sobota, 26 lipca 2014

Zamek w Jaworze - więzienie dla kobiet


 Na to miejsce trafiłam, a właściwie trafiłyśmy z Kasią zupełnie przypadkowo podczas drogi powrotnej z Bolkowa, późno w nocy (zdjęcia powstały parę dni później w dziennym świetle dzięki Kasi również) i usłyszałam o historii jaworskiego zamku. Sama budowla jest wiekowa i przechodziła wiele modernizacji, a w obecnym stanie prezentuje się... no. Niezbyt dobrze. Obecnie służy jako miejsce nocnych spotkań w celu spożywania alkoholu. Na szczęście pomimo walących się tynków losy przetrzymywanych tam Francuzek i Norweżek zostały upamiętnione.
Niestety, za wiele nie da się o nich przeczytać, ani nie udało mi się dowiedzieć od znajomych jaworzan. Wiadomym jest, że od 1888 było w zamku ciężkie więzienie dla kobiet (wcześniej mieścił się tam jeszcze szpital psychiatryczny, generalnie historia tego miejsca nie jest zbyt przyjemna), a w czasie wojennych przetrzymywano tam członkinie francuskiego i norweskiego ruchu oporu. Jednakże nie udało mi się ustalić kiedy panie trafiły do jaworskiego więzienia (może już od 1940 roku, może później), w zamku do września można obejrzeć wystawę poświęconą więziennictwu i być może tam da się coś więcej przeczytać, ale moja sonda niestety tam nie dotarła. Nie natrafiłam więc na żadne wspomnienia dotyczące ich losów. Wiadomo, że w 28 stycznia 1945 roku 1200 kobiet zostało wysłanych na "marsz śmierci" w kierunku Zgorzelca, a potem wgłąb Rzeszy. Co się z nimi stało? Być może ktoś mógłby napisać mi o tym coś więcej, byłabym bardzo wdzięczna.
Znacznie lepiej opisane są czasy stalinowskie, kiedy przetrzymywani i mordowani tam byli Polacy.
Ale o mężczyznach zazwyczaj pamięta się lepiej.

poniedziałek, 21 lipca 2014

AL Bolkenhain i Nebenlager Rote Höhe

Jak się okazuje Castle Party może być doskonałą okazją do poznania Bolkowa z nieco innej strony. 
Idąc/Jadąc drogą przecinającą Górę/Wzgórze Ryszarda a potem też Czerwone Wzgórze w kierunku na wieś Wolbromek na Czerwonym Wzgórzu właśnie znajduje się obelisk upamiętniający ofiary lokalnych obozów. 
Najsłynniejszą z nich był AL Bolkenhain istniejący od 1944 roku, ale trzeba nadmienić, że było ich znacznie więcej i obecnie trudno ustalić dokładnie ile i jakiego rodzaju. W pobliskim lesie znaleziono parę lat temu zwłoki  trzech zamordowanych więźniów, którzy próbowali zbiec z obozu. Istnieją relacje, że inni pracowali w podziemnej fabryce znajdującej się pod Wzgórzem Ryszarda.
    Na tablicy pamiątkowej widnieją lata 1940-45. Bolków i okolice mają zatem długą historię związaną z nazistowskimi obozami. 
Tak jak wspominałam najlepiej znanym jest AL Bolkenhain. Był on zlokalizowany na Górze Ryszarda, jednak upamiętnia go również obelisk dotyczący Nebenlageru Rote Höhe (o tym obozie pracy przymusowej nie wiadomo wiele, parę reliktów widocznych jest w polach i porosłych trawą i krzewami, było tam 6 baraków gdzie przetrzymywano jeńców: Polaków, Francuzów i Czechów). A: Bolkenhain założony został jako jedna z setek filii Gross Rosen, w sierpniu 1944 roku. Są dwie wersje dotyczące baraków: niektóre źródła podają 5 inne 13. Liczba osób, które przeszły przez AL Bolkenhaim waha się od 800 do 1500. Więźniami najczęściej byli Żydzi różnych narodowości, głównie polskiej. Komendantem obozu był oficer SS Fritz Wolff. Więźniowie pracowali głównie dla Vereinigte Deutsche Metallwerke, gdzie zmuszani byli do produkowania części do samolotów. Innych naziści wykorzystywali do budowy dróg i wycinki drzew. Śmiertelność w obozie była wysoka, oscylowała pomiędzy 20 a 25%. Trudne warunki w letnim skwarze dość łatwo sobie wyobrazić stojąc chociaż 5 minut w pełnym słońcu przed obeliskiem w środek lata. I skoro po 5 minutach miałam ochotę zemdleć, a zostałam tam przywieziona samochodem z klimatyzacją to wyobrażenie sobie, że ludzie musieli tu gnieść się w ciasnych barakach, katorżniczo pracować nie mając zapewnionego odpowiedniego wyżywienia i opieki lekarskiej, naprawdę daje do myślenia o skali bestialstwa jaka miała tu miejsce.
         W lutym 1945 Niemcy podjęli decyzję o ewakuacji obozu. Zdrowym więźniom nakazano iść do Jeleniej Góry i do czeskiego Rychnova, a później przewieziono ich do Buchenwaldu.
Obecnie jak widać obozy bolkowskie upamiętnia obelisk, pod którym znajdowało się parę wypalonych zniczy i parę bukietów sztucznych kwiatów. W internecie znajdują się informacje o mszach w intencji ofiar. Niestety mimo świadomości części mieszkańców okolicy inni urządzili sobie śmietnisko dookoła. Zaraz przy obelisku gdzie się zatrzymaliśmy czekał nas taki widok:
Świeże śmieci i piętrzące się dalej w krzewach coraz starsze. W foliówki jakie mieliśmy pod ręką pozbieraliśmy co się dało i zutylizowaliśmy to w Bolkowie. Co do samego oznakowania miejsca pamięci to jest nie najlepiej. Gdyby nie informacje w internecie, do których zagnała mnie ciekawość (bo skoro w praktycznie każdym miasteczku Dolnego Śląska znajdowała się filia Gross Rosen, to czemu nie w Bolkowie), to będąc w Bolkowie po prostu nie dowiedziałabym się o istnieniu AL Bolkenhain. Nie ma żadnego drogowskazu pokazującego drogę na obelisk i wyjaśniającego co on upamiętnia. Tak na dobrą sprawę gdyby nie miejscowy kolega mojej dziewczyny to nie wiem czy udałoby mi się ten obelisk znaleźć, bo zaczyna on zarastać roślinnością. Taki drogowskaz i krótka informacja nie powinny być strasznym obciążeniem dla Bolkowa a sprawiłyby, że to miejsce zaczęłoby wyglądać nieco lepiej.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Opracowanie artykułu z "Historia" z października 1978 cz. IV

Lina Heydrich źródło: radio.cz
       Dalej Lina przechodzi do tematu Żydów i Zagłady, i robi się i śmiesznie i strasznie jednocześnie, a przede wszystkim bardzo niesmacznie.
Potwierdza, co prawda, konferencja w Wansee miała miejsce, ale twierdzi, że było to spotkanie Interpolu. Heydrich zaś, będąc Interpolu prezydentem, musiał być na nim obecny. Uważała ona również, iż owszem, konferencja miała na celu rozwiązanie żydowskiego "problemu", nie padło jednak ani słowo na temat eksterminacji całego narodu. Pozwolę sobie znów zacytować: "Po upadku pomysłu z Madagaskarem, Etiopią czy Palestyną, mój mąż forsował projekt stworzenia Państwa Żydowskiego w górach Uralu. Eksterminacja w obozach koncentracyjnych miała miejsce po śmierci mojego męża, to Himmler postanowił, żeby operację odebrania żydom dóbr, biżuterii i ubrań nazwać "Operacją Reinhard" (wersja alternatywna nazewnictwa OR miała być nazwana od Fritza Reinhardta, ale spór dotyczący OR nadal trwa). Himmler, mimo wszystko, nazwał ją tak przez wzgląd na pamięć o moim mężu." Potem Lina sugeruje, że gdyby Heydrich żył, to do Holokaustu nie doszłoby na taką skalę. Mówi też o tym, że jej mąż wcale nie chciał egzekucji (a obóz w Chełmnie?), i uważa, że po wojnie zostały znalezione dokumenty w których jest to wyszczególnione, jednakże z OCZYWISTYCH względów (SIC!!!!) woli się o nich nie mówić. Kolejny cytat:" był (przyp. aut.: Heydrich) wrogiem Żydów, nie ze względu na rasizm, ale bezpieczeństwo. Dla niego, Żydzi byli o tyle czarujący, co stanowiący zagrożenie w tak wielkiej liczbie. Myślę, że to dlatego, że nigdy nie czuli się jak w domu w żadnym kraju, poza swoim własnym, ponieważ byli inteligentni i majętni. Więc dla niego były to kwestie przede wszystkim bezpieczeństwa. Mówiono, że prawdziwym powodem jego odczuć względem Żydów było to, że sam miał żydowską krew, a Hitler i Himmler wiedzieli o tym i używali tego faktu do manipulacji nim. To tylko plotki! Mój mąż w istocie miał żydowskiego krewnego, była to żona jednego z jego wujków, żyjących w Dreźnie, Hansa Krantza. Nazywała się Iza Jarmy (jak wiemy nie była to Iza Jarmy, a Boriska Lobstein), była bardzo miła i nie zapomniałam jej ogniście czerwonego koloru włosów. Pozostawaliśmy w dobrych kontaktach (to ciekawe czemu w 1943 ciocia Boriska wylądowała w obozie koncentracyjnym, gdzie potem została zamordowana?)." Potem Lina mówi także o tym, że wszyscy, którzy rozpuszczali plotki o żydowskim pochodzeniu Reinharda próbowali odciągnąć uwagę od siebie samych. Jako przykład podaje Schellenberga, który, według niej nie został potraktowany sprawiedliwie podczas procesów norymberskich przez "umówienie się" z aliantami "za plecami tych, którym przyrzekał wierność", robiąc to "nie dla idei, tylko dla własnego interesu". Ale to jeszcze nie koniec szaleństw pani Heydrich. Co prawda wspomina ona, że nie zaprzecza temu, jakoby masowych egzekucji miało nie być, ale... szuka dowodów (!!!!!!!) na eksterminację aż sześciu milionów Żydów, bo "przecież co prawda masowe egzekucje były przeprowadzane, ale w mniej niż trzy lata, taka ich liczba jest po prostu niemożliwa (a jednak)." Na dodatek "przecież zarówno Hitler, jak i mój mąż szukali terenów, na których Żydzi mogliby się osiedlić, dlaczego więc żaden kraj nie przyjął ich do siebie?" po postawieniu tego wywrotowego pytania, pani Heydrich puentuje je stwierdzeniem, że Niemcy nie miały monopolu na rasizm i fanatyzm. Po tak ciekawym wywodzie Lina znów zwraca po raz kolejny uwagę na to, że jej mąż nie był fanatykiem, tylko urodzonym policjantem, wszystko zaś robił dla bezpieczeństwa Rzeszy, która, według niego, miała jeszcze większego wroga, niż Żydów - komunistów. Pani Heydrich wspomina jego strach i nienawiść przed nimi, podkreślając, że byli dla niego o wiele bardziej od Żydów niebezpieczni. W podsumowaniu artykułu jest mowa o tym, że rodzina Heydricha, zarówno bliższa, jak i dalsza, nie interesuje się polityką, na historię patrzą zaś z ciekawością, ale nie różniącą się za bardzo od ciekawości innych ludzi, zaś dzieci Reinharda patrzą na niego przede wszystkim jak na kochającego ojca, którym, mimo wszystko, był i nie da mu się tego odmówić.

           Właściwie to powinnam to jakoś podsumować, ale Lina sama siebie nokautuje co zdanie. Dodatkowo jak zestawimy niektóre wiadomości z jej wspomnień z tym i innymi wywiadami, to podawane przez nią informacje są rozbieżne, jak choćby jej bracie i jego stosunku do nazizmu. I wydaje mi się, że niekoniecznie to wszystko wynika z chęci krycia się i uniknięcia odpowiedzialności (choćby za los więźniów jakich przetrzymywała w Panenskich Brezanach), choć zdecydowanie jest to czynnik dominujący w "twórczości artystycznej" wdowy po Heydrichu. Inna rzecz, która rzuciła mi się ostatnio w oczy to, to, że mimo zapewnień jak bardzo Heydrich był jej bliski, to ona prawie w ogóle go nie znała. Głupi, ale solidny przykład: Lina twierdziła, że Heydrich w połowie lat 30 po osiągnięciu mistrzostwa uprawiał szermierkę tylko hobbystycznie, co jest kompletną nieprawdą jak wykazuje choćby historyk B. Bahro w swoich publikacjach na temat sporu w SS, czy wspomnienia Heydrichowego bratanka, czy szereg zdjęć przedstawiających Heydricha na przeróżnych zawodach. Czy Heydrich nie mówił własnej żonie o sukcesach sportowych, czy chował trofea pod łóżkiem? Czy może ona nie była tym zainteresowana? Takich przykładów przy dokładnym studiowaniu Liny można liczyć na pęczki i wersje wydarzeń bardzo często zmieniają się w zależności komu Lina udzielała wywiadu, czy do kogo pisała.

sobota, 5 lipca 2014

Opracowanie artykułu z "Historia" z października 1978 cz. III

Heydrich na wakacjach na Fehmarn
 Lina coraz bardziej odpływa, więc zwiększajcie dystans:
 
     Ci, którzy próbowali skontaktować się z Liną Heydrich i udawało się im zdobyć jej numer telefonu na  Fehmarn byli przekonani, że popełnili błąd, kiedy z słuchawce odzywał się przyjemny  (mocno subiektywna, moim zdaniem, ocena) głos: "Frau Maninen". W rzeczywistości była to wdowa po Heydrichu, która powtórnie wyszła za mąż za Fina o nazwisku Maninen, mieszkając nawet  przez jakiś czas w Helsinkach. Lina, jak wiadomo, po jakimś czasie wróciła jednak na Fehmarn, przedstawiała się jednak nazwiskiem aktualnego męża. Autor sugeruje, iż pod wieloma względami Lina Heydrich nie poświęcała się dla Trzeciej Rzeszy jedynie jako oddana domostwu dobra matka i żona.
 W końcu to ona w 1931 roku jako świeżo upieczona panna młoda, przedstawiła Heydricha Himmlerowi. Była pierwszym sekretarką męża rok przed tym, zanim SD stało tak ogromną organizacją (nie sądzę). Potem, mimo, że nie była bezpośrednio w działalność Heydricha zaangażowana, według jej słów odgrywała niemałą rolę w przebiegu jego politycznej kariery. Jej wspomnienia wydawały się autorowi wyjątkowo dokładne, jej odpowiedzi mało inwazyjne, opinie zaś dosyć szokujące, bazujące widocznie na faktach podawanych jej przez męża. Kreślą one portret Reinharda bardzo różniący się od tego, jaki wydają się tworzyć fakty historyczne. Pozwolę sobie zacytować: „Błędem jest sądzić, że mój mąż był nazistą. Nie był nawet zwolennikiem Hitlera. Początkowo, gdy był oficerem marynarki, wyśmiewał jego tyrady. Potem, kiedy zobaczył rezultat jego idei i jego konsekwencję, musi przyjąć jego słowa poważnie. Hitler był dla niego ucieleśnieniem  pomysłu na kraj i myślę, że, jak w przypadku większości Niemców widział w nim możliwość zmniejszenia konsekwencji pierwszej wojny światowej. Jako, że mój mąż był ambitny, odkrył, że może zrobić błyskotliwą karierę i, w tym samym czasie, pomóc krajowi – wybrał taką drogę w dniu, w którym aplikował o pracę u Himmlera. Reinhard był podekscytowany zadaniem, które ten zlecił mu na rozmowie kwalifikacyjnej i w mniej niż pół godziny naszkicował schemat działania. Kiedy dowiedział się, że jego pomysły będą realizowane, pomyślał o tym jak o wspaniałej przygodzie (SIC!) i bezmyślnie się temu oddał. Wierzę, że nie tylko kochał robić to, co robił, ale dodatkowo był w tym naprawdę dobry (SIC!!!). Był urodzonym policjantem, posiadał pewien rodzaj inteligencji myśliwego, która pozwalała mu wyprzedzać pomysły jego wrogów, zanim jeszcze sami na nie wpadli.
         Pewnego dnia sama stałam się ofiarą jego niesamowitej prędkości myśli i umiejętności analizowania sytuacji. To było w 1941 roku, przed jego powołaniem w Pradze. Musiałam dostać się z Berlina do Fehmarn. W tym czasie nie miałam jeszcze samochodu. Przed moim wyjazdem z Berlina, Reinhard powiedział Schellenbergowi, jednemu ze swoich kolegów z pracy, który był w Lubeck, żeby zabrał mnie ze stacji i odwiózł do domu, ponieważ był w trakcie jednej z misji i korzystał ze służbowego samochodu. Tak się stało. Schellenberg faktycznie wyciągnął mnie z pociągu i zabrał na Fehmarn. Po drodze odwiedziliśmy kilka wiosek w Holsztynie, które pokazałam mu z przyjemnością. Kiedy wróciłam do domu, czekał na mnie telegram z podpisem Reinharda i zawierał tylko tych kilka słów: "Mam nadzieję, że było miło. Dlaczego trzy godziny spóźnienia?" Byłam w szoku. Faktycznie spóźniliśmy się tylko trzy godziny, wydawało się, że Reinhard przewidział to i dokładnie śledził nasze kroki co do minuty. Kiedy zapytałem go, jak dokonał tego wyczynu, po oczywistej scenie zazdrości, po prostu powiedział do mnie: "Po pierwsze, byłbym królem głupców, jeśli będąc szefem ochrony partii, nie byłbym w stanie wiedzieć, co robi moja żona. Następnie, wiedziałem, że Schellenberg nie przegapi okazji do oczarowania Cię, Ty zaś, przez kurtuazję, nie będziesz skłonna mu ulec. Wreszcie, ponieważ nie ośmielił się przekroczyć pewnej granicy i nie był w stanie zatrzymać się po drodze w barze lub restauracji, ponieważ za bardzo bał się, że zostanie zauważony, mogliście rozwijać swoją znajomość jedynie w samochodzie. Jeden z moich agentów śledził was i byłem informowany o każdym waszym przystanku w drodze. Voilà. Teraz, skoro już wiesz, że wiem wszystko, nie rób tego więcej... "
A to jak tę historię przedstawia Schellenberg:  http://plowabestia.blogspot.com/2013/09/zatrute-martini-rzecz-o-walterze.html

piątek, 4 lipca 2014

Opracowanie artykułu z "Historia" z października 1978 cz. II

Reklama pensjonatu Liny
Podobnie jak w poprzednim odcinku proponuję zachować zdrowy dystans do słów Liny. 

W końcu pani Heydrich udało się już znaleźć na Fehmarn, gdzie odnalazła rodziców i dzieci. Po pierwszym miesiącu pełnym szoku i napięć, życie musiało jednak wrócić do normy. Żona jednego z najpotężniejszych ludzi w Trzeciej Rzeszy postanowiła zostać hotelarzem. W willi, w której ona i jej mąż zamieszkali się w 1936 roku i od tego czasu spędzali tam wakacje i gdzie potem Reinhard starał się bywać tak często, jak go tylko możliwe, często nawet używając  prywatnego samolotu, założyła hotel, który szybko odniósł wielki sukces.  Wiele osób, zarówno Niemców jak i cudzoziemców chętnie płaciło za to, żeby jeść posiłki tam, gdzie stołowało się wiele ważnych postaci III Rzeszy, spać w pokoju,  w którym spał Himmler (sic! dobry pomysł na biznes) lub w którym Reinhard Heydrich, być może paląc kubańskie, najdroższe cygaro (nazizm taki straszny, cygara takie wyrafinowane…) knuł, jakby tu pogrążyć w chaosie Europę (tłumaczenie dosyć swobodne, ale oddaje powagę artykułu).
  Heider poszedł do szkoły i zaczął studiować inżynierię. Silke i Marte również podjęły studia, pomagając równocześnie matce w prowadzeniu hotelarskiego biznesu. Silke, która miała piękny głos zaczęła odnosić pewne sukcesy jako śpiewaczka operowa,  Marte zaś zajęła się na poważnie krawiectwem. Kiedy rodzina Heydrichów zaczęła już odczuwać pewną stabilizację, zaczęły się kłopoty. Tajemniczy pożar zniszczył hotel.  Kiedy Lina chciała uzyskać na jego odbudowę fundusze z urzędu miasta burmistrz poinstruował ją, że ma małe szanse na uzyskanie jakichkolwiek środków, kiedy zaś coraz mocniej nalegała powiedział, że nie chce się znaleźć na okładce "Der Spiegel" za pomoc wdowie Heydricha. Lina Heydrich musiała zapracować jakoś na życie, co było ciężkie, nie mogła bowiem znaleźć żadnej pracy przez polityczną zawieruchę, na domiar złego Silke ciężko zachorowała i musiała zrezygnować ze śpiewu. Sama Lina przyznawała, że do dziś, kiedy wspomina ten okres, chce jej się płakać. Rodzinie Heydrichów udało się jednak przetrzymać ten ciężki czas, Silke wyzdrowiała,  Linie, dzięki pomocy rodziców, udało się stanąć z powrotem na nogi i odbudować mały pensjonat, Heider ukończył studia inżynierskie. Marte poślubiła rolnika i również osiadła na  Fehmarn, Silke wyszła z kolei za mąż za pracownika szpitala w Hamburgu. W dniu udzielania wywiadu Lina miała 67 lat. Autor stara się być przychylny Linie i podkreśla, że mimo iż w dniu udzielania wywiadu Lina Heydrich miała 67 lat, to jej twarz nawet w tym wieku nosiła ślady dawnego piękna (sic!).  Powołuje się także na jej brata, który również mieszkał na Fehmarn i, według słów autora, zawsze był anty-ss (co było oczywistą nieprawdą, radzę spojrzeć chociażby do Deschnera, czy nawet do książeczki samej pani Heydrich, gdzie wspomina ona, że jej brat czynnie indoktrynował Reinharda) . Pani Heydrich urządziła się zresztą na stare lata całkiem nieźle, mieszkała bowiem w dwunastopokojowym pensjonacie, z małym stawem i kaczuszkami umilającym czas jej gościom. W sezonie turystycznym pomagała jej zatrudniona pokojówka, oraz Marte. Resztę czasu w roku spędzała ze swoim samochodem – Renault 4, którym jeździła na pobliski rynek. W święta i urodziny była w tym czasie otoczona przez sześcioro wnuków, siódmy zaś był w drodze. Heider objął ważne stanowisko. Silke mieszkała w Hamburgu, zachowała dawną urodę i talent do śpiewania, Marte zaś prowadzi spokojne życie gospodyni domowej. Raz w roku, cała rodzina miała się spotykać się w Berlinie na Cmentarzu Inwalidów przy nieoznaczonym grobie Reinharda.

Zdjęcie:
M. Williams, Heydrich: The biography vol. I 

czwartek, 3 lipca 2014

Heydrich w Hamburgu 1931 - narodziny Płowej Bestii

Legitymacja partyjna Heydricha z 1938 roku
        Heydrich wstąpił do NDSAP 1 czerwca 1931 roku, w Hamburgu, otrzymując legitymację członkowską z numerem 544,916. Ten okres jego działalności jest nader skromnie udokumentowany i tak naprawdę do końca nie wiemy co działo się od czerwca aż do sierpnia 1931 roku. Informują nas o tym jedynie urywki i domysły.
        Naczelna z nich pochodzi od Eduarda Calica, autora nader dziwnej i opartej głównie na domysłach biografii Heydricha. Pisał on, że Heydrich po wstąpieniu do NSDAP brał udział w ulicznych walkach z komunistami. Miało to miejsce przed zbliżającymi się wyborami komunalnymi. Pośród członków Komunistycznej Partii Niemiec miały szerzyć się pogłoski o "Blond/Jasnowłosej/Płowej Bestii z Dovenhof". Bestią tą był Heydrich. Był on przywódcą jednego ze zmotoryzowanych oddziałów NSDAP. Jego skromne komando słynąć miało z niebywałej wojskowej dyscypliny. 
Jak słusznie zauważa Robert Gerwarth pogłoski te mogą być wyolbrzymione, bowiem nazistowska propaganda z pewnością wykorzystałaby tę historię po śmierci Heydricha żeby wzmocnić legendę po zmarłym i pokazać go jako "heroicznego" bojownika. Być może tego typu artykuł gdzieś się ukazał, ale na razie nikt do niego nie dotarł i "Blond Bestia" może być równie prawdopodobna co fantastyczne historie o romansie Wilhelma Canarisa z Matą Hari (które sam z lubością rozpuszczał). 
         Faktem jest, że Heydrich brał udział w walkach z komunistami. Lina Heydrich wspominała, że mąż (wówczas narzeczony) "walczył" na Dovernhof i innych dzielnicach (tu następuje mój problem i proszę ludzi z Hamburga o pomoc: z tego co wyszukałam Dovenhof to nazwa jednego z biurowców w Hamburgu, który był prototypem tzw. Kontorhausów, czy jest to też zwyczajowa nazwa dzielnicy, na której rzeczony Dovenhof się mieści, czy Dovenhof jest gdzieś indziej. Problem nr 2, Lina mieszkająca niedaleko Hamburga nazywa tą dzielnicę Dovernhof, ale takowej nigdzie nie znalazłam, czy to jej błąd, czy zmiana administracyjna?), gdzie dochodziło do krwawych starć i w ruch szły pięści, pałki, a nawet broń palna. Czyni przy tym dziwną uwagę, która wybrzmiewa u niej jakoś radośnie, a mi jako czytelnikowi wcale miło nie jest: "nic już nie przypominało w nim chłopca ze skrzypcami. Z syna artystycznej rodziny zmienił się w żołnierza". Co więcej zaczął sobie stwarzać nową przeszłość o czym informuje nas Aronson powołując się na doktor Lehmann (tą samą, która chwaliła Heydricha za grę na skrzypcach podczas wspólnych spotkań w Kilonii). Spotkała go podczas jazdy w pociągu. Heydrich, w cywilnych ubraniach zmienił się nie do poznania. Zmizerniał, wyglądał na niedożywionego i zasmuconego. Uparcie wmawiał jej, że wydalono go z marynarki za nazistowskie sympatie, co jak wiemy było kompletną nieprawdą.
          Kolejną uwagę o "kibolskim" epizodzie życia Heydricha czyni Himmler w przemowie po śmierci tegoż: "Heydrich, były porucznik, wstąpił jako prosty esesman do małego hamburskiego SS i pełnił w nim służbę wraz z tymi wszystkimi dzielnymi, zazwyczaj bezrobotnymi chłopcami, którzy wszystko zaczynali, urządzając walki w salach i szerząc propagandę w licznych czerwonych dzielnicach miasta." (cytat za: G. Deschner, Reinhard Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej)
          

Źródła:
L. Heydrich, Muj zivot s Reinhardem
R. Gerwarth, Kat Hitlera
G. Deschner, Reinhard Heydrich namiestnik władzy totalitarnej,
S. Aronson, Heydrich und die Anfänge des SD und der Gestapo. 1931-1935
E. Calic, Reinhard Heydrich, the Chilling Story of the Man Who Masterminded the Nazi Death Camps

Zdjęcie:
L. Heydrich, Muj zivot s Reinhardem