wtorek, 29 grudnia 2015

Heydrich i Himmler - ciekawostki

Kończy się 2015 rok. Moja książka ma na razie 149 stron. Nie chcę jednak całkiem porzucać bloga, stąd dziele się z Wami paroma osobliwymi anegdotami. Bardzo wiele jest teorii na temat kontaktów pomiędzy Heydrichem a Himmlerem. Część autorów uznaje, że była to krwawa rywalizacja, inni, że równie krwawa symbioza. Niektórzy twierdzą, że panowie się prywatnie nie cierpieli. Inni uznają, że byli bliskimi przyjaciółmi. Trudno dociec jak było naprawdę, jednak moim zdaniem, analizując wiele wypowiedzi samego Heydricha, wydaje się, że prywatnie Himmlera on wcale nie lubił i traktował go jako mało kompetentnego. Podam parę przykładów:

Himmler z przyjacielem źródło: Max Williams, Heinrich Himmler
Na zachętę powyżej Rasa Panów in it's best... Niestety Max Williams nie podał kim jest przyjaciel Himmlera, który w stylowy sposób opiera na nim ramię.

1. W kontaktach oficjalnych Heydrich zwykł powtarzać tak jest Herr Reichsfuehrerze, przy czym w SS zwracano się do siebie tylko po stopniu, bez dodawania Pan. Heydrichowi ten sposób zwracania się do przełożonych pozostał z czasów marynarki. Lina była zdania, że to właśnie w Reichsmarine, jej mąż nauczony został mówić tak jest, nawet jeśli prywatnie miał zupełnie inne zdanie na jakiś temat. Stanowiło to dobrze znane u Niemców z pokolenia dorastającego w cieniu pierwszej wojny światowej tłumaczenie swoich poczynań koniecznością wykonania rozkazu. Wykonywałem tylko rozkazy doskonale uwalniało sumienie od winy. Heydrichowi jednak niełatwo było znosić fantasmagorie Himmlera. Uważał go za niekompetentnego, idealny typ belfra. Przypominał mu swoje marynarskie nemezis: admirała Raedera. Często powtarzał: Naród niemiecki stracił dwóch wspaniałych profesorów gimnazjalnych. By poradzić sobie z Himmlerem opracował pewien sposób, który zdradził swojej małżonce. Słysząc bezsensowną gadaninę Reichsfuehrera, Heydrich wyobrażał sobie: Myślę sobie wtedy zawsze – jak by też on wyglądał w kalesonach. I to pomaga. - źródło:  G. Deschner, Reinhard Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej, 

2. Himmler zaproponował Heydrichowi zwracanie się do siebie po imieniu, Heydrich jednak odmówił. - źródło. S. Aronson, Heydrich und die Anfange des SD und der Gestapo (1931-1935)


klasyka gatunku. Źródło: http://collections.ushmm.org/search/catalog/pa1151293

3. W 1932 roku biuro Heydricha (które wówczas mieściło się w jego domu) odwiedzić mieli Himmler, Hess i Roehm. Nim do spotkania doszło Lina Heydrich, która zajmowała się ogrzewaniem domu i paleniem w piecach kaflowych rozlokowanych po obu stronach korytarzy monachijskiej willi zauważyła, że dzień w dzień pozostawiane przez nią zapałki znikają w tajemniczych okolicznościach. By wykryć złodzieja Lina wybrała się do sklepu ze śmiesznymi rzeczami i zakupiła wybuchowe zapałki. Zostawiła je na jednym z pieców. Chwilę potem Heydrich zszedł z piętra, na którym mieściło się jego prywatne biuro i pełen radości oznajmił, że Roehm i Hess byli w drodze. Sekretarz Stohmeyer został wysłany po dwa cygara – jedno dla Roehma, drugie dla Himmlera, a także małą butelkę wina porto. Goście przybyli. W części oficjalnej Heydrich zaprezentował im dotychczasową dokumentację wrogów NSDAP, a także plan obrazujący działanie SD. Roehmowi prezentacja ta przypadła do gustu i zdecydował się wesprzeć finansowo służbę bezpieczeństwa. Po części oficjalnej nadeszła część towarzyska. Obecni wychylili kieliszek porto. Stohmeyer poczęstował gości cygarami i wyciągnął z kieszeni zapałki. Chciał odpalić papierosa Roehmowi, kiedy rozległ się wybuch. Himmler zaczął szukać osłony przed zagrożeniem, szef SA zrobił się blady jak ściana. Dopiero interwencja Liny Heydrich, która opowiedziała historię o wybuchowych zapałkach rozluźniła nieco napiętą atmosferę. Roehmowi dowcip ten niezwykle przypadł do gustu - źródła: G. Deschner, Reinhard Heydrich, namiestnik władzy totalitarnej oraz L. Heydrich, Muj zivot s Reinhardem

4. Heydrichowie zaprosili na Fehmarn Himmlera. Heydrich uczulał żonę, że szef jest bardzo drobiazgowy, dlatego dokładnie trzeba wypielić ogródek. Wielogodzinne prace i usuwanie wszelakich chwastów poszło na marne: Himmler ledwie wszedł na działkę i od razu wypatrzył jakieś nieestetyczne zielsko. - źródło:  L. Heydrich, Muj zivot s Reinhardem

poniedziałek, 30 listopada 2015

O mojej książce odcinek kolejny

     Dawno tutaj nie pisałam, ale to nie znaczy, że porzuciłam zupełnie Płową Bestię. Nadal mam czkawkę po aferze z panią Kubay i szczerze powiedziawszy nie uśmiecha mi się dzielenie się wycinkami z mojej książki, ani nawet luźnymi notatkami. Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze chętnie Wam pomogę w różnych sprawach. Macie problem ze znalezieniem jakiegoś materiału z zakresu RSHA/SD/Heydrich/Holocaust/Einsatzgruppen? Pomogę tak jak tylko umiem. Wystarczy do mnie napisać.  Maila macie z boku.
    Zapewne zastanawiacie się co z moją książką? Rozpuchła się ona do niemalże 130 stron i codziennie przybywa jedną stronę więcej. Materiału do pracy mam całkiem sporo, a jego ilość ciągle rośnie. Dowiedziałam się ostatnio o tym jak Heydrich zwalczał antropozofów i trafiłam na dość ciekawą publikację na ten temat. Podobna chryja miała miejsce z esperantystami. Tak, z ludźmi, którzy uczyli się esperanto. Jakby tego było mało prócz wrogów rasowych i politycznych Heydrich zwalczał otyłość u esesmanów.
        Każda z tych zaskakujących informacji jest dość dobrze udokumentowana i ciekawi mnie, czemu  dotychczasowi biografowie Heydricha nie poruszyli żadnego z tych wątków. Ja na pewno poruszę. Szczególnie zajmujący jest dla mnie ten bój z antropozofami. Jest to o tyle ciekawe, że w antropozofię bardzo zaangażowana była żona Canarisa, z którą Heydrich grywał w jednym kwartecie smyczkowym.
      Kolejnym wątkiem, który przykuł moją uwagę są kontakty Heydricha z Lucknerem, autorem Diabła morskiego. Idol Heydricha z dzieciństwa był później przez niego wrobiony w niemałą aferę. Rzecz działa się w 1937 roku. Jej szczegóły znalazły się w niedawno opublikowanej książce na temat życia Lucknera w Halle: między 1919 a 1945 rokiem. Samego Diabła Morskiego polecam przeczytać, jest przezabawny i wcale się nie dziwię, że młodzi chłopcy łapali się na przygody Lucknera i sami chcieli iść do marynarki. Tym bardziej można sięgnąć, bo doczekał się polskiego wydania.
      Tymczasem pozdrawiam Was ciepło. ;)

piątek, 6 listopada 2015

O mojej książce cz. III

    Tak jest zawsze. Ledwie skończą się leniwe wakacje, podczas których spokojnie można było podróżować i zdobywać materiały, a zaczyna się gorący okres archiwów. Przypada to na czas, kiedy są one otwarte w dzikich godzinach, z nieprzyzwoicie długimi przerwami obiadowymi. Szykuje mi się wyprawa przez całe Niemcy i kawałek Danii! Planujemy nawiedzić Fryburg, który znajduje się przy granicy szwajcarskiej. We Fryburgu znajduje się militarny oddział Bundesarchivu.    
     Przechowywane są tam wszelakie dokumenty związane z niemiecką wojskowością. W tym marynarka lat 22-31, czyli coś co ostatnio bardzo zaprząta mi głowę. Fryburg zapowiada się niezwykle atrakcyjnie. Nie wiem tylko, czy będzie czas (i pieniądze) na to, żeby sobie na spokojnie pozwiedzać. Zapewne zanim tam się udamy wylądujemy na północy Niemiec. Naszym celem jest Flensburg, a konkretnie wyglądająca jak Hogwart, przepiękna akademia morska Muerwick. Mieści się w niej niewielkie archiwum, gdzie znajdują się prawdziwe skarby. Ale nimi pochwalę się już po powrocie. W planach mamy odwiedziny na Fehmarn, również w lokalnym archiwum, niestety kontakt jest dość urwany, bo wszyscy są chorzy. No cóż, wszędzie morze, ani jednego drzewka, wieje, że chce głowę urwać, być może rzeczywiście nastąpił jakiś kataklizm i wszyscy pracownicy się pochorowali.
     A czemu Dania? W Danii mieszka mój dobry znajomy, pan Peter i jego małżonka. Pan Peter jest zainteresowany historią Reinharda Heydricha i pomaga panu Lauritzowi Lauritzenowi (którego poznałam na grobie Heydricha parę lat temu, kiedy kręcił wraz z duńską telewizją dokument), właścicielowi kabrioletu, który zapewne należał ongiś do Heydricha. Pan Lauritzen posiada bogatą dokumentację, która jasno wskazuje, że jest to słynne auto z dnia zamachu. Brakuje jedynie poświadczenia kiedy znalazło się ono w Protektoracie. No i staram się ów dokument zlokalizować. Bardzo pomocna okazała się tu badatelna.eu, serwis, w którym znajdują się reprodukcje dokumentów z największych czeskich archiwów (mają wspaniałą wyszukiwarkę i modlę się żeby Niemcy dorobili się podobnego portalu). Co prawda finalnego pliku nie znalazłam, ale mam już pewien plan, żeby wpaść na jego trop.
    O historii auta możecie poczytać (a także obejrzeć programy, niestety, oba w języku duńskim) na stronie: http://lauritzlauritzen.com/en/index.php
źródło: lauritzlauritzen.com

niedziela, 25 października 2015

Himmler - Listy mordercy - Katrin Himmler, Michael Wildt

    W wolnych chwilach kiedy nie piszę własnej książki sięgam po różne książki historyczne i nie tylko poświęcone Trzeciej Rzeszy. Takie wycieczki częstokroć pomagają mi znaleźć często nowe tropy, które naprowadzają mnie do cennych dokumentów i faktów. Czy tak było z książką Himmler - listy ludobójcy?
    Nie. Dlaczego?
No cóż, wydaje mi się, że ta pozycja jest cenna jedynie dla przyszłych biografów Himmlera i dla osób zainteresowanych tą postacią. Mocno zainteresowanych tą postacią, bo dla laika lektura ta może się okazać niezrozumiała i zwyczajnie nudna. Dziesiątki takich samych, miłosnych westchnień, informacji o tym co się komu wysłało (jakieś konfitury, owoce, warzywa), powiedzmy sobie szczerze nie dadzą odpowiedzi na pytanie kim był Heinrich Himmler. Nie odpowiedzą też na pytanie jak wyglądała jego rodzina. Wytwarzają raczej mgliste wrażenie na ten temat i są zaledwie cząstką ich wspólnego życia.
Komentarze autorów są moim zdaniem dość wydumane. Na początku piszą oni, o tym, że miłosne listy Himmlera i Margi są pozbawione uczuć i nastawione egoistycznie. Szczerze mówiąc: wcale tak nie jest. Listy miłosne, jak listy miłosne, normalne, trochę żałosne, dla osób patrzących na to z boku, ale nie ma w nich nic świadczącego o tym, że ci ludzie mają jakiś głęboki problem ze sobą. Jakby podpisać, że to listy jakiegoś miłego pana, który ratował ludzi, wynalazł coś fajnego, to wówczas komentarze byłyby inne: pełne uczuć, świadectwa miłości. No, ale żeby nie publikować gołych listów autorzy musieli dać jakąś dodatkową narrację. Jest ona niezmiernie słaba. Skierowana do laików, ale w istocie niewystarczająca. Nie wystarcza ona także osobom, które mają pewne rozeznanie w temacie. Trudno określić do kogo skierowana jest ta pozycja.
     Z całym szacunkiem, ale jest tyle dokumentów, które powinny być znane szerszej publiczności i wyjaśnione przez historyków, a jednak listy Himmlera do nich nie należą. Są chwytliwą przynętą, dobrą dla marketingowców. Nośny temat, no ale... Nie ma po co. Skok na kasę.
   Mnóstwo słodkich słówek, wyznań, westchnień, codziennych trosk i tyle. Nic więcej. Dorabianie głębszej ideologii i znajdowanie dziesiątego dna jest na siłę. Oczywiście znajdują się fragmenty, w których jasno widać, że mamy do czynienia z nazistami, ale jest ich mało i większość korespondencji dotyczy problemów dnia codziennego. A ile można czytać o problemach gastrycznych Himmlera? Dajcie żyć!
    Jeśli przeczytaliście o Himmlerze już dużo: sięgnijcie, to parę dokumentów uzupełniających waszą wiedzę. Jeśli to wasze pierwsze spotkanie z Himmlerem, to zaopatrzcie się w coś innego.
O Heydrichu nie ma prawie w ogóle nic. Pod tym kątem to już zupełnie możecie sobie odpuścić.

sobota, 10 października 2015

O mojej książce vol. II

      W upływającym właśnie tygodniu stała się rzecz niesłychana. Napisałam setną stronę biografii Heydricha (na dzień dzisiejszy jest ich 102). Co prawda na tym blogu wyprodukowałam drugie tyle tekstu, ale uporządkowany materiał z przypisami, to dla mnie coś więcej.
      Łatwo nie było. Szczególnych trudności w dalszym ciągu dostarcza mi okres marynarki. Materiałów jest naprawdę niewiele, a jak już jakieś są to wątpliwej jakości, vide zeznania Hansa Lebrama, o których dawno temu tu pisałam. O dziwo szybko uporałam się z dymisją Heydricha z Reichsmarine i wczesnym etapem znajomości z Liną. Jutro otworzę jego mariaż z NSDAP. Całkiem pożyteczna będzie tu pozycja Shlomo Aronsona, która w szczegółowy sposób opisuje sposób działania SD we wczesnych latach. Jeśli chodzi bowiem o biografię Heydricha, książka Aronsona jest bardzo mocno zdezaktualizowana. Nie da się jednak jej pominąć w badaniach i trzeba się do niej odnieść. Aronson dużo teoretyzuje o tym kto, co, kiedy pomyślał i to jest kłopotliwe. Interpretuje teksty w sposób atrakcyjny, ale niezbyt historyczny. To znaczy, cytuje czyjeś słowa i następnie pisze: XYZ myślał w tej chwili o... dałoby się to obronić gdyby XYZ żył, ale Aronson czyta w myślach nieżyjącym ludziom. I to jest trochę creepy. ;) Już na polskim uczono nas, że nie mówi się o tym, co poeta miał na myśli. Sądzę, że wobec historii jest to jeszcze bardziej trafne niż w literaturze.
       Mogę Was zapewnić, że nie staram się czytać w myślach Heydrichowi. Nie mam pojęcia czy przy pisaniu Oblicz naszej walki w istocie myślał o tępieniu wszelakich opisywanych tam grup społecznych, czy o tym, że ma ochotę na ziemniaki z zsiadłym mlekiem.
       W niedługim czasie znów wybieram się do Halle. Tym razem do miejskiego muzeum, jestem ciekawa co też mogę tam wygrzebać.

środa, 23 września 2015

Czarny Anioł i Płowa Bestia

Upraszam o niekopiowanie artykułu bez mojej wiedzy. Jeśli chcesz się nim posłużyć pisz: dextellamagna@gmail.com
Fragmencik pochodzi z mojej piszącej się książki, która na dzień dzisiejszy liczy 94 strony A4.

Mory w 1946 roku, źródło: wikipedia.org



Nazywano ją Matą Hari drugiej wojny światowej i Czarnym Aniołem Ravenbrueck. Przypadek pięknej Szwajcarki zelektryzował europejską prasę w roku 1947, kiedy Carmen Mory była sądzona podczas procesu załogi obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck.
Przyszła na świat w Adelboden w 1906 roku. Swoją egzotyczną urodę zawdzięczała matce z Filipin. Jej ojciec był zaś poważanym lekarzem, który zapewnił córce doskonałe wykształcenie. Z wyznania byli protestantami, jednak Carmen, w późniejszym czasie przeszła na katolicyzm. Młoda Mory marzyła o karierze śpiewaczki, jednak porzuciła te plany i skupiła się na karierze naukowej. Studiowała historię sztuki i literaturę na uczelniach w swoim ojczystym kraju, ale także Holandii, Wielkiej Brytanii i Francji. Miała doskonałe rozeznanie w sytuacji politycznej i władała bardzo dobrze czterema językami. Pracowała jako dziennikarka w Ullstein i Manchester Guardian[1].
 W 1934 roku zdecydowała się uciec ze Szwajcarii do Niemiec, gdzie stała się agentką gestapo. Dwa lata później wysłano ją do Francji, gdzie szpiegowała niemieckich imigrantów. W 1939 roku, podczas przeglądu Linii Maginota, została aresztowana przez Francuzów. Udawała podwójną agentkę, jednak jej tłumaczenia zdały się na nic: skazano ją na karę śmierci. Nim ją wymierzono została ułaskawiona po wkroczeniu wojsk niemieckich do Francji.  Mory nie cieszyła się długo wolnością. Jesienią 1940 roku  przetransportowano ją samolotem do Berlina. Osadzono ją w więzieniu i dotkliwie pobito, najprawdopodobniej z rozkazu szefa RSHA[2].
Tam też spotkała się z Heydrichem, którego zaintrygowało orientalne nazwisko agentki. Postanowił przesłuchiwać ją osobiście, co zajęło mu trzy tygodnie. Carmen Mory szczyciła się w późniejszych latach, że dzięki urokowi osobistemu udało jej się przekonać szefa RSHA by ją uwolnił. Heydrich zaś zastanawiał się by wykorzystać ją jako narzędzie propagandowe. Zwolnił Mory z więzienia pod warunkiem: miała zakaz opuszczania Niemiec. Zaproponował jej by została Lady Hau-Hau[3]. Mory nie przystała jednak na jego propozycję i nie chciała angażować się w działalność propagandową.
 W lutym 1941 roku została aresztowana przy próbie ucieczki. Ponownie spotkała się z szefem RSHA na przesłuchaniu. Tym razem był on obojętny na jej opowieści i niezaprzeczalny wdzięk. Posłał ją do Ravensbrueck. Początkowe miesiące trzymano ją w odosobnieniu. Znajdowała się jednak pod osobistą protekcją Heydricha. W maju 1942 roku ponownie wezwano ją do Berlina by rozsądzić o jej losie. Wróciła do Ravensbrueck z wyrokiem śmierci[4]. W październiku 1943 roku Szwajcarka została obozową kapo w bloku dziesiątym i donosiła gestapo na esesmanów z załogi. Szybko zrozumiała zasady, na jakich odbywała się walka o życie w obozie. Torturowała i mordowała więźniarki[5].
Gdy obóz został wyzwolony, Mory karnie zgłosiła się do wojsk brytyjskich. Przez krótki czas po wojnie pracowała dla angielskiego wywiadu. Mimo pomocy przy schwytaniu lekarzy odpowiedzialnych za zbrodnicze eksperymenty, Mory nie uniknęła odpowiedzialności za swoją przeszłość w Ravensbrueck. W 1947 roku skazano ją na karę śmierci przez powieszenie. Nim wyrok wykonano podcięła sobie żyły w celi[6].


[1] Ravensbrücker Mory-Taten [w:] Der Spiegel, nr 25.01.1947
[2] B. Bajgarová Carmen Maria Mory im literarischen Werk Lenka Reinerovás und historische Fakten, Olomuc 2012 s. 40
[3] Aluzja do Lorda Hau-Hau Williama Joyce’a, propagandzistę amerykańskiego pochodzenia, który z Trzeciej Rzeszy nadawał programy radiowe.
[4] B. Bajgarová Carmen Maria Mory im literarischen Werk Lenka Reinerovás und historische Fakten, Olomuc 2012 s. 12
[5] Czarny Anioł Ravensbrueck [w:] Kurier Szczeciński, nr 2.03.1947
[6]  Flucht in den Tod [w:] Der Spiegel 16/1947

środa, 16 września 2015

SS Elite - Max Williams - część I


SS Elite. Czekałam na tą książkę od marca. W sierpniu w końcu ją otrzymałam: po bojach i kolejnych premierach, które się nie odbywały. Imponujące tomiszcze wydrukowane na papierze kredowym, ważące ponad dwa kilogramy przybyło do mnie z Wielkiej Brytanii. Jest to leksykon przybliżający sylwetki wysokopostawionych członków SS. Pierwszy tom, który opisuje obejmuje nazwiska od A do J.
     Miałam wobec tej książki bardzo wysokie wymagania. Spowodowane były ciągłymi zmianami terminu wydania pozycji. Zdawało mi się, że Williams koryguje wszystkie niedociągnięcia i przez to zamiast na wiosnę otrzymałam książkę w ostatnich dniach lata. Spodziewałam się materiału na miarę williamsowego Himmlera. Niestety... Zawód. Głęboki i przykry.
      Są nazwiska znane (Daluege, Hess, Himmler, Heydrich etc.), ale też ludzie, którzy przez pewien czas pełnili wysokie funkcje w SS, ale szybko ich zdjęto i przepadli w mrokach historii. Jeśli chodzi o te sylwetki to Williams zrobił akurat dobrą robotę. Natomiast ci znani i nielubiani... No cóż, jest fatalnie. Bibliografia praktycznie nie istnieje! Znajdują się w niej popularnonaukowe pozycje, plus fora internetowe! Zgroza! Przypisów nie ma.
    Przejdźmy do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do Heydricha. Rozdział o nim jest fatalny. Jest absolutnie do zsypu. Błędów i zmyśleń jest tyle, że wydaje mi się, że Williams wynajął kogoś, żeby napisał mu ten tekst, a on sam tylko wrzucał zdjęcia. Niepojęte jakie mamy tam babole. Z pierwszej strony: Heydrich miał brać udział w walkach na Śląsku (źródła oczywiście nie ma) w 1919 roku... Jego chrzestnym miał być baron von Eberstein (w istocie to jego chrzestną była pani von Eberstein, a chrzestnym był Ludicke, radca sanitarny z Halle, znajomy Brunona Heydricha), nieco dalej pojawia się czterech zamachowców (sic! to jakaś plaga ostatnio!). Williams, który parę lat temu popełnił dwutomową biografię Heydricha pisze o nim takie głupoty, że to się w głowie nie mieści. I o ile w przypadku Heydricha mogę wszystko zweryfikować, to nie zajmowałam się nigdy innymi esesmanami do tego stopnia, żeby oddzielić ziarno od plew, ale zakładam, że sytuacja jest analogiczna i spotkamy tam podobne kwiatki.
    Co do zdjęć. Zdjęcia u Williamsa zawsze są super. Ma bardzo bogatą kolekcję, którą dawkuje swoim czytelnikom tak, by starczyło na kilkanaście książek, a on miał z czego wyżyć. Jeśli chodzi o Heydricha zamieścił parę pereł: dwa zdjęcia nastoletniego Reinharda w Halle, zdjęcie na jachcie z okresu marynarki, Heydricha z synami u fryzjera i inne tego typu atrakcje. Niestety moim zdaniem to nie zmazuje tragicznego tekstu tej książki. Krótko mówiąc: jeśli chcecie popatrzeć na różne, dziwne zdjęcia esesmanów, to droga wolna: kupujcie i bawcie się dobrze. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć, to szkoda waszych pieniędzy.

Umieszczam dwa ze zdjęć. Tym razem watermarki są większe i zawierają ostrzeżenie dla rosyjskiej części widowni. Źródła zdjęć: Max Williams, SS Elite, vol I, wydawnictwo Fonthill Media


sobota, 12 września 2015

Leon Goldensohn - Rozmowy Norymberskie

     Znów pokusiłam się o książkę. O ile ostatni raz skończył się dość słabo, to tym razem nie spotkał mnie zawód. Rozmowy norymberskie  to zbiór notatek Leona Goldensohna, które spisywał podczas rozmów z oskarżonymi i świadkami podczas procesów norymberskich. Jego praca została usystematyzowana wiele lat po jego śmierci i zebrana w formie książki.
     Podchodziłam trochę sceptycznie do tej pozycji, zakupiwszy ją tylko dlatego żeby mieć czytadło, a okazało się, że lektura wciąga. Właściwie tłumaczenia się nazistów już po wojnie są zawsze takie same. Przerzucanie winy na innych (szczególnie na tych, którzy już nie żyją), przypominanie, że każdy z nich przecież w pewnym stopniu ratował Żydów (wszystkie historie z cyklu: moja siostra miała męża Żyda i pomogłem im uciec do innego kraju) i odgrywanie pewnych wyuczonych ról gorliwych przeciwników systemu. To samo jest u Goldensohna, który czasem pozwalał sobie na dość kąśliwe, ale bardzo celne komentarze, przy czym nigdy nie ocierał się w tym o chamstwo.
    Jako pozycja historyczna raczej się nie broni, natomiast można z niej wyłuskać sposób myślenia, jakim kierowało się wielu z nazistów i tu kryje się ogromna wartość Rozmów norymberskich. Obnażają one doskonale rozbudowany aparat biurokratyczny Trzeciej Rzeszy, który pomagał przesuwać odpowiedzialność za swoje czyny na innych. I tak przedstawiciele Wehrmachtu obarczają SS, SS obarcza Wehrmacht. Ci z wyższych pozycji zwalają winę na wykonawców mordów. Wykonawcy na swoich szefów. A potem wszyscy w refrenie twierdzą, że to i tak wina Goebbelsa, Hitlera i Himmlera. Słowem: tych, którzy już nie żyją. Co mnie zaskoczyło: spodziewałam się, że wśród tych nazwisk głównych sprawców pojawi się Heydrich. Nic takiego. Jego nazwisko wymienione jest na kilku stronach tej pozycji i tylko trzy-cztery osoby wspominają o jego roli. Oswald Pohl, próbujący desperacko ratować swoją skórę, posunął się nawet do dziwacznego stwierdzenia: Myślę, że wszystko, co zrobił, nakazał mu ktoś z góry.
    Tak więc osoby skoncentrowane na Heydrichu pozycję mogą sobie darować. Ci, których interesuje nieco szerzej Trzecia Rzesza, powinni po Rozmowy sięgnąć. Ja polecam.

środa, 2 września 2015

Richard Rhodes - Mistrzowie Śmierci

Rzadko zdarza mi się kupować spontanicznie książki. Ostatnio dorwałam "Mistrzów Śmierci" Richarda Rhodesa i bez większego namysłu kupiłam, bo zbieram wszelakie pozycje o Einsatzgruppen. Moje wrażenia? Powiem szczerze: mogło być dużo lepiej.
      Widać, że autor jest dziennikarzem a nie historykiem, przez co ta pozycja to groch z kapustą. Przeplatają się w niej i wątki poszczególnych masakr na froncie wschodnim biografią Himmlera i innych esesmanów, a także garścią psychologii. O ile garść psychologii doskonale pasowała do moich ukochanych "Zwykłych ludzi", tak w "Mistrzach Śmierci" jest ona bardzo spłycona i wciśnięta na siłę. W tym miejscu mogły się znaleźć opisy mordów na Polakach w 1939, niestety autor uznaje, że jedynymi ofiarami nazistów byli Żydzi. Pomija zupełnie komisarzy sowieckich, wspomina bodajże raz o Romach, o mordach na zwykłych Rosjanach, Ukraińcach, Litwinach, Polakach nie ma praktycznie nic. Śmieszkowo, bo tytuł sugeruje, że książka nie dotyczy jedynie Frontu Wschodniego i Żydów.
      Jako osoba, która bardzo blisko związana jest z tragediami jakie miały miejsce 6 kilometrów od mojego domu rodzinnego, czuję się tym przeoczeniem trochę urażona.
      Inną sprawą są błędy. Błędy merytoryczne. W informacjach na temat Heydricha udało mi się wyłapać ich kilka, z czego najbardziej kuriozalne był opis zamachu, w którym rzekomo pojazd zastępcy Protektora Rzeszy obrzucono granatami a dokonało tego czterech czeskich patriotów. Śmiech na sali. Wydaje mi się, że jak coś się pisze, cokolwiek, to powinno się to dokładnie zweryfikować, nawet jak nie jest to dokładnie tematem książki, żeby takie głupoty nie urosły do rangi faktów. I mam takie ciarki, że skoro o Heydrichu są tak ewidentne byki, to zapewne w innych miejscach również się na nie natrafi. To sprawia, że pozycja w moich oczach traci. Innym bykiem jest pomylenie Chełmna nad Nerem  z Chełmem. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Śmieszne jest też twierdzenie o tym, że Żydzi  byli bardziej cywilizowani od Niemców, Polaków, Ukraińców i Litwinów, bo judaizm nie wpaja przemocy i nigdy w historii Żydzi nie urządzili żadnego pogromu. Pan autor bardzo by się zdziwił, gdyby trochę doedukował się w historii antycznej, Związku Sowieckiego i częściej czytał doniesienia ze Strefy Gazy. Z kulturoznawczego punktu widzenia, a jakby nie patrzeć jestem licencjonowanym kulturoznawcą, to nie da się określić czyja kultura jest wyższa. Tego się nie robi, bo nie ma do tego narzędzi, które by taką ocenę pozwoliły wydać. Jak się zaczyna to robić, to prędzej czy później kończy się tak jak Trzecia Rzesza.
    Kolejnym minusem jest ta dwurozdziałowa biografia Himmlera, która służy obśmianiu tej persony. Ok, Himmler był bardzo groteskową postacią, ale wolałabym w książce o Einsatzgruppen przeczytać jednak coś o Lućmierzu i innych tragediach, a nie o tym, że Himmler pasjonował się okultyzmem i był życiową łamagą. Informacje o tym, że był długo prawiczkiem, w zestawieniu z mordami na Żydach, wrzuconymi do wapna, są słabe. Można szokować smaczniej (vide "Zwykli Ludzie").
   Same opisy poszczególnych masakr i rozwoju machiny terroru są za to bardzo dobre i nawet osoba nie mająca rozeznania w temacie zrozumie o co chodziło i dlaczego. Jednak wszytko to zostało zalane typowo dziennikarską papką, w stylu psychologii, beki z Himmlera i innych niepotrzebnych anegdot, które osłabiają ogólny wydźwięk pozycji. Zamiar był zapewne taki, żeby pokazać odrealnienie wysokich esesmanów, morderców zza biurka, od tego co działo się na Froncie Wschodnim, ale balans pomiędzy jednym a drugim jest tak zaburzony, a wybrane ciekawostki niefortunnie dobrane, że momentami zamiast przeżywać i odczuwać złość, czy smutek, chce się zwyczajnie śmiać z Himmlera. A to jest niezdrowe, kiedy na kolejnych stronach są opisy ludzi rozpuszczanych w wapnie.
   Bibliografia też nie jest mocną stroną tej pozycji, autor korzystał w głównej mierze z innych opracowań, a nie z materiałów archiwalnych i to też jest momentami widoczne, ale akurat tym nie będę was zanudzać. 
   Podsumowując, możecie kupić tą książkę i przeczytać, ale lepiej sięgnąć po "Zabijajcie ich wszystkich" Gładysiaka (chociaż i tam są byczki, ale znacznie drobniejsze) i moją ulubioną książkę o EG, czyli "Einsatzgruppen w Polsce" trzech autorów: Mallmanna, Boehlera i Matthausa. Dwie polecane przeze mnie lektury pozwolą mieć nieco szerszy obraz niż pozycja Rhodesa.
 

piątek, 14 sierpnia 2015

O mojej książce, być może cz. I

         Dawno nie pisałam tutaj nic nowego. Niestety ostatnia afera z rosyjską koleżaneczką skutecznie mnie zniechęciła do dzielenia się czymkolwiek co może być nawet drobnym zalążkiem do mojej książki. Na otarcie łez dodam, że ukażą się wpisy odnośnie paru obozów pracy na terenie Wrocławia, a także parę notek recenzujących różne pozycje na temat SS i Heydricha, jakie przebrnęłam w ostatnim czasie. Nie jest to zatem tak, że zupełnie porzucam Płową Bestię. Jeśli chcecie o cokolwiek mnie zapytać odnośnie Heydricha to zawsze chętnie odpowiem w komentarzach, bądź drogą mailową (którą o dziwo większość z Was wybiera :D). Może po jakimś czasie wyleczę się z niesmaku związanym z niedawną kradzieżą, ale póki co wolę wam relacjonować co robię jeśli chodzi o pisanie.
            A piszę kiedy mogę i jak mogę. Praca nad biografią Heydricha przebiega w sposób dość chaotyczny, ale pomału udaje mi się ją okiełznać. Przede wszystkim nadal z Kasią gromadzimy materiały. To wiąże się z licznymi wizytami w przeróżnych archiwach, ostatnio głównie w berlińskim Bundesarchivie. Miejsce to jest tak rozkoszne, że naprawdę bardzo chciałabym załatwić je raz a dobrze, niestety zamówiłyśmy 80 teczek (sic!), a maksymalnie na raz możemy przejrzeć 20 z nich. Przy wielkim uporze to 80 przejrzałoby się siedząc tam od 8 do 20, ale nie czarujmy się: to jest niemożliwe. Wymagałoby to nie dość, że dojechania na wczesną godzinę, które dzięki kochanemu PKP, które do Niemiec nie wjeżdża, jest nie do osiągnięcia. Polskie busy jadą nocą, a już raz miałyśmy za sobą podróż tego typu. Niestety darcie ryja i rodaków i niemieckie gulgotanie o 4 w nocy sprawiło, że na miejsce dotarłyśmy zdechłe. Efektywność pracy była znikoma. Zostają zatem blablacary. A to jest ruletka, szczególnie jak trafiają się przyjemniaczki, które twierdzą: "o tak, jasne zawieziemy was na Lichterfelde..." po czym wiozą na Tegel. Dzięki temu jest się 1h30m w plecy. Super. Z drugiej strony są i ludzie, którzy potrafią przedrzeć się pod bramę wjazdową archiwum i to się chwali, ale postawa tego typu należą do rzadkości.
            W sumie nie poruszyłam tu jeszcze jednej kwestii. Najczęściej musimy uwinąć się bez noclegu. To jest: wyjechać rano z Wrocławia i wrócić na noc. A pomiędzy tym siedzieć godzinami nad aktami i nad źle zrobionymi mikrofiszkami, na których nie widać nic. Jedyną przerwę, na którą sobie pozwalamy jest szybki wypad do okolicznej stołówki, gdzie za sumę 3 euro można zjeść kopę ziemniaków, gigantycznego wursta i górę podsmażanej kapustki. Obiadek ten jest dostępny jakoś mniej więcej od 12 do 14 i człowiek ślęcząc nad dokumentami i pismem Heydricha, które jest nie do odczytania, nie myśli o niczym innym, tylko o tej wspaniałej, tłustej kiełbasie. A tak nawiasem mówiąc to w Polsce nie jem mięsa. Niestety moje postanowienie odnośnie nie szkodzenia samej sobie i pomagania zwierzaczkom idzie w niebyt jeśli tylko zwęszę gdzieś prawdziwego sznycla i porządnego wursta, a nie daj Bozia jak zobaczę gdzieś flammkuchena.     
         A dzieje się tak w Berlinie i Halle. I na nic idą filmiki ze słodkimi, małymi świnkami. Głód i instynkt biorą górę. Spowiadam się i gorzko żałuję, aż do następnego zwęszonego sznycla z pieczonymi ziemniaczkami. Jestem hipokrytą najgorszego sortu. Mea culpa, mea maxima culpa.
Wracając do archiwów. Na miejscu zaznacza się to, co chce się skopiować, żółtymi zakładkami. Najczęściej przemieszczają się one, wypadają, gubią, zmieniają położenie i nie chcą współpracować. Dzięki Bozi, Niemcy wpadli na wspaniały sposób oznaczania w tabelkach, które strony z danej teczki się chce. Niestety system ten zawodzi, kiedy okazuje się, że w jednym pliku powtarzają się po trzy razy strony ponumerowane 32 i to w różnych miejscach teczki, a ich kolejności nie wolno zmieniać, bo to będzie oznaczało koniec: dla ciebie, dla pracowników i dla samej teczki.
      Potem wybrane dokumenty są skanowane i drukowane. Dostajesz rachunek na swój adres i musisz za niego zapłacić. Pół biedy jak uda ci się zrobić zagraniczny przelew drogą internetową. W większości przypadku musisz stawić się w placówce swojego banku. I zapłacić około 130 zł za wykonanie przelewu. A dokumenty też do najtańszych nie należą, chociaż ostatnio policzono nas za jedyne 34 euro, co było naprawdę miłe, bo zamówiłyśmy kolejną górę papieru. Jednak był stres. Zawsze jest stres, kiedy koperta z Niemiec pojawia się w naszej skrzynce. Poczułam taką ulgę widząc, że rachunek opiewał na 34 nie na 134 euro, że nie ruszył mnie fakt przelewu za 130 zł.
     Osobną kwestią są mikrofiszki. Mikrofiszki to skarlałe siostry mikrofilmów, których miejsce powinno być na śmietniku. Mikrofiszki są największym złem tego świata. Są to klisze, które przesuwa się po tym samym dziwnym pudle, które służy do przeglądania mikrofilmów. Operuje się przy tym wajchą, która umożliwia przeglądanie dowolnej części slajdu. Po przejrzeniu takich dwóch ma się silny odruch wymiotny. Za każdym razem musiałam wybiegać na dwór i się wietrzyć, bo inaczej bym przy nich zemdlała. Pisząc to też mam mroczki w oczach na samo wspomnienie tego. Dodatkowo część z nich się nie odbiła i przegląda się puste czarne strony.
    Owe stronki można sobie wydrukować. Kosztuje to śmieszne grosze, ale nie wiedziałyśmy o tym. Normalnie ludzie wsadzają karty do środka urządzonka, które nalicza im opłaty. Zderpiłyśmy okrutnie i tego nie zrobiłyśmy. I drukowało. Zorientowałyśmy się po pewnym czasie, że wszyscy ludzie mają w czytnikach karty, a my nie. Kryzys został jednak zażegnany, bo po wysłaniu maila z opisem tej wtopy, panie z archiwum odpisały, że wszystko jest ok i możemy zapłacić za te kartki przy następnej wizycie.
   No dobrze, dokumenty są już w domu i co się z nimi dzieje. W przypadku tych, pisanych na maszynie, sprawa jest jasna: tłumaczy się je na polski i tłumaczenia zapisuje na komputerku. Są jednak przypadki, że jakiś przyjemniaczek mówi we wszystkich dialektach na raz, wplata do tego łacinę i w dodatku powtarza to samo innymi słowami piętnaście razy (vide Erich Schultze, nasz ulubieniec), wtedy używamy pomocy z zewnątrz. W przypadku odręcznych zaczynają się cuda na kiju, bo niekiedy sami Niemcy po prostu nie umieją tego odczytać.
   Pierwsze strony książki napisałam jakoś w maju/kwietniu tego roku. Obecnie mam ich 71. Napisałam ogromnie długi, szczegółowy rozdział o szermierce, który był wynikiem przejrzenia wszystkich numerów Deutsche Fechter Zeitung i różnych gazetek SS, przejrzenia starych dyplomów Heydricha, dokładnej analizy parominutowego filmu z mistrzostw z Zandvoort i sięgnięcia po powojenne opinie, a także wybłaganie koleżanki z Węgier o jakiekolwiek informacje na temat zawodów z 1941 roku. Udało się nam zdobyć dwa numery węgierskich gazet sportowych, gdzie były wzmianki o tym wydarzeniu. Prawie gotowy jest też rozdział o dzieciństwie, który rozrósł się również całkiem nieźle. Bardzo zależało mi na tym, żeby jak najdokładniej nakreślić ten okres i nie pominąć nawet tak prozaicznych wydarzeń, jak nastoletni Reinhard Heydrich zjadający ciasto marmurkowe u swojego kolegi.
   Zaczęłam też marynarkę, chociaż ona jest w powijakach i powiem szczerze, że dostarcza mi samych trudności. Mam podobną sytuację jak Shlomo Aronson: tych parę opinii, które się zachowały, więcej mówią o kolegach Heydricha, niż o nim samym. A naprawdę była to tragiczna zgraja sadystów i rasistów, którzy ze swoją podłością i poglądami wcale się nie kryli. Jednym z mocniejszych cytatów się podzielę. Jest to fragment zeznań jednego z kolegów Heydricha z lat 60 (SIC!): „zdarzało się, że najokrutniejsi KaPo rekrutowali się z szeregów prześladowanych. Mogę sobie wyobrazić, że u H. (Heydricha) istnieją pewne analogie. Wiele sprzeczności w cechach charakteru H. mogło mieć źródła u jego przodków, gdyby wymieszała się żydowsko-madziarska, cygańska albo inna krew. Mimo jego niebieskich oczu, blond włosów i dorodnej figury nie nazwałbym RH aryjczykiem czystej krwi."- Cytat z :S. Aronson, Reinhard Heydrich und die Frühgeschichte von Gestapo und SD (strony nie podam, bo Aliny zabiorą, sorry). Jak czytam tego typu kwiatki, gdzie kapitanowie marynarki, wiele lat po wojnie, kiedy świadomość na temat grozy nazizmu była powszechnie znana, piszą sobie swobodnie, że na czyjś charakter miała wpływ płynąca w nim krew to naprawdę zaczynam wątpić we wszystko. A takich tekstów jest w zeznaniach panów z marynarki mnóstwo, do tego okraszone są one pełna dumą z tego jak na wszystkie sposoby torturowali Heydricha psychicznie i fizycznie. I pozostaje pewne pytanie, na które i ja i Wy musimy odpowiedzieć: Czy ci ludzie nie są poniekąd winni temu jaki stał się Heydrich? Czy oni nie są tak samo potworni?

środa, 22 lipca 2015

Alina Kubay z Sewastopola - osoba, która regularnie kradnie stąd notki

Wspominałam parę godzin temu o nieprzyjemnej sytuacji jaka spotkała mnie podczas przeglądania VK. Zlokalizowałam osobę, która kradnie stąd notki i zdjęcia. 
Jest to pani Alina Kubay. 
Lubi Harry'ego Pottera, Blutengel i Reinharda Heydricha. Mieszka w Sewastopolu. Jej profil to: http://vk.com/lumikorpela
Jak widać nie ma problemów z rozumieniem polskiego, stąd tak wiele moich artykulików jest u niej w wersji rosyjskiej podpisanych jako jej własne. Szkoda, że tak nie jest. 
Podaje Wam porównania:
Oryginał: 
Plagiat:
Oryginał:
Plagiat: 
Oryginał:
Plagiat:
Oryginał:
Plagiat: 

Dodam tylko, że jest tego więcej, ale już nie mam siły przeglądać profilu tej panny.

Recenzja plus smutna sprawa - G. Paillard. C. Rougerie, Reinhard Heydrich, le violoniste de la mort

Zanim przejdę do meritum dzisiejszej notki małe ogłoszenia duszpasterskie, przepisuję z facebooka, a, że nie wszyscy czytelnicy mają mnie w znajomych to lepiej żebyście wiedzieli:
  Jako, że natrafiłam dzisiaj na profil na vk (taki rosyjski odpowiednik facebooka), gdzie jakaś neo-nazi menda kradnie moje notki z Płowej Bestii i zdjęcia (nawet bez usuwania watermarków), a dodatkowo nawet nie umieszcza źródła swojej wiedzy i wycina moje opinie na temat nazizmu, które, jak wiecie, są jednoznacznie negatywne, zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy prowadzenie tego bloga ma jakikolwiek sens.
Jak się okazało wszystko co napiszę, może być stąd wyprowadzone, przeinaczone i podpisane innym nazwiskiem, w innym kraju. Obawiam się, że tego nie chcę, tym bardziej, że piszę biografię Heydricha i wiem jaki to ogrom wysiłku znaleźć coś, przetłumaczyć i opracować. Szkoda, że moja praca i fakt, że za darmo, a nawet po wielkich kosztach, chcę się dzielić z tym ludźmi jej efektami blogu, jest traktowana w taki sposób. I nie liczcie, że jakiekolwiek służby cokolwiek z tym zrobią. Jakbym była jakąś blogerką reklamującą wosk do depilacji włosów łonowych i miała 1000 obsów, to pudelek by napisał o mnie i zrobiłaby się z tego harda afera. Niestety jestem zwyczajną nudziarą, która miała nieszczęście bawić się w pisanie rzetelnych tekstów na temat hitlerowskiego zbrodniarza. I nawet umieszczałam źródła. Na początku kariery też przypisy, ale po tym jak ktoś sobie wziął moje teksty, przemontował i wypuścił to jako artykuł, to odechciało mi się to robić. Zostały same znikome źródła, bo tak chociaż jest nadzieja, że przeczytacie książki, z których korzystałam, żeby spisać do przypisów w waszych pracach odpowiednie strony. Ruscy jednak wykazali się jeszcze większą fantazją i mój zapał totalnie umarł. Swoimi zainteresowaniami bezinteresownie nie ma co się dzielić jak widać.

      I w tym momencie możemy przejść do recenzji książki. Natrafiłam na nią podczas lektury Axis Forum i stwierdziłam, że skoro całkiem spora część francuskich użyszkodników AF ją czytała to może nie jest ona taka ostatnia. Tłumaczenie jej to męka pańska, bo raz, że nienawidzę francuskiego dzięki nauce w gimnazjum i liceum, a dwa, że mój word tego języka nienawidzi.
     Jest zatem ciężko. Z samą książką i jej treścią podobnie. Z jednej strony są tu fantastyczne wywiady na przykład z Liną Heydrich, które są poprowadzone z głową i tak otrzymujemy parę ciekawych anegdot. I tak dowiadujemy się, że Heydrich w marynarce, żeby nauczyć się rosyjskiego, czytał Marksa, Engelsa i Lenina.  
    Wywiady oznaczono na całe szczęście przypisami, ale niestety tychże brakuje w większej części książki. Być może Paillard i Rougerie padli ofiarą nieszczęśliwej polityki wydawniczej we Francji doby lat 60/70. Wydawcy oszczędzali jak mogli i ucinali bibliografie i przypisy. Tego typu los spotkał Andre Brissauda i jego książkę o Canarisie, która była całkiem interesująca, ale przez brak źródeł nie sposób ustalić co jest faktem, a co zmyśleniem. I tak samo jest u Paillarda i Rougerie. Przy czym spora część wynika również ze złego tłumaczenia z niemieckiego i pewnych uproszczeń. Przez co tworzy się szereg błędów.
     Czasami widać, że autorów ponosiła ułańska fantazja, bowiem według nich Heydrich miał się zrazić do homoseksualistów na surprise party, na które zaproszono geja robiącego pokaz. Takich niedorzecznych i nieprawdopodobnych historii jest mnóstwo. Do tego stopnia, że właściwie większa część książki nie nadaje się do niczego i bronią się tylko fragmenty, które powstały na kanwie wywiadów. I dla nich właśnie warto Skrzypka śmierci przeczytać. Ale to najlepiej po lekturze Gerwartha i Deschnera. A najlepiej dodać do tego jeszcze Aronsona, z którego Francuzi nieraz spisują słowo w słowo, ale nie przyznają się do tego, bo nie figuruje on w szczuplutkiej bibliografii. Wątpliwy moralnie zabieg.
Podsumowując: początkującym odradzam. Zaawansowanym polecam głównie jako punkt wyjścia do dyskusji.

niedziela, 5 lipca 2015

Portret Liny Heydrich

Wspominałam przy okazji zalążka do moich badań nad Wolffem i Heydrichem o pewnej anegdocie, która znalazła się w książce poświęconej temu pierwszemu pióra Jochena von Langa. Chodzi o historię Wolfganga Willricha, artysty doby nazizmu słynącego z portretowania pań w regionalnych strojach i panów w mundurach. W 1935 roku popełnił on niezbyt udany portret Heydricha, który przypomnę, bo już też się on wcześniej przewijał.
źródło: M. Williams, Heydrich, the biography vol. I
Heydrichowi chyba też się owo dzieło niezbyt spodobało, bo wysłał je na prezent Himmlerowi. Niemniej musiał utrzymywać on kontakty z Willrichem aż do 1937 roku. Podobno, jak można wyczytać w jednym z artykułów ze Spiegla o tytule "Das Spiel ist aus", Lina romansowała z nadwornym artystą SS. Czy to prawda? Nie udało mi się ustalić. Niemniej jednak Willrich sportretował także panią Heydrich i najprawdopodobniej wszystko byłoby w porządku, ale portrecista bez zgody Heydricha postanowił umieścić swoje dzieło na okładce rasistowskiego pisma "Volk und Rasse". Podobno Heydrich zgodził się, żeby portret znalazł się w środku pisma, w tak zwanej galerii "dobrych twarzy", których Willrich poszukiwał po całych Niemczech, obrazek trafił jednak na okładkę (w wersji von Langa Heydrich nie wiedział nic na ten temat i został postawiony przed faktem dokonanym). Reinharda to rozwścieczyło i zaczął wysyłać agresywne listy do artysty. Odsunął go także od pełnienia wszystkich możliwych funkcji, toteż Willrich utracił swoją prestiżową pozycję naczelnego artysty w SS. Pracy z nim odmówiły wszystkie gazety. Zazdrosny Heydrich poczuł się znieważony do żywego, że jego żona wylądowała na okładce bez wcześniejszej informacji na ten temat. Nie wiedziałam jak ten portret wygląda, spodziewałam się jakiejś golizny, bowiem wówczas taki napad szału byłby całkiem uzasadniony.
 Tak się stało, że jacyś ludzie utworzyli stronę z pracami Willricha i udało mi się portret Liny zlokalizować. Jak się okazało nie jest to w żadnym wypadku akt, a typowe przedstawienie bauerówny w regionalnym stroju. Zdecydowanie jest ono bardziej udane i staranne niż portret Heydricha, chociaż też nie jest pozbawione wad. O ile moim zdaniem całkiem udane są ręce i głowa, to coś jest mocno niehalo z korpusem postaci. 
źródło: http://wolfgang-willrich.de
Inna wersja historii motywuje napad złości Heydricha tym, że portret nie został podpisany Lina Heydrich, chociaż wówczas to sama Lina mogła poczuć się rozzłoszczona, że, jakby to ładnie i kolokwialnie ująć "ukradziono jej fejmy". A pojawienie się w takim piśmie zapewne było nobilitujące dla żony esesmana, która nie miała zbyt wielkiego pola by zaistnieć na jakimkolwiek polu ze względu na ograniczenia społeczne. A Lina bardzo chciała być kimś więcej, niż żoną swojego męża, przez co organizowała różne zajęcia dla innych kobiet z kręgów SS. Mimo prób nie udało jej się zdobyć większej popularności. Heydrich nie lubił chodzić na bankiety i wolał spotkania w małym gronie, przez co Lina nie mogła zabłysnąć w towarzystwie. =.

czwartek, 18 czerwca 2015

Maria Heindorf vs. Reinhard Heydrich - runda kolejna

Maria Heydrich na ślubie Reinharda, źródło: M. Williams, Heydrich: The Biography

    Dawno, dawno temu nakreśliłam Wam w szczątkowej formie problemy, jakie Heydrich miał ze swoją siostrą, Marią. Dla przypomnienia macie tutaj link:  KLIK 
(inaczej zapewne mało z dzisiejszej notki zrozumiecie)
Robert Gerwarth jedynie w niewielkim stopniu opisał tą historię. Udało mi się dotrzeć jednak do całej teczki listów, które znajdują się w Bundesarchivie. Pisała je i Maria i jej mąż i nieszczęsny adiutant Heydricha Pomme, a sam Heydrich robił czasem notatki.
Wyjaśnijmy sobie jeszcze zanim zaczniemy bohaterów tragedii, bo zapewne Wam się wszyscy zleją w jedno:
Reinhard Heydrich - szef SD, później RSHA, brat Marii
Maria Heydrich-Heindorf - siostra Reinharda, żona Wolfganga
Wolfgang Heindorf- mąż Marii, alkoholik
Heinz Heydrich - brat Reinharda i Marii
    Z tego, co udało nam się przetłumaczyć z pomocą znajomych Kasi to kontakty Heydrich + reszta rodziny układały się tak długo dobrze, jak długo on na nich łożył. Gdy odmówił dalszego utrzymywania Wolfganga-alkoholika rozpętała się nieziemska chryja. Nim jednak do tego doszło zapożyczona u brata Maria pisała rozpaczliwe listy. Pierwszy z nich dotyczył choroby jej dziecka, Jurgena. Mały Jurgen strasznie gorączkował, bolało go ucho i przez parę tygodni jego stan nie poprawiał się. Heydrich polecił Marii panią doktor, która zajmowała się jego potomstwem, okazało się jednak, że ta była na urlopie, toteż Maria zatrudniła doktora, którego proponował Heinz. Początkowa część listu brzmiała jakby dziecko miało żegnać się już z życiem. Natomiast w połowie zaczyna się wyliczanie kosztów lekarza, badań i czopków (sic!). I nagle okazuje się, że syn nie jest zaraźliwie chory i Lina może wpaść... z pieniędzmi najlepiej. A że Reinhard, jako mały szkrab chorował na zapalenie ucha i strasznie krzyczał po nocach, na pewno sytuację rozumie, więc długi mogą zostać na pewien czas odroczone. Dodatkowo okazuje się, że mimo choroby dziecka Heindorfowie wybrali się nad Schlachtensee świętować. Tak wspomniane mimochodem. Podejrzewam, że nawet przedszkolak zorientowałby się, że coś tu nie trzyma się kupy.
    Tego typu listy powtarzały się co jakiś czas. Następne po nich były zażalenia od różnych sklepikarzy i innych usługodawców. Skierowane one były albo do Liny, albo do Reinharda, a później do Pommego. Ich treść jest bliźniacza: Wolfgang Heindorf powiedział, że jest pańskim szwagrem i, że pan za niego zapłaci.- Tego typu sytuacje ciągnęły się latami! Tutaj mamy jeszcze wyrwę w tłumaczeniach, natomiast punktem kulminacyjnym tego shitstormu był moment, w którym Heydrich wezwał Heindorfa na spotkanie i wygarnął mu, że zachowuje się nieodpowiednio. Że jest niewdzięcznym pijakiem, że nie umie zadbać o swoją rodzinę. A co najgorsze Heydrich ośmielił się nazwać szwagra CIAPOSRACZKIEM. Dosłownie. Do tego wykreował piękny neologizm, którym zachwycał się nasz tłumacz. Po spotkaniu rozwścieczona Maria napisała bratu trzydziestoparo stronicowy (SIC!) list, gdzie odpowiada na wszystkie zarzuty jakie postawił Wolfgangowi. Najgorzej złościła się o wyżej wymienionego Ciaposraczka. Maria musiała być nieźle rozjuszona, że ktoś śmiał powiedzieć złe słowo na Wolfganga, bowiem dużo jej zdań było niegramatycznych i nie do końca wiadomo, co poetka miała na myśli. W pewnym momencie jest też wściekła na Heinza, bo on z żoną zastosowali jakąś taktykę, przez którą ułożyli się dobrze z Reinhardem. Hmm...
     Heydrich zarzucał Wolfgangowi, że nie jest wilkiem-przewodnikiem swojej watahy- co w języku Heydricha znaczyło, że nie radzi sobie z własną rodziną. Maria odpowiedziała na to, że on i Heinz, przez to, że mieli matkę-tyrana sami są rozlaźli i też nie są wilkami alfa. Maria podkreślając, robiąc pętelki, gwiazdki i inne znaczki, zaznaczyła również, że Heydrich nie umie żyć za tyle co oni, przez to nie chce im pożyczać i się ich czepia, a gdyby był w takiej sytuacji materialnej, też nie umiałby sobie poradzić. Ciąg dalszy z pewnością nastąpi, ale pewnie sporo czasu upłynie, bo niestety odcyfrowywanie tekstów jest trudne nawet dla Niemców.

piątek, 12 czerwca 2015

Udo von Woyrsch



źródło: wikipedia.org
Udo von Woyrsch przyszedł na świat 24 lipca 1895 roku w Zwanowicach. Wywodził się ze średnio zamożnego arystokratycznego rodu wywodzącego się z Czech. Protoplasci rodziny zamieszkiwali w XVI wieku Opawę. Jednym z wujków Udo był Remus von Woyrsch (ten urodził się na terenie dzisiejszych Pilczyc- dzielnicy Wrocławia). Rzeźba przedstawiająca Remusa znajdowała się w Głubczycach w ratuszu. Ukazywała go jako rycerza w zbroi, zaginęła ona po 1945 roku. Ale dość tego wstępu, wynika on z mojego fizia na punkcie Dolnego Śląska.
          Udo podobnie jak wujek został oficerem. Do wojska wstąpił w 1914 roku, brał udział w walkach podczas pierwszej wojny światowej. Dorobił się krzyża żelaznego pierwszej klasy. Po przegranej Niemiec był rozgoryczony i nie mogąc znaleźć dla siebie odpowiedniej pracy wstępował do prawicowych organizacji paramilitarnych. W połowie lat 20 ożenił się z Marią Ewą Eichborn. Mieli jedną córkę. Von Woyrsch wstąpił do NSDAP i dołączył do SS. Himmler powierzył mu organizację struktur czarnej gwardii na Śląsku. Kariera Von Woyrscha nabrała rozpędu, wraz z nią pojawił się kryzys małżeński. W 1933 roku, kiedy Woyrsch został wybrany do Reichstagu, miał również miejsce jego rozwód. Von Woyrsch zamieszany był Noc Długich Noży. Do jego zadań należało organizowanie egzekucji na Śląsku. Przy okazji zlecił zamordowanie jego rywala, Emila Sembacha, wkrótce okazało się, że von Woyrsch rozpoczął prywatną vendettę pozbywając się swoich konkurentów. Uniknął konsekwencji za swoje czyny, jako, że był bliskim znajomym Himmlera i Heydricha. W 1935 roku Udo von Woyrsch awansował na Obergruppenfuehrera. We wrześniu 1939 roku stanął na czele jednego z Einsatzgruppe. Do jego zadań należało eksterminowanie Polaków i Żydów na Śląsku. Okrucieństwo jego oddziału zaszokowało oficerów Wehrmachtu, którzy skarżyli się swoim przełożonym. Od kwietnia 1940 roku aż do 1944 Udo von Woyrsch pełnił funkcję Wyższego Dowódcy SS i Policji. W 1945 roku trafił do brytyjskiej niewoli. Za zbrodnie wojenne osądzony został na 20 lat więzienia, jednak już w 1952 roku został zwolniony. Ponownie sądzono go w 1957 roku za samowolę podczas Nocy Długich Noży. Na wolność ponownie wyszedł w 1960 roku i zmarł w 1983 roku.


Źródła:

M.Wildt, Generation des Unbedingten. Das Führungskorps des Reichssicherheitshauptamtes, Hamburg 2002
Ł. Gładysiak, Zabijajcie wszystkich, Warszawa 2012