piątek, 20 lutego 2015

Nowy szablon + inne kwestie

      Jak już paru moich czytelników zauważyło w dniu wczorajszym miała miejsce zmiana szablonu bloga. Wynikała ona z faktu, że wiele osób skarżyło się mi na to, że czytanie białego tekstu na czarnym tle sprawia, że wszystko miga. Póki był to jeden przypadek to specjalnie się tym nie przejmowałam i uznałam, że to wina monitora. Okazało się, że więcej osób miało z tym problemy. I tak od wczoraj Na tropie Płowej Bestii przeszło gruntowne zmiany. Nie wszystkim się one spodobały, ale szczęśliwie większość zgodziła się, że jest czytelniej.
      Pierwsze zastrzeżenia padły wobec "NAZISTOWSKIEJ CZCIONKI". Owa nazistowska czcionka, zwana czcionką gotycką, dzisiaj kojarzoną właśnie z okresem 1933-45 ma znacznie dłuższą, bo średniowieczną historię (stąd nazwa). Obecnie kojarzy się ją, niesłusznie z nazizmem. Czemu niesłusznie? Bo w 1941 roku Bormann wydał zakaz jej używania, jako, że została uznana, za dzieło żydowskie! Ironia losu, bo obecnie gotyk ulubili sobie neonaziści. Kojarzy się ją też ze wszystkimi książkami o Trzeciej Rzeszy. Pojawia się na plakatach filmowych reklamujących wszelakie Iron Sky, czy SS Zombie. Powiedzmy sobie szczerze, że naziści zapewne nie byliby szczęśliwi widząc, że "żydowska" czcionka do nich przylgnęła na stałe. Tak więc trochę ze złośliwości, trochę ze względów estetycznych (bo nie ukrywam, że krój literek mi się bardzo podoba) od wczoraj na Płowej pojawił się gotyk i póki co nie zamierzam z tego rezygnować.
       Kolejna sprawa to zdjęcia na nagłówku. Pochodzą one z mojej kolekcji, dwa z nich z gazet: Koelnische Illustierte Zeitung z czerwca 1942 (to w kokpicie), zdjęcie szermiercze pojawiło się w artykule Herberta von Danielsa, także z 1942 roku. Z tego co wiem, to żadne archiwum nie ma ich na swoim stanie, więc póki co mogę swobodnie ich używać (tym bardziej, że nie zarabiam na tym blogu w żaden sposób, a wprost przeciwnie, bo jego prowadzenie sporo mnie kosztuje, ale o tym później). Ostatnie ze zdjęć, portret, upolowałam w sklepie z militariami. Jest to odbitka z oryginalnej kliszy. Nie ma na niej ingerencji retuszera, stąd jak się przyjrzycie to zobaczycie, że Heydrich jest piegowaty i ma małe zimno. O dziwo, nie kazał retuszować sobie zmarszczek, czy prostować nosa, ale widocznie piegi stanowiły dla niego kompleks i musiały zniknąć z oficjalnych portretów.
Jak chcecie gdzieś wykorzystać te fotki, to proszę nie wycinajcie ich na chama z szablonu, ale napiszcie mi maila, chętnie prześlę wam skan w większej rozdzielczości. Co do narzekań, że "o rany, ale brzydko Heydrich wygląda na tych zdjęciach w nagłówku" - możecie mieć pretensje do jego rodziców, nie do mnie.
     Jeszcze na koniec: Chciałabym wam oświadczyć, że w żaden sposób nie zarabiam na tym blogu i cały ten medialny szum o astronomicznych zarobkach blogerów wydaje mi się rozdmuchany i nieprawdopodobny. Może dotyczyć to osób, które coś tam reklamują. U mnie zwyczajnie nie ma czego i jak. Wręcz przeciwnie, Płowa Bestia jak i pisanie książki (a blog pomaga mi w uporządkowaniu materiału) biograficznej o Heydrichu to dla mnie dość spore koszta i gdyby nie stałe źródła dochodów to powiedzmy sobie szczerze, nie byłabym się w stanie tego podjąć.
Powyżej macie rachunek z Bundesarchivu. 118,68 euro kosztowało mnie zakupienie ponad 250 stron A4 ksero (zadrukowanych po jednej stronie, żeby nie było). A są jeszcze inne archiwa, z których ściągam materiały, a cennik nie jest specjalnie zróżnicowany. Do tego dochodzi kupowanie starych gazet, książek, zdjęć i innych. A potem to wszystko musimy z Kasią przetłumaczyć i opracować. To zajmuje wiele czasu, stąd nieraz okres pomiędzy jedną a drugą notką jest strasznie długi. Sam czas oczekiwania na paczki, czy możliwość odwiedzenia archiwum czasem trwa parę tygodni, czy nawet miesięcy (archiwum miejskie w Dreźnie). Za niedogodności tego rodzaju przepraszam i mam nadzieję, że z nowym szablonem będzie wam się lepiej czytać.  

Emanuel Schäfer cz. III



Heydrich i Himmler w 1939 roku
 Druga część zeznań Schäfera dotyczy prowokacji z sierpnia 1939 roku. Schäfer zeznaje na początku w jakich okolicznościach poznał Heydricha. Miało to miejsce w sierpniu, bądź wrześniu 1934 roku, w Berlinie. Schäfer widywał go regularnie na spotkaniach Staatspolizei. Bliżej miał okazję przyjrzeć się mu w 1939 roku. 10 sierpnia zadzwonił do niego adiutant Heydricha, Neumann, który kazał mu przyjechać na lotnisko w Nysie, bądź w Prudniku (Neisse, Neustadt) i czekać na Heydricha. W Prudniku, o czym już nie mówi Schäfer, w tym samym czasie, Max Krause aresztował członków Związku Polaków w Niemczech i byłych powstańców. Trafili oni do Buchenwaldu. Nim zapadł zmierzch samolot z Heydrichem i jego adiutantem wylądował. Schäfer uścisnął im ręce. Heydrich poinformował go wówczas, że musi zachować milczenie i wyjaśnił, że Hitler „potrzebuje wojennej rundy”. Heydrich nie brzmiał na zachwyconego i dodał po chwili: „oni nie mogli nic z tym zrobić, więc my to robimy”. Następnie udali się do Gliwic, gdzie Heydrich rozkazał Schäferowi by udali się na kolejne przejścia graniczne, gdzie stopniowo opowiadał podwładnemu o planowanych akcjach, mających charakter prowokacji, które pozorowałyby atak na niemieckie terytorium. Schäfer przerywał jego wykład swoimi uwagami. Zirytowany Heydrich powiedział mu, że może zacząć krytykować dopiero po zakończeniu wypowiedzi szefa. Schäfer tak uczynił, co Heydrich skwitował: „Kto chociaż raz nie prowadził czołgu, nie powinien wypowiadać się na ten temat”. Kolejnego dnia Heydrich zwiedził następne trzy przejścia graniczne. Schäfer mówi, że był Heydrichowi jedynie potrzebny do tego, by ten sam nie naruszał granic, które nie były wówczas jasno określone. Heydrich powrócił do Berlina i powrócił w towarzystwie Himmlera tydzień później. Schaefer odebrał ich z lotniska w Gliwicach i pokazał im przejścia graniczne w Raciborzu, Rudach Wielkich i Rostkowicach. Himmler zobowiązał Schäfera do milczenia i zabronił mu mówić po tytule i po imieniu. Reichsfuehrer odrzucił przeprowadzenie akcji w Raciborzu. Zostały Rudy Wielkie i Rostkowice. Następnie powrócił pociągiem z Opola do Berlina. Na pożegnanie przekazał Schäferowi i Heydrichowi, że postara się wstrzymać wystąpienie Hitlera. Heydrich w tym czasie przystąpił do doprecyzowania planów i przekazał Schaeferowi hasło do wcielenia ich w życie. Schäfer miał za zadanie siedzieć w posterunku w Rudach Wielkich i przekazać podane hasło dalej. Posterunek graniczny mieli opuścić celnicy, a w ich miejsce tego dnia pojawili się członkowie SS, których specjalnie wybrano do wykonania tego zadania. Wtajemniczony w to wszystko był też Gestapo Mueller, który stawił się u Schäfera na dzień przed planowaną akcją. Zajął on biuro Schäfera (z czego ten nie wyglądał na zadowolonego) i telefonicznie porozumiewał się cały czas z Heydrichem. W tym czasie Schäfer siedział w Rudach. Hasło nie nadeszło, bowiem Wehrmacht osłaniający całe przedsięwzięcie wycofał się, a data akcji została przesunięta na 31 sierpnia. Wówczas od Muellera nadeszło hasło, brzmiące dość niepoważnie: „Mały głuszec”. Schäfer popchnął je dalej na granicę i twierdził, że nie wiedział co miało robić komando SS (wydaje się to mało prawdopodobne, bo wiedział doskonale co stało się z więźniami i samym posterunkiem). Esesmani podpalili niemiecki urząd celny, a wina spaść miała na trzech więźniów przebranych w polskie mundury, których zamordowano. Schäfer twierdzi, że natychmiast po podaniu hasła wrócił do Opola i nie miał nic wspólnego z prowokacją w Gliwicach, która jak wiemy również przeprowadzona została z rozkazów Heydricha i Himmlera. Schäfer wskazuje, że za Gliwice odpowiadał Naujocks i inni esesmani, których po akcji natychmiast odwożono do Rzeszy. Schäfer wiedział o planowanym ataku na radiostację, ponieważ Heydrich go o tym poinformował. Na tym kończą się jego zeznania. 


Źródła:
IFZ Monachium, ZS-0573

Zdjęcie: 
Max Williams - Heinrich Himmler a photo history of Reichsführer-SS

czwartek, 19 lutego 2015

Emanuel Schäfer cz. II



źródło wikipedia.org

Przytoczyłam niedawno krótką biografię Schäfera. Zrobiłam to, ze względu na to, że w ostatnim czasie Kasia tłumaczyła jego zeznania, które znajdują się w monachijskim IFZ. Przesłuchanie odbyło się 16 stycznia 1952 roku. Przepraszam za liczne powtórzenia nazwisk, jednak jest ich dużo, stąd żeby się nie pogubić kto z kim i dlaczego zadecydowałam się w każdym zdaniu je powtórzyć.
     Schäfer w pierwszej części opowiada o swojej roli w Serbii. Został tam wysłany w 1942 roku, w styczniu (najprawdopodobniej 27), przez Heydricha. Ten powiedział mu, że „w Serbii śmierdzi i niedługo wybuchnie tam powstanie”. Schäfer miał się zająć pacyfikacją tegoż. Heydrich wyjaśnił Schäferowi, że widzi go jako dobrego dowódcę, ponieważ wiedział, że posiadał on doświadczenie w walkach z partyzantami (chodzi tu oczywiście o akcje w Polsce). Schäfer miał zastąpić doktora Fuchsa, dowódcy jednego z Einsatzgruppen. Schäfer mówił, że przybył na miejsce zanim mógł zacząć wypełniać swoje obowiązki. Spowodowane było to nieobecnością Meysznera. Ten stawić się miał w Belgradzie na powrót w połowie lutego 1942 roku. Schäfer mógł przystąpić do reorganizacji jednego z Einsatzgruppen. Jego urząd miał pięć departamentów:
1)      Administracyjny – który odpowiadał za egzekutywę i komunikację
2)      Wywiadowczy – odpowiadający za działalność agentów i walkę z kontrwywiadem. Współpracował z Abwehrą.
3)      Departament „studiów różnych obszarów życia” – odpowiadał za badanie nastrojów społecznych, religijnych, narodowościowych itp.
4)      Rozporządzenia – znajdujący się pod Staatspolizei, odpowiadający za walkę z Komunistami, Masonerią, Świadkami Jehowy, Żydami i politycznie aktywnymi kapłanami innych religii.
5)      Kryminalno-policyjny – najmniejszy z pięciu.

       Schäfer otrzymywał rozkazy prosto z siedziby RSHA w Berlinie i tamże wysyłał też swoje raporty. Posiadał własne biuro. Zeznaje on także, że podlegał bezpośrednio pod Szefa Policji Bezpieczeństwa (zatem do Heydricha, a potem do Kaltenbrunnera, po śmierci tego pierwszego). Przyznaje on także, że nie podlegał pod Wehrmacht w żaden sposób, ale z oficerami armii i wywiadu ściśle współpracował. Analogicznie sytuacja miała się z majorem policji porządkowej Maxem, który podlegał pod Kurta Daluege.
    Schäfer zeznawał, co nie do końca może być prawdą, że gdy przyjechał w Serbii panował relatywny spokój i, że jego poprzednik przesadzał ze skalą zagrożenia ze strony ruchu oporu. Schäfer swoje spostrzeżenia wysłał Heydrichowi. Zaczął jednakże przygotowywać operację skierowaną w partyzantów. Pomagały mu zarówno siły Wehrmachtu (wymienia tu dwóch dowódców: Badera i Kewischa) , jak i policja porządkowa (kolejny dowód na to, że Wehrmacht wcale nie był taki kryształowy jak zwykło się uważać przez ostatnie lata).
Codziennie pod wieczór spotykał się z szefami poszczególnych departamentów na naradzie, gdzie omawiano sytuację z ostatnich 24 godzin. Schäfer wówczas dawał swoim ludziom przydział obowiązków na kolejny dzień. Jego uwagę przykuła rywalizacja pomiędzy Kripo, Gestapo i SD, co bardzo go zdziwiło. Było to spowodowane działaniami doktora Fuchsa, który rywalizację pomiędzy poszczególnymi osobnikami podsycał, a co sprawiło, że w oczach Schäfera, jak i Heydricha, poniósł klęskę.
    Schäfer zorganizował oddział składający się z volksdojczów. Miał on za zadanie ochraniać Schäfera i jego urząd. Posiadali mundury Waffen SS. W 1944 roku ci ludzie brali udział, wraz z policją porządkową, w tłumieniu zamieszek.
Wraz z przybyciem do Belgradu Schäfer stał się odpowiedzialny za obóz w Semlinie (Chorwacja). Jego innymi zarządcami byli szefowie Policji Porządkowej w Belgradzie. I tu zaczyna się najlepsza zabawa... Schäfer przyznaje się do tego, że więził i był odpowiedzialny za śmierć: czetników, komunistów, partyzantów, ale gdy dochodzi do Żydów twierdzi, że nie było ich tam. Mówi:
 „Kiedy przyjechałem do Belgradu, nie było w obozie żadnych Żydów, ponieważ oni już nie istnieli (SIC!)”. Dalej jest lepiej. Tu zamieszczam obszerny cytat: „Kiedy przybyłem do Belgradu, nie było tam mówiących Żydów. Byłem w stanie znaleźć w rozkazach, że cała populacja serbskich Żydów została zabita podczas powstania, prawdopodobnie w 1941, z inicjatywy mojego poprzednika, dr Fuchsa. Sądzę, że Żydzi zostali już po inwazji na Jugosławię zlikwidowani przez Einsatzgruppe. Umieszczono ich w obozie Semlin. Ponieważ nie było już żadnych Żydów w Serbii, jedyną konkluzją pozostaje to, że zostali zabici lub przetransportowani wcześniej do Semlin. Oświadczam, że nie mam nic wspólnego z eksterminacją Żydów, ponieważ, jak już wyjaśniłem, nie było już żadnych Żydów w Belgradzie. Słyszałem o losie żydów od moich współpracowników: Mężczyźni zostali zastrzeleni, a kobiety i dzieci zostały zagazowane. Z tego, co wiem, proces gazowania został przeprowadzony przez spaliny samochodowe. Zakładam, że zgazowanie zostało przeprowadzona przez oddział pod dowództwem SS Standartenführera Blobela.

     Dystansuję się od tego, ponieważ Blobel pewnego dnia w 1944 przyszedł do mnie i poinstruował, żeby zniszczyć groby tych, którzy zostali zastrzeleni i zagazowani, aby wyeliminować ślady popełnionych zbrodni. Z tego, co wiem, Blobel wykonywał swoją pracę także na froncie wschodnim. Zniszczenie grobów nie ograniczały się tylko do Żydów, ale także do wszystkich miejsc w Serbii, nie ważne, czy egzekucje były przeprowadzane przez Policję czy przez Wehrmacht. Czy te groby zostały faktycznie zniszczone, nie mogę powiedzieć. Wnętrza samochodu służącego do gazowania były mi znane. To był zamknięty samochód, z którego wnętrza podczas jazdy wydobywały się spaliny. Czy te samochody miały oznaczenia, nie mogę powiedzieć. Nie mogę wypowiedzieć się na temat liczby mieszkańców w Serbii, których poddano zagazowaniu czy rozstrzelaniu, poza Żydami.” - o dziwo ta straszna linia obrony przyniosła mu bardzo niski wyrok za popełnione czyny. Schäfer najprawdopodobniej zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli przyzna się do mordowania partyzantów to zostanie to potraktowane łagodniej niż zagazowanie na śmierć bezbronnych ofiar. Gdy czyta się kolejne zeznania tego typu to jasnym staje się, że wielu nazistowskich katów decydowało się powiedzieć: "Tak zamordowałem tych i tych, ale tych już nie".
     Na przełomie 43/44 roku przekazał on Semlin w ręce chorwackich faszystów i zajął się organizowaniem kolejnego w Nisch. Kolejnym obozem, który trafił we władanie Schaefera był Banat. Przesłuchiwany jednak twierdził, że obóz istniał zanim wylądował on w Belgradzie i zarządzała nim policja porządkowa. Nie był w stanie powiedzieć, czy kogoś tam rozstrzeliwano. – na tym kończy się pierwsza część przesłuchania. W kolejnym odcinku zajmiemy się prowokacją gliwicką. 

Źródła:
IFZ Monachium, ZS-0573

wtorek, 17 lutego 2015

Zwykli Ludzie 101. Policyjny Batalion Rezerwy i ostateczne rozwiązanie w Polsce - Christopher Browning

       Nie obrazicie się mam nadzieję, że znów serwuję wam lekturę nie stricte o Heydrichu. Nie martwcie się, bardzo ciężko pracujemy z Kasią tłumacząc kolejne dokumenty z archiwów w celu zaserwowania wam opracowań na blogu i przygotowania ich pod moją piszącą się książkę.
Nim jednak na powrót zajmiemy się Heydrichem to chciałabym wam polecić pozycję "Zwykli ludzie" pióra Christophera Browninga. Podobnie jak z deschnerowską biografią Heydricha, także wydaną w Brunatnej Serii Bellony, dostanie tej książki wiążę się z dość sporym wydatkiem (często ceny zaczynają się powyżej 100 zł). "Zwykłych ludzi" mieć warto. Ba, uważam, że pozycję tą mieć trzeba i jej fragmenty powinny być omawiane na lekcjach historii w liceum (not gonna happen- wiem). Jest to bardzo dokładne studium zarówno historyczne jak i psychologiczne zeznań członków 101. Policyjnego Batalionu Rezerwy. Śledzimy kolejne masakry, których dokonywali ci ludzie i czytamy ich późniejsze zeznania. Książka tego typu mogłaby stać się jedną z tych tanich sensacji opisujących nazistowskie zbrodnie, jednak Browning unika moralizatorstwa i sztucznego podkręcania atmosfery. Jest wszakże historykiem, nie dziennikarzem, choć zdarza mu się wybiec nieco poza sztywny gorset typowego opracowania historycznego i uciec w kierunku psychologii. Nie jest to w żadnym wypadku zarzut, wręcz przeciwnie. Jeden z końcowych rozdziałów "Zwykłych ludzi" poświęcony jest teoriom związanym z brutalizacją zwykłych ludzi. Browning podaje ich kilka, analizuje dokładnie, pokazuje ich mocne i słabe strony. Najbardziej przekonująca dla mnie teoria Baumana o wpływie społeczeństwa na brutalizację jednostki. "Okrucieństwo w większym stopniu wywodzi się ze społeczeństwa, niż z charakteru jednostek".
      Sam Browning zaś już we wstępie tłumaczy swój punkt widzenia: "Nie przyjmuję do wiadomości oklepanych banałów, jakoby wyjaśnić oznaczało usprawiedliwić, a zrozumieć - przebaczyć. Wyjaśnienie nie jest usprawiedliwieniem, a zrozumienie - przebaczeniem. Napisanie niniejszej pracy nie byłoby możliwe, gdybym nie próbował po ludzku zrozumieć sprawców zbrodni. Nie powstałaby też żadna historia sprawców holocaustu, która wychodziłaby poza ramy jednowymiarowej karykatury." Z tym credo, Browning zmaga się z bardzo trudnym zadaniem. I wychodzi z niego zwycięsko, pisząc książkę, która jest niezwykle wyważona i tak zwyczajnie, po ludzku, mądra. To zrozumienie, "zimna empatia" jak to określał Gerwarth w swoim podejściu do Heydricha, u Browninga działa, a trzeba nie lada siły żeby przeanalizować zamordowanie żydowskich kucharek, które przez parę tygodni gotowały swoim przyszłym katom. Były to jedne z niewielu osób, które zostały przez policjantów zapamiętane. Jedna z nich została wzięta do lasu, gdzie zaczęła zbierać jagody. Niczego nieświadoma została zastrzelona przez jednego z Niemców.
     "Zwykłych ludzi" należy przeczytać. Bezwzględnie.

środa, 4 lutego 2015

Willa Amona Goetha sprzedana


Amon Goeth wikipedia.org

Jak dobrze wiecie los obozu w Płaszowie nie jest mi obojętny i przeżywam go dość mocno. Osoby, które znają mnie bliżej wiedzą, że to pewnego rodzaju fiksacja. Jest to jedyne miejsce związane ze zbrodniami Trzeciej Rzeszy, które doprowadziło mnie do łez. Ze względu na to jak bardzo wszystkim wokoło los ofiar jest obojętny. Moje kasandryczne wizje ukazują, że to miejsce zamieni się wkrótce w centrum handlowe, bądź kolejne osiedle. Pierwsze kroki, jak się okazało zostały niedawno poczynione. Willa Goetha trafiła w ręce dewelopera, który zaplanował żeby stworzyć z niej mieszkania.

- Wszyscy się tego budynku strasznie bali, ze względu na jego historię i to, że jest objęty opieką konserwatorską. Prawda jest jednak taka, że budynek nie ma wartości zabytkowej – został wpisany do rejestru na życzenie poprzedniego właściciela. Moja opinia jest taka, że ten dom nie nadaje się zbytnio do funkcji muzeum, wiązanie go ze zbrodniarzem nie jest właściwe – ocenia Artur Niemyski, prezes Dabsteru.

Ironizując trochę na wstępie, bardzo na miejscu jest zestawienie ze sobą sadysty, który zabił własnoręcznie setki ludzi z konserwatorem zabytków. I podobnie jak to miejsce nie nadaje się według pana Niemyskiego na muzeum, ale już na mieszkania jak najbardziej. Urocze. Ale żarty na bok. Ten pan ma sobie za nic historyczną (nie architektoniczną, bo rzeczywiście nie jest to jakiś wielki zabytek pod względem materialnym, ale baraki w Oświęcimiu też nie są wielkimi dziełami architektury, a jednak bezsprzecznie są one zabytkami i mają wartość historyczną) wartość tego miejsca. I pięknymi słowami próbuje zamaskować swoja chęć zarobku za wszelką cenę. Bo przecież skoro ten budynek nie ma żadnej wartości i nie nadaje się na miejsce pamięci, to raczej nie będzie tam pomieszczenia poświęconemu historii Płaszowa i Goetha. Wymazuje się to, co jest niewygodne, bolesne. Po co czuć ten ból? Po co pamiętać? Tak najlepiej jest zapomnieć, szczególnie o niewygodnej historii. Przykryć ją tynkiem i pomalować w kwiatki, tworzyć nowe, lepsze ja. Naród, który nie zna swej historii skazany jest na jej powtórne przeżycie. Oczywiście sprzeciwiamy się jak na Zachodzie ktoś popełnia lapsus o „polskich obozach koncentracyjnych”, ale jest to efekt tego, jak w tym kraju o tą pamięć dbamy. A nie dbamy w ogóle, co widać po tym blogu i miejscach, jakie opisuje. Zaśmieconych, zapomnianych, zarośniętych, przerobionych na miejsca rozrywki i domy mieszkalne. Taka jest nasza pamięć. Bardzo wybiórcza. Pamiętamy jedynie wobec tych, co są poza granicami naszego kraju. Ewentualnie wobec przeciwników politycznych, by wytknąć im błędy. Ale żeby już posprzątać na Płaszowie, to w stolicy polskiej kultury i inteligencji nie ma komu. Zamiast muzeum na Płaszowie lepiej wydać miliony na promocję igrzysk, których sami mieszkańcy nie chcą. 

wtorek, 3 lutego 2015

Bruno Heydrich - kompozytor zapomniany cz. I

       
Młody Bruno zanim został sławny i bogaty
Bruno Heydrich, jak już zapewne wiecie, był kompozytorem z dość pokaźnym dorobkiem i trudną przeszłością (więcej o Brunonie i całej familii tutaj: http://plowabestia.blogspot.com/2013/04/familia-heydrichow.html.) Mimo tego, że nie był beztalenciem i jego utwory są dość ciekawe, to przez liczne zrządzenia losu i niesławę, jaką okryło się nazwisko Heydrich po wojnie, został niemalże zupełnie zapomniany. Na szczęście są osoby, które próbują wskrzesić o nim pamięć i opisać jego historię w oderwaniu od tego, co robił jego syn. Napisania pracy o Brunonie Heydrichu podjęła się Anna Schaefer, pani muzykolog z Halle, na której wykładzie byłyśmy w marcu zeszłego roku. Będę głównie bazować na jej wiedzy, a także na podręczniku Brunona, jaki udało mi się nabyć za bezcen. Heydrich senior bowiem nie był jedynie kompozytorem, ale także dyrektorem konserwatorium i pedagogiem. Dodatkowo, prócz ściśle muzycznych zajęć Heydrich znajdował czas na członkostwo w przeróżnych kulturalnych i poza kulturalnych organizacjach. Dzięki temu jego uczniowie koncertować mogli nie tylko na terenie konserwatorium. Uświetniali oni wiele imprez okolicznościowych i miejskich. Każdy rok szkolny rozpoczynany był i wieńczony koncertem uczniów. Egzaminy odbywały się w okolicy Wielkanocy. Na pierwszym stopniu nauki koncertów było osiem. Najwięcej grali uczniowie jedenastej klasy klasy, bowiem aż 13. Bruno Heydrich zakładał, że częste wystąpienia pomogą młodzieży oswoić się z publicznością. Na jednym z nich, wieczorku muzycznym, w roku 1901 grano między innymi Mozarta, Schummanna i wczesny repertuar samego Heydricha. W kolejnym roku, odbył się występ młodych pianistów i chóru. Znów znalazło się miejsce dla Mozarta i Heydricha, pojawiły się także utwory Beethovena. Pani Schaefer zwraca uwagę na to, że Heydrich dobierał bardzo szeroki repertuar gatunkowy na wieczorki muzyczne. Najczęściej grano jednak Mozarta w różnych konfiguracjach, to fragmenty oper, to mniejsze utwory. Być może wynikało to z prywatnej lubości Heydricha do tego kompozytora, być może ze względu na muzyczną płodność Mozarta, bądź na fakt, że dobrze wpływa on na rozwój umiejętności uczniów.
        W konserwatorium nie uczono jedynie nauki gry na instrumencie czy śpiewu, ale także poprawnej wymowy. O tym wspomina córka Brunona Maria, która Shlomo Aronsonowi opowiadała o tym, jak jej brata Reinharda oduczano saksońskiego dialektu. Moje mało wprawne ucho co prawda mówi mi, że w późniejszym życiu u Heydricha młodszego tą saksońskość nadal słychać, ale może się nie znam. Niemniej tak, Reinhard Heydrich wraz z rodzeństwem również mieli legitymacje szkolne wystawione przez ojca i uczęszczali na zajęcia. Na zajęcia recytatorskie również. Co do legitymacji to był to niewielki dokumencik, w kolorze czerwonym, wykonany z czegoś co wygląda trochę jak papier, trochę jak materiał (fajne w dotyku). W Bundesarchivie znajduje się legitymacja należąca do Reinharda, ważna od 1 października 1919 roku do 1 października 1920. Na dokumencie znajdował się drukowany napis Bruno Heydrich Konservatorium Legitimationskarte. Czy owa legitymacja upoważniała do jakiś zniżek? Nie mam niestety zielonego pojęcia. Wróćmy jednak do Brunona, którego uczniowie odnosili kolejne sukcesy i byli zapraszani by uświetniać różne uroczystości. Jedno z nich odbywało się przy halleńskim placu uniwersyteckim (Universitätsplatz, gdzie jest mnóstwo różnych instytutów i super stołówka studencka, polecam), w hotelu Zur Tulpe (w którego miejscu znajduje się akademik z wyżej wspomnianą stołówką). Heydrich miał nadzór nad całym przedsięwzięciem. Lokalna prasa była zachwycona i w samych superlatywach opisywała to wydarzenie, a także metody wychowawcze Heydricha.
      Hotel Zur Tulpe był często wybierany jako miejsce koncertów. Było tak, na przykład, podczas egzaminów na Wielkanoc w roku 1904, a także dwa lata wcześniej. Część z wystąpień odbywała się też rzecz jasna w niewielkiej sali koncertowej przy Guetschestrasse 20 (obecnie ona chyba nie istnieje, z tego co mówił nam jeden z mieszkańców). Wraz ze wzrostem popularności koncertów Brunona i uczniów przybywało też widzów, stąd przeniesiono je do większych sal.