niedziela, 29 czerwca 2014

Placówka Gestapo w Legnicy


           Miałam pewien problem z poszukiwaniem materiałów o tym miejscu. Internet oferuje raczej skromne wiadomości na temat mrocznej kamienicy na Zakaczawiu znajdującej się na ulicy Daszyńskiego, na szczęście pomocą posłużyła mi też literatura.
         O Gestapo w Legnicy przeczytałam po raz pierwszy przy okazji lektury „Einsatzgruppen w Polsce” autorstwa Jochena Boehlera, Klausa Mallmanna i Jurgena Matthausa. Jak się okazuje esesmani pracujący w legnickiej placówce mieli ogromny udział w działaniach Einsatzgruppe III, które zostało powołane do życia we Wrocławiu. Kierownikiem legnickiej placówki był doktor prawa Wilhelm Scharpwinkel, równolatek Heydricha. Swoje stanowisko objął w 1939 i pełnił je 1940, potem został przeniesiony do placówki w Wilhelmshaven, gdzie pracował do 1942, skąd trafił do Wrocławia. Jednak, co ciekawe przed nim legnickim gestapo zarządzał Constantin Canaris (urodzony w roku 1906), który był bratankiem Wilhelma Canarisa, szefa Abwehry. Constantin Canaris, podobnie jak wuj, Constantin dzieciństwo spędził w Duisburgu. Tak jak Scharpwinkel uzyskał doktorat z prawa. W 1935 pracował w Gestapo w Berlinie, a po roku wylądował w Legnicy, skąd potem przeniesiono go do Brukseli. Odpowiedzialny był za zbrodnie w obozach w Breendonk i Soldau. Po wojnie został skazany na 20 lat więzienia, ale wyszedł na wolność w roku 1952, gdzie potem pracował w Henkelu. W latach 80 miały się odbyć kolejne rozprawy przeciwko Canarisowi, ale ze względu na samobójstwo jednego ze współoskarżonych odbyło się bez wymierzenia kary.
        Wilhelm Scharpwinkel miał mniej szczęścia i w październiku 1947 zmarł w więzieniu Rosyjskim (mówi się, że nie umarł samodzielnie). Zanim to się jednak stało on i jego esesmanów z legnickiego Gestapo wcielona została do Einsatzkommando nr 1 podporządkowanego pod Einsatzgruppe III. Wśród katów z Legnicy w tej formacji znajdował się Arnold Kirste (rocznik 1901 urodzony w Jarocinie), późniejszy koordynator mordów na łotewskich Żydach i Lothar Hoffmann, pracujący w kolejnych latach w Lublinie, gdzie odpowiedzialny był za eksterminacje Żydów.
        Co do placówki w sensie fizycznym. Zaprojektowana została przez Paula Oehlmanna i wzniesiona w roku 1929. Z początku znajdował się w nim regularny komisariat, jednak po dojściu Hitlera do władzy „zalęgło” się tam Gestapo. Obecnie obiekt jest zamknięty. Właściciel próbuje sprzedać go za pół miliona złotych z miernym skutkiem. Na muzeum czy tablicę upamiętniającą nie ma co liczyć. A szkoda! Jest to miejsce w miarę dobrze zachowane i przy remoncie mogłoby się stać naprawdę wartościowym muzeum, które jasno pokazuje okropieństwa nazistowskiego reżimu. Na ścianach wokół spacerniaka znajdują się nazwiska więźniów, polskie, rosyjskie, czeskie, niemieckie, z opisami kar, jakie spotkały tych ludzi. Równie dramatyczna jest postrzelana ściana znajdująca się nieopodal podpisów. Podobno była to strzelnica, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby strzelano z takiej odległości, co więcej w pobliżu są napisy, chociaż jedna z byłych więźniarek przekonuje, że było to miejsce przejściowe, dla ludzi, którzy często byli z wyrokiem śmierci (więcej info: http://liegnitz.pl/files/Tajemnica_sciany_smierci_2009.12.09.pdf ). Niemniej jest to ogromny pomnik ludzkiego cierpienia i upokorzenia, który nie jest w żaden sposób upamiętniony, a powinien być. A tymczasem budynek zarasta śmieciami, które utylizują tam mieszkańcy Legnicy (pozdrawiam) i obawiam się, że taki kawał historii obróci się w niwecz, a cierpienie wielu ludzi zostanie zapomniane i zaginie pod hałdami pustych opakowań po lejsach i butelkach po jakiś tanich blejbach. Ewentualnie właściciel dopnie swego i stanie tam kolejny apartamentowiec (oby nie).

środa, 25 czerwca 2014

KZ Dürrgoy – Wrocław Tarnogaj



To niepozorne zdjęcie pola zamieszczone wyżej zostało zrobione we Wrocławiu na Wzgórzu Gajowym, naprzeciw cmentarza, na miejscu „dzikiego” KZ Dürrgoy, jednego z pierwszych obozów koncentracyjnych w Trzeciej Rzeszy. Przez lata to miejsce było gruzowiskiem po zniszczonych zakładach „Silesia” (produkcja nawozów), w których pracowali więźniowie Dürrgoy. Z czasem zamieniło się ono w wysypisko śmieci, gdzie składowano odpady komunalne z pobliskiego osiedla. Do tej pory miejsce to nie jest w żaden sposób upamiętnione. Co więcej w 2005 roku wywieziono ziemię z budowy wrocławskiego Aquaparku, którą złożono na Wzgórzu Gajowym. Jest też pomysł by urządzić tam stok narciarski (przepraszam, za określenie, ale: no k***a „genialny” pomysł, który jest zresztą kontynuacją nazistowskich planów z 1941 roku). Póki co przy krótkim spacerze udało mi się tam nazbierać reklamówkę śmieci.
Powstanie KZ Dürrgoy datuje się na 12.03.1933. Był to jeden z wielu „dzikich” obozów, powstałych zaraz po dojściu Hitlera do władzy, gdzie więziono przeciwników politycznych, na których stosowano tzw. Areszt prewencyjny. Miejsce to cieszyło się bardzo złą sławą, do tego stopnia, że mimo, że obóz istniał jedynie do sierpnia 1933 to mieszkańcy powtarzali „byleby nie trafić na Tarnogaj”.
Edmund Heines, źródło: wikipedia
  Komendantem tego miejsca był oficer SA Edmund Heines. Urodził się w 1897 roku w Monachium. Brał udział w walkach podczas I wojny światowej. Nie mogąc pogodzić się z porażką Niemiec, wstąpił do Freikoprsu Rossbacha, stacjonującego w okolicach Gryfic, gdzie zabił podejrzanego o zdradę rolnika. By uniknąć odpowiedzialności za morderstwo zbiegł do Bawarii, gdzie stał się jednym z uczestników puczu monachijskiego. Sprawiedliwość dopadła go znacznie później bo w 1928, został skazany na 5 lat więzienia, ale na skutek amnestii wyszedł po roku odsiadki. Wraz z innymi członkami Freikorpsu Rossbacha dołączył do SA. Wykazywał się wielką ambicją i szybko awansował w strukturach organizacji. Z upływem czasu stał się coraz bardziej niezadowolony z polityki NSDAP. Doprowadziło to do wyrzucenia go z partii. W roku 1929 został rehabilitowany.
Z początkiem lat 30 stał się posłem do Reichstagu. W roku 1933 został mianowany szefem wrocławskiej policji. To on zadecydował o powstaniu KZ Dürrgoy. Powstał on w przeciągu zaledwie dwóch tygodni z wagonów kolejowych i prowizorycznych baraków, w których znajdowało się średnio 40 do 80 prycz. Na środku obozu mieścił się plac apelowy. Kontrolę nad nim sprawowało SA, straż nad osadzonymi pełniła tzw. Policja pomocnicza. Więźniów bito i zmuszano do wszelkich uwłaczających czynności takich jak: picie sosu po śledziach, odmawianie podawania wody, zmuszanie do wdrapywania się na drzewa i siedzenie na nich godzinami by o określonych porach wołać „kuku!”. Do obozu trafiło wielu szanowanych mieszkańców Wrocławia i nie tylko, między innymi byli to: Karl Marche -burmistrz Wrocławia, Hermann Lüdemann - prezydent Dolnego Śląska, czy Fritz Voigt - były szef policji.
Na szczęście nacisk opinii publicznej sprawił, że obóz zamknięto. Niestety przebywających w nim wówczas 343 więźniów przewieziono do Esterwegen, który podlegał pod jurysdykcję SS.
Co do Edmunda Heinesa, to nie pożył długo.  Stał się jedną z ofiar nocy długich noży. Esesmani zastali go w łóżku ze swoim osiemnastoletnim kochankiem. Świadkiem zdarzenia był sam Hitler. Heines został zamordowany w więzieniu Stadelheim 30 czerwca 1934 roku z rozkazu duetu Himmler i Heydrich. W dzień później, jego młodszy brat: Oskar Heines, również z SA, usłyszał w radiu o egzekucji brata. Razem z Wernerem Engelsem, innym członkiem SA został aresztowany tego samego dnia i w nocy przewieziony do Leśnicy, gdzie zostali rozstrzelani z rozkazu SS Obergruppenfuhrera Udo von Woyrscha.

AL Breslau – Lissa – Obóz Pracy w Leśnicy - Filia Gross Rosen


dawne koszary SS, foto: Google Street View

          Często bywam na Dolnym Śląsku i spora jest szansa na to, że kiedyś się tam przeniosę. Rok temu odwiedziłam obóz koncentracyjny w Rogoźnicy (Gross Rosen), jednak jakoś zawsze  składało się tak, że nie miałam czasu, albo możliwości by zwiedzić, czy zlokalizować (jako, że zachowało się niewiele dokumentów na ten temat) liczne filie Gross Rosen rozsiane po całym Dolnym Śląsku. Parę lat temu zajrzałam do wrocławskich oddziałów tegoż, ale nigdy nie zaniosło mnie do podwrocławskiej Leśnicy.
         W Leśnicy mieścił się pierwszy z oddziałów Gross Rosen, AL (Arbeitslager – Obóz pracy) Breslau-Lissa. Powstał w sierpniu 1942 roku. Znajdował się on przy obecnej ulicy Trzmielowickiej, w pobliżu koszar SS, w których obecnie znajduje się jednostka wojskowa. Więziono tam około 600 mężczyzn różnej narodowości, choć z początku liczba ta wynosiła 150 osób (z pierwszego transportu z sierpnia 1942 do marca roku kolejnego przeżyło zaledwie 17 osób!) i dopiero w 1944 drastycznie wzrosła. Najwięcej było Polaków, zaraz za nimi uplasowali się Rosjanie, potem Ukraińcy, Niemcy, Francuzi, Czesi, Jugosłowianie i Żydzi, których przewieziono do Leśnicy z Auschwitz. Rosjan w 1944 wywieziono w nieznanym kierunku. Wszystkich przetrzymywano w pojedynczym baraku, który niegdyś był stajnią. Było tam jeszcze kuchnia. Barak ogrodzony był drutem kolczastym. Zadaniem więźniów była rozbudowa dróg i pobliskich koszar. Pracowali także przy warsztatach znajdujących się w jednostce i na pobliskiej stacji kolejowej przy wyładunku. Śmiertelność w obozie wynosiła od 8 do 10 osób tygodniowo.
        23 stycznia 1945 zapadła decyzja o ewakuacji obozu. Więźniom rozkazano przejść na pieszo z Leśnicy do Rogoźnicy (co stanowi około 60-70 km, wyobraźcie sobie jeszcze, że to środek zimy). Marsz ten zajął 3 dni, podczas których wielu więźniów padło z wyczerpania, bądź zostało zastrzelonych przez Niemców. Resztę przewieziono do Buchenwaldu.
Jak wspominałam obecnie mieści się tam jednostka wojskowa, stąd nie można robić tam fotografii, ani dostać się do środka. Z pomocą przychodzi jednak Google Street View, gdzie można sobie popatrzeć na teren, który nie został najwyraźniej zastrzeżony, bo wszystko widać jak na dłoni (vide fotka wyżej).

czwartek, 19 czerwca 2014

Opracowanie artykułu z "Historia" z października 1978 cz. I

Lina Heydrich w rok po śmierci męża - zdjęcie z artykułu
 Po wielu trudach udało mi się uporać z artykułem pochodzącym z francuskiego miesięcznika "Historia". Znajdowały się w nim fragmenty wywiadów z Liną. Jej opowieści poświęcone są... pieniądzom i materialnemu aspekcie życia w przeważającej większości. Zaczyna się grubo bo od wyliczania pensji i jak słusznie zauważyła Katarzyna, moja dziewczyna: nie pamiętała jak dokładnie wyglądał dzień ślubu, ale doskonale wiedziała ile zapomogi dostała za śmierć syna. I z tą myślą zapraszam do lektury. Jak zwykle wszystko, co pochodzi od Liny proszę przesiać mocą swojego umysłu.

             Na początku znajduje się krótka wzmianka o samym Heydrichu. Informuje nas o tym, o czym zapewne każdy z moich czytelników (a także czytelników Wikipedii, ale to już inna sprawa…) wie, że zmarł on w wyniku zamachu 4 czerwca 1942 w Pradze, zamachowcy byli przedstawicielami czeskiego ruchu oporu, Heydrich zaś piastował stanowisko Zastępcy Protektora Czech i Moraw, a także o tym, iż dzięki inteligentnej polityce kija i marchewki udało mu się stworzyć coś na kształt klimatu współpracy pomiędzy ludem czeskim i okupantem (nihil novi.) Dalej znajduje się informacja, iż po jego śmierci Lina Heydrich za zgodą Hitlera pozostała w Pradze razem z dziećmi.  W Panenskich Brezanach, dzięki wrodzonym zdolnościom pomnażania swoich pieniędzy, a także dzięki przymusowej "pomocy" więźniów z obozów koncentracyjnych, udało jej się stworzyć małe gospodarstwo, dzięki któremu była w stanie polepszyć swoją sytuację materialną. Sama zainteresowana wspomina, że jej życie nie należało do łatwych, mimo oszczędności, które posiadała. Możemy dowiedzieć się, że Reinhardowi pełniącemu funkcję Zastępcy Protektora należało się 1700 Reichsmarek , zaś po jego śmierci otrzymywała ona jedynie 1100, zaś po śmierci Klausa otrzymała do tego dodatek w wysokości 460 Reichsmarek. Dalej wspomina ona, że, kiedy upadek III Rzeszy zdawał się być nieunikniony, przypomniała sobie słowa jej męża, wypowiedziane na łożu śmierci:  „Jeśli Rzesza zostanie pokonana nie szukaj mieszkania w Berlinie, nie zatrzymuj się w Pradze,  ponieważ pełne są kłamców i złodziei, a musisz się liczyć z odwetem zwycięzców”. Pani Heydrich z owej cennej rady skorzystała dopiero pod koniec wojny; najpierw próbowała uzyskać pomoc od Himmlera, ten był jednak zajętymi innymi, poważniejszymi problemami, niż pomocą wdowie i sierotom, musiała więc działać sama.  Najpierw wysłała na Fehmarn dzieci, potem zaś do nich dołączyła. Opisuje, że Panenskie Brzerzany opuściła dokładnie 18 kwietnia 1945 roku. Zajęło jej pięć miesięcy, by przygotować i odbyć podróż tak, by skutecznie uniknąć wykrycia. Miała ze sobą niewielką przyczepę, którą sama pchała, czasem jednak ciągnęły ją samochody. Gdy spotykała na swojej drodze niemieckich żołnierzy, podawała swoją prawdziwą tożsamość, dla wszystkich innych miała przygotowaną zmyślną bajeczkę o chłopce, która zgubiła swoje dokumenty, teraz zaś ucieka przed Rosjanami. Przyczepka była wypełniona warzywami, a także pomniejszymi zwierzętami gospodarstwa domowego, tak, aby uwiarygodnić całą historyjkę. Zazwyczaj nie miała dzięki kamuflażowi żadnych problemów, czasem jednak sytuacja była zbyt niebezpieczna, na szczęście pani Heydrich była (posłużę się tutaj jej własnym cytatem, ocenę tych słów pozostawię Wam, drodzy czytelnicy) „młoda i posiadała pewien urok osobisty” (ciche lol), dzięki czemu udawało jej się wyjść z opresji obronną ręką.

wtorek, 17 czerwca 2014

Spotkanie z panią Heleną Vovsovą cz. III


źródło M. Williams Heydrich, the biography vol. I

          Pani Vovsova opowiadała nam też o wypadku i pogrzebie Klausa (nomen omen w dzisiejszym dniu wypadają jego urodziny). We wsi bardzo długo myślano, że ciało chłopca Lina zabrała ze sobą. Dokładnie, że zostało ono skremowane i przewiezione w urnie. Okazało się jednak, że nic takiego się nie stało. Gdy do Panenskich Brezan przybył Heider Heydrich i rozmawiał z panią Vovsovą powiedział jej, że Lina nie wzięła ze sobą Klausa (potwierdził to też w późniejszym wywiadzie) i chciała po niego wrócić po wojnie, co się nie stało. W 1948 roku pani Vovsova widziała rozkopaną cynową trumnę, w której złożono ciało Klausa. Od 45 roku przez pewien czas rezydowali tam Sowieci, więc być może to oni wykopali ciało dziecka. Z trumny w instytucie metalurgii zrobiono popielniczki (!!!!), które do tej pory są w wielu domach w Panenskich Brezanach. Sam pogrzeb i przygotowania do niego również nie należały do przyjemnych. Zaraz po śmierci chłopca, o której pisałam już wcześniej (KLIK!), Lina ułożyła jego ciało, ubrane w mundur Hitlerjugend, na katafalku w jednej z pałacowych sal, nad nim znajdował się portret Hitlera i „Mein Kampf”. Ten makabryczny obrazek był na widoku publicznym i pani Vovsova wspominała, że widziała wielkiego siniaka na głowie Klausa i bandaż na jego szyi. Sam pogrzeb obserwowała z oddali. Było na nim wielu chłopców z HJ, a także ulubiony kucyk Klausa. Żydzi mieli wykopać jeden dół, ale Lina nie chciała złożyć syna do grobu stworzonego przez Żydów. Niemcy wykopali więc inny grób. Ironicznie pierwszym lekarzem, który próbował ratować Klausa był jeden z więzionych przez Linę Żydów.
            Choć był to jeden z bardziej makabrycznych pokazów zorganizowanych przez wdowę po Heydrichu, to był też inny. Na półpiętrze znajdowała się gablota, w której wystawiony był mundur (płaszcz?), czapka i biały pulloverek (do końca wierny swojemu stylowi, podziwiam), który Heydrich nosił w dniu zamachu. Był tam również jego sztylet i szabla.
Pani Vovsova opowiedziała nam również o rozkładzie pomieszczeń w pałacu w Panenskich Brezanach. W wejściu znajdował się pokój adiutantów, dalej klasa, w której uczyły się dzieci, pokój dla niań, łazienka, po drugiej stronie był pokój nauczycielki i „putzzimmer” (gdzie czyszczono buty). Dalej była sala, w której spoczywało ciało Klausa, był tam kominek gdzie znajdowało się nieszczęsne zdjęcie Hitlera i MK, dalej był mały pokój dla służby i łazienka, jadalnia dla służby. Dalej znajdowała się spiżarnia, pani Helena wspomina, ze akurat w dzień zamachu przywieziono tam włoskie wino, były tam też tam winogrona. Na parterze znajdowała się też kuchnia. Na półpiętrze była wyżej opisana gablotka. Na pierwszym piętrze była sala, w której Heydrich ćwiczył szermierkę, po jednej stronie była sypialnia liny, słynna złota łazienka, pokój dla służby, pokój Silke, po lewej łazienka rogowa, pokoje Klausa i Heidera. W drugim skrzydle swoją sypialnię miał Heydrich, dalej była jego biblioteka, wielka jadalnia, z której można było zejść schodami do ogrodu, Lina kazała je jednak wyburzyć, w tym skrzydle były także łazienki.  

sobota, 7 czerwca 2014

Jeszcze trochę o dzieciństwie Heydricha - czyli czemu warto zajmować się własnymi dziećmi

źródło: ww2gravestone.com
Dziś znów powracam do dzieciństwa Heydricha, które, jak chyba już zauważyliście, jest dla mnie jednym z najciekawszych "obszarów badawczych". Odwołam się znów do książki Aronsona, który miał okazję przeprowadzać wywiady z siostrą Reinharda, Marią i do francuskiej pozycji pióri a Paillarda i Rougerie o wdzięcznym tytule: "Reinhard Heydrich, le violoniste de la mort". Przy czym mam tu na początku zastrzeżenie: Aronson to źródło dość sprawdzone, trochę już trąci myszką, ale nadal wszyscy biografowie Heydricha korzystają z jego badań i raczej da się mu wierzyć. Co do francuskich autorów, to mam problem tego rodzaju, że nie podają źródeł swoich informacji, za to korzystali podobno z pomocy szwagierki Reinharda, Trude jak i również rozmawiali z Marią, korzystali też bardzo mocno z wiedzy Aronsona. Czy to prawda nie wiem, stąd nie bierzcie informacji od nich jako pewnik.

Zacznijmy zatem od Aronsona. Autor podaje nam szereg przykładów, na to, że rodzina traktowała Heydricha jako brzydala i odmieńca od najmłodszych lat (ludzie naprawdę, spójrzcie na to zdjęcie, może jestem dziwna, ale jego siostra tu jest największym paszczakiem i to ona wygląda na przyszłą Płową Bestię, a mały Reinhard to całkiem urocze dziecię, podobnie jak jego brat) , przez co coraz bardziej odgradzał się on od ludzi. Jak wiemy od Deschnera i Schultze Maria była tą faworyzowaną.
Przejdźmy do sytuacji opisanej przez Aronsona: Podczas jednego z wielu przyjęć mały Reinhard jak zawsze został przez wszystkich opuszczony i nikt nie chciał się z nim bawić. Zdesperowany i zapewne bardzo wystraszony chłopak miał krzyczeć żeby ktoś się nim zajął, jednak rzecz jasna nic takiego się nie stało, a rodzina miała kolejny powód, żeby twierdzić, że to z nim jest coś nie tak a nie z nim. Reinhard później miał ogromny żal o to, że został zupełnie sam i nikt nie chciał nim się zająć, do swojej matki.

Przejdźmy teraz do Paillarda i Rougerie. Jak wspominałam, nie traktujcie ich jako najświętszej prawdy, ale nie sądzę, że zazwyczaj cięci na nazistów w swoich książkach Francuzi pochylaliby się nad Heydrichem, ale różnie może być, więc doza ostrożności wskazana. Panowie rozpisują się dość szczegółowo o atmosferze w domu Heydrichów i jest to naprawdę bardzo naturalistyczny opis. Elżbieta Heydrich miała pilnować, czy dzieci wystarczająco głośno się modlą i nasłuchiwała zza drzwi. Maluchy pod groźbą kary cielesnej nie mogły też odzywać się przy śniadaniu. Nad ranem Elżbieta przetrząsała im teczki przed wyjściem do szkoły czy wszystko jest spakowane i czy jest spakowane "ładnie". Jeśli nie było to szarpała swoje dziatki i biła je. Miała to też zlecać Brunonowi, który jednak brał płaczące maluchy na bok i udając, że wymierza im karę naprawdę głaskał je i próbował uspokoić.
Elżbieta miała też podobno w zwyczaju nazywać Reinharda, że jest brzydalem i "pocieszała" go, że "przynajmniej jesteś mądry". Bruno nie był lepszy i słysząc głos syna mówił mu, że "śpiewakiem to ty nie będziesz". Dzieci nie bawiły się z nim, bo wolały towarzystwo jego rodzeństwa, a w tym czasie mały Reini grał sobie w kącie na skrzypcach.