środa, 22 lipca 2015

Recenzja plus smutna sprawa - G. Paillard. C. Rougerie, Reinhard Heydrich, le violoniste de la mort

Zanim przejdę do meritum dzisiejszej notki małe ogłoszenia duszpasterskie, przepisuję z facebooka, a, że nie wszyscy czytelnicy mają mnie w znajomych to lepiej żebyście wiedzieli:
  Jako, że natrafiłam dzisiaj na profil na vk (taki rosyjski odpowiednik facebooka), gdzie jakaś neo-nazi menda kradnie moje notki z Płowej Bestii i zdjęcia (nawet bez usuwania watermarków), a dodatkowo nawet nie umieszcza źródła swojej wiedzy i wycina moje opinie na temat nazizmu, które, jak wiecie, są jednoznacznie negatywne, zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy prowadzenie tego bloga ma jakikolwiek sens.
Jak się okazało wszystko co napiszę, może być stąd wyprowadzone, przeinaczone i podpisane innym nazwiskiem, w innym kraju. Obawiam się, że tego nie chcę, tym bardziej, że piszę biografię Heydricha i wiem jaki to ogrom wysiłku znaleźć coś, przetłumaczyć i opracować. Szkoda, że moja praca i fakt, że za darmo, a nawet po wielkich kosztach, chcę się dzielić z tym ludźmi jej efektami blogu, jest traktowana w taki sposób. I nie liczcie, że jakiekolwiek służby cokolwiek z tym zrobią. Jakbym była jakąś blogerką reklamującą wosk do depilacji włosów łonowych i miała 1000 obsów, to pudelek by napisał o mnie i zrobiłaby się z tego harda afera. Niestety jestem zwyczajną nudziarą, która miała nieszczęście bawić się w pisanie rzetelnych tekstów na temat hitlerowskiego zbrodniarza. I nawet umieszczałam źródła. Na początku kariery też przypisy, ale po tym jak ktoś sobie wziął moje teksty, przemontował i wypuścił to jako artykuł, to odechciało mi się to robić. Zostały same znikome źródła, bo tak chociaż jest nadzieja, że przeczytacie książki, z których korzystałam, żeby spisać do przypisów w waszych pracach odpowiednie strony. Ruscy jednak wykazali się jeszcze większą fantazją i mój zapał totalnie umarł. Swoimi zainteresowaniami bezinteresownie nie ma co się dzielić jak widać.

      I w tym momencie możemy przejść do recenzji książki. Natrafiłam na nią podczas lektury Axis Forum i stwierdziłam, że skoro całkiem spora część francuskich użyszkodników AF ją czytała to może nie jest ona taka ostatnia. Tłumaczenie jej to męka pańska, bo raz, że nienawidzę francuskiego dzięki nauce w gimnazjum i liceum, a dwa, że mój word tego języka nienawidzi.
     Jest zatem ciężko. Z samą książką i jej treścią podobnie. Z jednej strony są tu fantastyczne wywiady na przykład z Liną Heydrich, które są poprowadzone z głową i tak otrzymujemy parę ciekawych anegdot. I tak dowiadujemy się, że Heydrich w marynarce, żeby nauczyć się rosyjskiego, czytał Marksa, Engelsa i Lenina.  
    Wywiady oznaczono na całe szczęście przypisami, ale niestety tychże brakuje w większej części książki. Być może Paillard i Rougerie padli ofiarą nieszczęśliwej polityki wydawniczej we Francji doby lat 60/70. Wydawcy oszczędzali jak mogli i ucinali bibliografie i przypisy. Tego typu los spotkał Andre Brissauda i jego książkę o Canarisie, która była całkiem interesująca, ale przez brak źródeł nie sposób ustalić co jest faktem, a co zmyśleniem. I tak samo jest u Paillarda i Rougerie. Przy czym spora część wynika również ze złego tłumaczenia z niemieckiego i pewnych uproszczeń. Przez co tworzy się szereg błędów.
     Czasami widać, że autorów ponosiła ułańska fantazja, bowiem według nich Heydrich miał się zrazić do homoseksualistów na surprise party, na które zaproszono geja robiącego pokaz. Takich niedorzecznych i nieprawdopodobnych historii jest mnóstwo. Do tego stopnia, że właściwie większa część książki nie nadaje się do niczego i bronią się tylko fragmenty, które powstały na kanwie wywiadów. I dla nich właśnie warto Skrzypka śmierci przeczytać. Ale to najlepiej po lekturze Gerwartha i Deschnera. A najlepiej dodać do tego jeszcze Aronsona, z którego Francuzi nieraz spisują słowo w słowo, ale nie przyznają się do tego, bo nie figuruje on w szczuplutkiej bibliografii. Wątpliwy moralnie zabieg.
Podsumowując: początkującym odradzam. Zaawansowanym polecam głównie jako punkt wyjścia do dyskusji.

4 komentarze:

  1. Tego typu spekulacje były pożywką dla głodnej sensacji powojennej publiki a dziś wydają się śmieszne i niedorzeczne, gratuluję siły i samozaparcia w przebrnięciu przez te wątpliewej kondycji dzieło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze to nie bylo takie ostatnie, kessler to znacznie gorsza pulpa

      Usuń
  2. Przedziwne, ale ten tytuł mi się podoba, zwłaszcza po francusku :D

    Co do parszywej sprawy - niestety, ale zawsze może być tak, że ktoś uprowadzi to, co napiszesz, poprzeinacza. Już przed czasami internetów, dotyczy to też przecież profesorskich plagiatów, a niby to już wysokie progi do zrzynania. Patrząc na to z tej strony zamykanie bloga nie ma większego sensu, bo z każdego artykuły, który pojawi się z Twoim nazwiskiem w sieci też ktoś może zrobić ten sam użytek, podobnie z książką. Może za to powinnaś rozważyć właśnie wyraźniejsze zaznaczenie, że traktujesz pisanie tu poważnie. To nie są przeszkody dla złodzieja, ale kradzież z miejsca oznaczonego "nie kradnij" tak wyraźnie jak się da, wygląda też inaczej, a niektórych to po prostu zniechęci (nie mam na myśli tej konkretnej sprawy, bo widzę, że to gruby kaliber i pomyślne jej rozwiązanie, za które trzymam kciuki, to osobna bajka). Może warto podpisać bloga, wpisy na blogu swoim imieniem i nazwiskiem, ustawić zakaz kopiowania treści, walnąć napis, że kradzież treści intelektualnej podlega konkretnym paragrafom? Kiedy widzę coś takiego na blogach, gdzie główna treść to zakupy i przegląd katalogów Ikea, to mnie to śmieszy, ale Twój blog naprawdę zawiera autorskie treści, więc wygląda to zupełnie inaczej. Oczywiście, jak napisałam wcześniej, tej konkretnej obrzydliwej sprawy to nie rozwiązuje, ale może zamiast zabierania mi tego bloga do czytania, rozważ :D Lubię tu wchodzić i łyknąć trochę szerszej wiedzy, nie tylko o H. Kiedyś się przyznałam, że moja wiedza o XX wieku jest naprawdę skromna i dziś nie mialabym czasu i być może ochoty przebrnąć przez księgi, artykuły, żeby ją uzupełniać tak po kawałku, systematycznie, a Twój blog pełni dla mnie taką funkcję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To juz w sumie nie pierwszyzna dla mnie, ale tak na bezczela i w takiej ilosci, jednak to dla mnie za dużo. Postanowiłam to jednak załatwić na drodze prawnej, bo okazuje się, że prawo w Polsce wobec kradzieży, która wyszła poza granicę naszego kraju, nie jest wcale tak bezradne, jak by się mogło wydawać. Jeśli sprawa znajdzie szczęśliwy dla mnie finał, a znacznie mniej szczęśliwy dla Pani złodziejki, to będzie to przykład dla potomnych, że łatwo takich spraw się nie odpuszcza i tego typu proceder nie jest bezkarny.

      Podejrzewam, ze wlasnie liczba praw z boku się poszerzy i też pojawi sie nieszczesny pikacz, ktory przy nacisnieciu drugiego przycisku bedzie wyrzucal okienko, ze nie wolno. niemniej rozwiazania tego nienawidze i mnie drazni, bo przy roztrzesionych lapkach mam ochote wyjsc z takiej strony po pieciu minutach.
      I ciesze sie bardzo, ze jestem namiastka wiedzy o XX wieku :D chociaz to troche jak słaby apteczny suplement, talerza brokułów nie zastąpi ;(

      Usuń