piątek, 14 sierpnia 2015

O mojej książce, być może cz. I

         Dawno nie pisałam tutaj nic nowego. Niestety ostatnia afera z rosyjską koleżaneczką skutecznie mnie zniechęciła do dzielenia się czymkolwiek co może być nawet drobnym zalążkiem do mojej książki. Na otarcie łez dodam, że ukażą się wpisy odnośnie paru obozów pracy na terenie Wrocławia, a także parę notek recenzujących różne pozycje na temat SS i Heydricha, jakie przebrnęłam w ostatnim czasie. Nie jest to zatem tak, że zupełnie porzucam Płową Bestię. Jeśli chcecie o cokolwiek mnie zapytać odnośnie Heydricha to zawsze chętnie odpowiem w komentarzach, bądź drogą mailową (którą o dziwo większość z Was wybiera :D). Może po jakimś czasie wyleczę się z niesmaku związanym z niedawną kradzieżą, ale póki co wolę wam relacjonować co robię jeśli chodzi o pisanie.
            A piszę kiedy mogę i jak mogę. Praca nad biografią Heydricha przebiega w sposób dość chaotyczny, ale pomału udaje mi się ją okiełznać. Przede wszystkim nadal z Kasią gromadzimy materiały. To wiąże się z licznymi wizytami w przeróżnych archiwach, ostatnio głównie w berlińskim Bundesarchivie. Miejsce to jest tak rozkoszne, że naprawdę bardzo chciałabym załatwić je raz a dobrze, niestety zamówiłyśmy 80 teczek (sic!), a maksymalnie na raz możemy przejrzeć 20 z nich. Przy wielkim uporze to 80 przejrzałoby się siedząc tam od 8 do 20, ale nie czarujmy się: to jest niemożliwe. Wymagałoby to nie dość, że dojechania na wczesną godzinę, które dzięki kochanemu PKP, które do Niemiec nie wjeżdża, jest nie do osiągnięcia. Polskie busy jadą nocą, a już raz miałyśmy za sobą podróż tego typu. Niestety darcie ryja i rodaków i niemieckie gulgotanie o 4 w nocy sprawiło, że na miejsce dotarłyśmy zdechłe. Efektywność pracy była znikoma. Zostają zatem blablacary. A to jest ruletka, szczególnie jak trafiają się przyjemniaczki, które twierdzą: "o tak, jasne zawieziemy was na Lichterfelde..." po czym wiozą na Tegel. Dzięki temu jest się 1h30m w plecy. Super. Z drugiej strony są i ludzie, którzy potrafią przedrzeć się pod bramę wjazdową archiwum i to się chwali, ale postawa tego typu należą do rzadkości.
            W sumie nie poruszyłam tu jeszcze jednej kwestii. Najczęściej musimy uwinąć się bez noclegu. To jest: wyjechać rano z Wrocławia i wrócić na noc. A pomiędzy tym siedzieć godzinami nad aktami i nad źle zrobionymi mikrofiszkami, na których nie widać nic. Jedyną przerwę, na którą sobie pozwalamy jest szybki wypad do okolicznej stołówki, gdzie za sumę 3 euro można zjeść kopę ziemniaków, gigantycznego wursta i górę podsmażanej kapustki. Obiadek ten jest dostępny jakoś mniej więcej od 12 do 14 i człowiek ślęcząc nad dokumentami i pismem Heydricha, które jest nie do odczytania, nie myśli o niczym innym, tylko o tej wspaniałej, tłustej kiełbasie. A tak nawiasem mówiąc to w Polsce nie jem mięsa. Niestety moje postanowienie odnośnie nie szkodzenia samej sobie i pomagania zwierzaczkom idzie w niebyt jeśli tylko zwęszę gdzieś prawdziwego sznycla i porządnego wursta, a nie daj Bozia jak zobaczę gdzieś flammkuchena.     
         A dzieje się tak w Berlinie i Halle. I na nic idą filmiki ze słodkimi, małymi świnkami. Głód i instynkt biorą górę. Spowiadam się i gorzko żałuję, aż do następnego zwęszonego sznycla z pieczonymi ziemniaczkami. Jestem hipokrytą najgorszego sortu. Mea culpa, mea maxima culpa.
Wracając do archiwów. Na miejscu zaznacza się to, co chce się skopiować, żółtymi zakładkami. Najczęściej przemieszczają się one, wypadają, gubią, zmieniają położenie i nie chcą współpracować. Dzięki Bozi, Niemcy wpadli na wspaniały sposób oznaczania w tabelkach, które strony z danej teczki się chce. Niestety system ten zawodzi, kiedy okazuje się, że w jednym pliku powtarzają się po trzy razy strony ponumerowane 32 i to w różnych miejscach teczki, a ich kolejności nie wolno zmieniać, bo to będzie oznaczało koniec: dla ciebie, dla pracowników i dla samej teczki.
      Potem wybrane dokumenty są skanowane i drukowane. Dostajesz rachunek na swój adres i musisz za niego zapłacić. Pół biedy jak uda ci się zrobić zagraniczny przelew drogą internetową. W większości przypadku musisz stawić się w placówce swojego banku. I zapłacić około 130 zł za wykonanie przelewu. A dokumenty też do najtańszych nie należą, chociaż ostatnio policzono nas za jedyne 34 euro, co było naprawdę miłe, bo zamówiłyśmy kolejną górę papieru. Jednak był stres. Zawsze jest stres, kiedy koperta z Niemiec pojawia się w naszej skrzynce. Poczułam taką ulgę widząc, że rachunek opiewał na 34 nie na 134 euro, że nie ruszył mnie fakt przelewu za 130 zł.
     Osobną kwestią są mikrofiszki. Mikrofiszki to skarlałe siostry mikrofilmów, których miejsce powinno być na śmietniku. Mikrofiszki są największym złem tego świata. Są to klisze, które przesuwa się po tym samym dziwnym pudle, które służy do przeglądania mikrofilmów. Operuje się przy tym wajchą, która umożliwia przeglądanie dowolnej części slajdu. Po przejrzeniu takich dwóch ma się silny odruch wymiotny. Za każdym razem musiałam wybiegać na dwór i się wietrzyć, bo inaczej bym przy nich zemdlała. Pisząc to też mam mroczki w oczach na samo wspomnienie tego. Dodatkowo część z nich się nie odbiła i przegląda się puste czarne strony.
    Owe stronki można sobie wydrukować. Kosztuje to śmieszne grosze, ale nie wiedziałyśmy o tym. Normalnie ludzie wsadzają karty do środka urządzonka, które nalicza im opłaty. Zderpiłyśmy okrutnie i tego nie zrobiłyśmy. I drukowało. Zorientowałyśmy się po pewnym czasie, że wszyscy ludzie mają w czytnikach karty, a my nie. Kryzys został jednak zażegnany, bo po wysłaniu maila z opisem tej wtopy, panie z archiwum odpisały, że wszystko jest ok i możemy zapłacić za te kartki przy następnej wizycie.
   No dobrze, dokumenty są już w domu i co się z nimi dzieje. W przypadku tych, pisanych na maszynie, sprawa jest jasna: tłumaczy się je na polski i tłumaczenia zapisuje na komputerku. Są jednak przypadki, że jakiś przyjemniaczek mówi we wszystkich dialektach na raz, wplata do tego łacinę i w dodatku powtarza to samo innymi słowami piętnaście razy (vide Erich Schultze, nasz ulubieniec), wtedy używamy pomocy z zewnątrz. W przypadku odręcznych zaczynają się cuda na kiju, bo niekiedy sami Niemcy po prostu nie umieją tego odczytać.
   Pierwsze strony książki napisałam jakoś w maju/kwietniu tego roku. Obecnie mam ich 71. Napisałam ogromnie długi, szczegółowy rozdział o szermierce, który był wynikiem przejrzenia wszystkich numerów Deutsche Fechter Zeitung i różnych gazetek SS, przejrzenia starych dyplomów Heydricha, dokładnej analizy parominutowego filmu z mistrzostw z Zandvoort i sięgnięcia po powojenne opinie, a także wybłaganie koleżanki z Węgier o jakiekolwiek informacje na temat zawodów z 1941 roku. Udało się nam zdobyć dwa numery węgierskich gazet sportowych, gdzie były wzmianki o tym wydarzeniu. Prawie gotowy jest też rozdział o dzieciństwie, który rozrósł się również całkiem nieźle. Bardzo zależało mi na tym, żeby jak najdokładniej nakreślić ten okres i nie pominąć nawet tak prozaicznych wydarzeń, jak nastoletni Reinhard Heydrich zjadający ciasto marmurkowe u swojego kolegi.
   Zaczęłam też marynarkę, chociaż ona jest w powijakach i powiem szczerze, że dostarcza mi samych trudności. Mam podobną sytuację jak Shlomo Aronson: tych parę opinii, które się zachowały, więcej mówią o kolegach Heydricha, niż o nim samym. A naprawdę była to tragiczna zgraja sadystów i rasistów, którzy ze swoją podłością i poglądami wcale się nie kryli. Jednym z mocniejszych cytatów się podzielę. Jest to fragment zeznań jednego z kolegów Heydricha z lat 60 (SIC!): „zdarzało się, że najokrutniejsi KaPo rekrutowali się z szeregów prześladowanych. Mogę sobie wyobrazić, że u H. (Heydricha) istnieją pewne analogie. Wiele sprzeczności w cechach charakteru H. mogło mieć źródła u jego przodków, gdyby wymieszała się żydowsko-madziarska, cygańska albo inna krew. Mimo jego niebieskich oczu, blond włosów i dorodnej figury nie nazwałbym RH aryjczykiem czystej krwi."- Cytat z :S. Aronson, Reinhard Heydrich und die Frühgeschichte von Gestapo und SD (strony nie podam, bo Aliny zabiorą, sorry). Jak czytam tego typu kwiatki, gdzie kapitanowie marynarki, wiele lat po wojnie, kiedy świadomość na temat grozy nazizmu była powszechnie znana, piszą sobie swobodnie, że na czyjś charakter miała wpływ płynąca w nim krew to naprawdę zaczynam wątpić we wszystko. A takich tekstów jest w zeznaniach panów z marynarki mnóstwo, do tego okraszone są one pełna dumą z tego jak na wszystkie sposoby torturowali Heydricha psychicznie i fizycznie. I pozostaje pewne pytanie, na które i ja i Wy musimy odpowiedzieć: Czy ci ludzie nie są poniekąd winni temu jaki stał się Heydrich? Czy oni nie są tak samo potworni?