, przepraszam za słowo, nie wierzę w te pierdolenie Heydricha o masonach i kosmitach.
      Dlaczego? Po prostu, Heydrich był zbyt oblatanym człowiekiem, żeby wierzyć w takie bzdety. Masoni, Żydzi, Cyganie, Rosjanie, kosmici i starożytni Aztecy, wszyscy byli tylko i wyłącznie "wrogiem urojonym", których zgładzenia zapewniłoby Hedrychowi:
      a. uznanie szefa
      b. dziedzictwo tronu.
      Oczywiście po drodze był jeszcze Goering, Himmler i inni, ale...

      Usuń
    5. zaskoczylbys sie z jakimi ten czlowiek potrafil wylatywac rzeczami. czytales jego legendarne oblicza naszej walki albo jego przemowy, w towarzystwie esesmanow on potrafil czadzic takie farmazony ze poezja. polecam jego tworczosc. wstepy do kriminalistika tez są super xd

      Usuń
  4. Niestety nie znam niemieckiego, a jako, że jestem w wieku przedemerytalnym, raczej nie mam możliwości aż tak głębokiego badania Heydricha. Mam natomiast angielskiego "Life of Heydrych" z chomika, i właśnie sobie go czytam.
    Mimo wszystko uważam, że hm...historycy czy biografowie 3ciej rzeszy (z małej) nie rozumieją pewnych zjawisk socjotechnicznych (własnie to , co oboje niejako oddzielnie napisaliśmy), a że na ogół są pewnym odpadem ekonomicznym, nie mają możliwości poznać mechanizmów władzy. A to jest właśnie clue jego (z małej) biografii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tez nie znam niemieckiego x3
      life of heydrich na chomiku, czy to gerwarth czy graber, grabera na chomiku nie widzialam ale tytul by pasowal, nie za dobra ksiazka, bo nie ma bibliografii. gerwartha natomiast polecam.
      bo o tych administracyjnych rzeczach ciezko sie pisze, bo bardzo trudnym jest opracowywanie tego typu materialow, z drugiej strony biografowie nie maja tez odwagi by zaglebiac sie w zycie prywatne i wychodza takie dziwne potworki niezbyt bogate w tresc

      Usuń
  5. Włąsnie chodzi o Gerwartha, z Bibliografią :)

    OdpowiedzUsuń