środa, 23 września 2015

Czarny Anioł i Płowa Bestia

Upraszam o niekopiowanie artykułu bez mojej wiedzy. Jeśli chcesz się nim posłużyć pisz: dextellamagna@gmail.com
Fragmencik pochodzi z mojej piszącej się książki, która na dzień dzisiejszy liczy 94 strony A4.

Mory w 1946 roku, źródło: wikipedia.org



Nazywano ją Matą Hari drugiej wojny światowej i Czarnym Aniołem Ravenbrueck. Przypadek pięknej Szwajcarki zelektryzował europejską prasę w roku 1947, kiedy Carmen Mory była sądzona podczas procesu załogi obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck.
Przyszła na świat w Adelboden w 1906 roku. Swoją egzotyczną urodę zawdzięczała matce z Filipin. Jej ojciec był zaś poważanym lekarzem, który zapewnił córce doskonałe wykształcenie. Z wyznania byli protestantami, jednak Carmen, w późniejszym czasie przeszła na katolicyzm. Młoda Mory marzyła o karierze śpiewaczki, jednak porzuciła te plany i skupiła się na karierze naukowej. Studiowała historię sztuki i literaturę na uczelniach w swoim ojczystym kraju, ale także Holandii, Wielkiej Brytanii i Francji. Miała doskonałe rozeznanie w sytuacji politycznej i władała bardzo dobrze czterema językami. Pracowała jako dziennikarka w Ullstein i Manchester Guardian[1].
 W 1934 roku zdecydowała się uciec ze Szwajcarii do Niemiec, gdzie stała się agentką gestapo. Dwa lata później wysłano ją do Francji, gdzie szpiegowała niemieckich imigrantów. W 1939 roku, podczas przeglądu Linii Maginota, została aresztowana przez Francuzów. Udawała podwójną agentkę, jednak jej tłumaczenia zdały się na nic: skazano ją na karę śmierci. Nim ją wymierzono została ułaskawiona po wkroczeniu wojsk niemieckich do Francji.  Mory nie cieszyła się długo wolnością. Jesienią 1940 roku  przetransportowano ją samolotem do Berlina. Osadzono ją w więzieniu i dotkliwie pobito, najprawdopodobniej z rozkazu szefa RSHA[2].
Tam też spotkała się z Heydrichem, którego zaintrygowało orientalne nazwisko agentki. Postanowił przesłuchiwać ją osobiście, co zajęło mu trzy tygodnie. Carmen Mory szczyciła się w późniejszych latach, że dzięki urokowi osobistemu udało jej się przekonać szefa RSHA by ją uwolnił. Heydrich zaś zastanawiał się by wykorzystać ją jako narzędzie propagandowe. Zwolnił Mory z więzienia pod warunkiem: miała zakaz opuszczania Niemiec. Zaproponował jej by została Lady Hau-Hau[3]. Mory nie przystała jednak na jego propozycję i nie chciała angażować się w działalność propagandową.
 W lutym 1941 roku została aresztowana przy próbie ucieczki. Ponownie spotkała się z szefem RSHA na przesłuchaniu. Tym razem był on obojętny na jej opowieści i niezaprzeczalny wdzięk. Posłał ją do Ravensbrueck. Początkowe miesiące trzymano ją w odosobnieniu. Znajdowała się jednak pod osobistą protekcją Heydricha. W maju 1942 roku ponownie wezwano ją do Berlina by rozsądzić o jej losie. Wróciła do Ravensbrueck z wyrokiem śmierci[4]. W październiku 1943 roku Szwajcarka została obozową kapo w bloku dziesiątym i donosiła gestapo na esesmanów z załogi. Szybko zrozumiała zasady, na jakich odbywała się walka o życie w obozie. Torturowała i mordowała więźniarki[5].
Gdy obóz został wyzwolony, Mory karnie zgłosiła się do wojsk brytyjskich. Przez krótki czas po wojnie pracowała dla angielskiego wywiadu. Mimo pomocy przy schwytaniu lekarzy odpowiedzialnych za zbrodnicze eksperymenty, Mory nie uniknęła odpowiedzialności za swoją przeszłość w Ravensbrueck. W 1947 roku skazano ją na karę śmierci przez powieszenie. Nim wyrok wykonano podcięła sobie żyły w celi[6].


[1] Ravensbrücker Mory-Taten [w:] Der Spiegel, nr 25.01.1947
[2] B. Bajgarová Carmen Maria Mory im literarischen Werk Lenka Reinerovás und historische Fakten, Olomuc 2012 s. 40
[3] Aluzja do Lorda Hau-Hau Williama Joyce’a, propagandzistę amerykańskiego pochodzenia, który z Trzeciej Rzeszy nadawał programy radiowe.
[4] B. Bajgarová Carmen Maria Mory im literarischen Werk Lenka Reinerovás und historische Fakten, Olomuc 2012 s. 12
[5] Czarny Anioł Ravensbrueck [w:] Kurier Szczeciński, nr 2.03.1947
[6]  Flucht in den Tod [w:] Der Spiegel 16/1947

środa, 16 września 2015

SS Elite - Max Williams - część I


SS Elite. Czekałam na tą książkę od marca. W sierpniu w końcu ją otrzymałam: po bojach i kolejnych premierach, które się nie odbywały. Imponujące tomiszcze wydrukowane na papierze kredowym, ważące ponad dwa kilogramy przybyło do mnie z Wielkiej Brytanii. Jest to leksykon przybliżający sylwetki wysokopostawionych członków SS. Pierwszy tom, który opisuje obejmuje nazwiska od A do J.
     Miałam wobec tej książki bardzo wysokie wymagania. Spowodowane były ciągłymi zmianami terminu wydania pozycji. Zdawało mi się, że Williams koryguje wszystkie niedociągnięcia i przez to zamiast na wiosnę otrzymałam książkę w ostatnich dniach lata. Spodziewałam się materiału na miarę williamsowego Himmlera. Niestety... Zawód. Głęboki i przykry.
      Są nazwiska znane (Daluege, Hess, Himmler, Heydrich etc.), ale też ludzie, którzy przez pewien czas pełnili wysokie funkcje w SS, ale szybko ich zdjęto i przepadli w mrokach historii. Jeśli chodzi o te sylwetki to Williams zrobił akurat dobrą robotę. Natomiast ci znani i nielubiani... No cóż, jest fatalnie. Bibliografia praktycznie nie istnieje! Znajdują się w niej popularnonaukowe pozycje, plus fora internetowe! Zgroza! Przypisów nie ma.
    Przejdźmy do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do Heydricha. Rozdział o nim jest fatalny. Jest absolutnie do zsypu. Błędów i zmyśleń jest tyle, że wydaje mi się, że Williams wynajął kogoś, żeby napisał mu ten tekst, a on sam tylko wrzucał zdjęcia. Niepojęte jakie mamy tam babole. Z pierwszej strony: Heydrich miał brać udział w walkach na Śląsku (źródła oczywiście nie ma) w 1919 roku... Jego chrzestnym miał być baron von Eberstein (w istocie to jego chrzestną była pani von Eberstein, a chrzestnym był Ludicke, radca sanitarny z Halle, znajomy Brunona Heydricha), nieco dalej pojawia się czterech zamachowców (sic! to jakaś plaga ostatnio!). Williams, który parę lat temu popełnił dwutomową biografię Heydricha pisze o nim takie głupoty, że to się w głowie nie mieści. I o ile w przypadku Heydricha mogę wszystko zweryfikować, to nie zajmowałam się nigdy innymi esesmanami do tego stopnia, żeby oddzielić ziarno od plew, ale zakładam, że sytuacja jest analogiczna i spotkamy tam podobne kwiatki.
    Co do zdjęć. Zdjęcia u Williamsa zawsze są super. Ma bardzo bogatą kolekcję, którą dawkuje swoim czytelnikom tak, by starczyło na kilkanaście książek, a on miał z czego wyżyć. Jeśli chodzi o Heydricha zamieścił parę pereł: dwa zdjęcia nastoletniego Reinharda w Halle, zdjęcie na jachcie z okresu marynarki, Heydricha z synami u fryzjera i inne tego typu atrakcje. Niestety moim zdaniem to nie zmazuje tragicznego tekstu tej książki. Krótko mówiąc: jeśli chcecie popatrzeć na różne, dziwne zdjęcia esesmanów, to droga wolna: kupujcie i bawcie się dobrze. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć, to szkoda waszych pieniędzy.

Umieszczam dwa ze zdjęć. Tym razem watermarki są większe i zawierają ostrzeżenie dla rosyjskiej części widowni. Źródła zdjęć: Max Williams, SS Elite, vol I, wydawnictwo Fonthill Media


sobota, 12 września 2015

Leon Goldensohn - Rozmowy Norymberskie

     Znów pokusiłam się o książkę. O ile ostatni raz skończył się dość słabo, to tym razem nie spotkał mnie zawód. Rozmowy norymberskie  to zbiór notatek Leona Goldensohna, które spisywał podczas rozmów z oskarżonymi i świadkami podczas procesów norymberskich. Jego praca została usystematyzowana wiele lat po jego śmierci i zebrana w formie książki.
     Podchodziłam trochę sceptycznie do tej pozycji, zakupiwszy ją tylko dlatego żeby mieć czytadło, a okazało się, że lektura wciąga. Właściwie tłumaczenia się nazistów już po wojnie są zawsze takie same. Przerzucanie winy na innych (szczególnie na tych, którzy już nie żyją), przypominanie, że każdy z nich przecież w pewnym stopniu ratował Żydów (wszystkie historie z cyklu: moja siostra miała męża Żyda i pomogłem im uciec do innego kraju) i odgrywanie pewnych wyuczonych ról gorliwych przeciwników systemu. To samo jest u Goldensohna, który czasem pozwalał sobie na dość kąśliwe, ale bardzo celne komentarze, przy czym nigdy nie ocierał się w tym o chamstwo.
    Jako pozycja historyczna raczej się nie broni, natomiast można z niej wyłuskać sposób myślenia, jakim kierowało się wielu z nazistów i tu kryje się ogromna wartość Rozmów norymberskich. Obnażają one doskonale rozbudowany aparat biurokratyczny Trzeciej Rzeszy, który pomagał przesuwać odpowiedzialność za swoje czyny na innych. I tak przedstawiciele Wehrmachtu obarczają SS, SS obarcza Wehrmacht. Ci z wyższych pozycji zwalają winę na wykonawców mordów. Wykonawcy na swoich szefów. A potem wszyscy w refrenie twierdzą, że to i tak wina Goebbelsa, Hitlera i Himmlera. Słowem: tych, którzy już nie żyją. Co mnie zaskoczyło: spodziewałam się, że wśród tych nazwisk głównych sprawców pojawi się Heydrich. Nic takiego. Jego nazwisko wymienione jest na kilku stronach tej pozycji i tylko trzy-cztery osoby wspominają o jego roli. Oswald Pohl, próbujący desperacko ratować swoją skórę, posunął się nawet do dziwacznego stwierdzenia: Myślę, że wszystko, co zrobił, nakazał mu ktoś z góry.
    Tak więc osoby skoncentrowane na Heydrichu pozycję mogą sobie darować. Ci, których interesuje nieco szerzej Trzecia Rzesza, powinni po Rozmowy sięgnąć. Ja polecam.

środa, 2 września 2015

Richard Rhodes - Mistrzowie Śmierci

Rzadko zdarza mi się kupować spontanicznie książki. Ostatnio dorwałam "Mistrzów Śmierci" Richarda Rhodesa i bez większego namysłu kupiłam, bo zbieram wszelakie pozycje o Einsatzgruppen. Moje wrażenia? Powiem szczerze: mogło być dużo lepiej.
      Widać, że autor jest dziennikarzem a nie historykiem, przez co ta pozycja to groch z kapustą. Przeplatają się w niej i wątki poszczególnych masakr na froncie wschodnim biografią Himmlera i innych esesmanów, a także garścią psychologii. O ile garść psychologii doskonale pasowała do moich ukochanych "Zwykłych ludzi", tak w "Mistrzach Śmierci" jest ona bardzo spłycona i wciśnięta na siłę. W tym miejscu mogły się znaleźć opisy mordów na Polakach w 1939, niestety autor uznaje, że jedynymi ofiarami nazistów byli Żydzi. Pomija zupełnie komisarzy sowieckich, wspomina bodajże raz o Romach, o mordach na zwykłych Rosjanach, Ukraińcach, Litwinach, Polakach nie ma praktycznie nic. Śmieszkowo, bo tytuł sugeruje, że książka nie dotyczy jedynie Frontu Wschodniego i Żydów.
      Jako osoba, która bardzo blisko związana jest z tragediami jakie miały miejsce 6 kilometrów od mojego domu rodzinnego, czuję się tym przeoczeniem trochę urażona.
      Inną sprawą są błędy. Błędy merytoryczne. W informacjach na temat Heydricha udało mi się wyłapać ich kilka, z czego najbardziej kuriozalne był opis zamachu, w którym rzekomo pojazd zastępcy Protektora Rzeszy obrzucono granatami a dokonało tego czterech czeskich patriotów. Śmiech na sali. Wydaje mi się, że jak coś się pisze, cokolwiek, to powinno się to dokładnie zweryfikować, nawet jak nie jest to dokładnie tematem książki, żeby takie głupoty nie urosły do rangi faktów. I mam takie ciarki, że skoro o Heydrichu są tak ewidentne byki, to zapewne w innych miejscach również się na nie natrafi. To sprawia, że pozycja w moich oczach traci. Innym bykiem jest pomylenie Chełmna nad Nerem  z Chełmem. Gdzie Rzym, gdzie Krym? Śmieszne jest też twierdzenie o tym, że Żydzi  byli bardziej cywilizowani od Niemców, Polaków, Ukraińców i Litwinów, bo judaizm nie wpaja przemocy i nigdy w historii Żydzi nie urządzili żadnego pogromu. Pan autor bardzo by się zdziwił, gdyby trochę doedukował się w historii antycznej, Związku Sowieckiego i częściej czytał doniesienia ze Strefy Gazy. Z kulturoznawczego punktu widzenia, a jakby nie patrzeć jestem licencjonowanym kulturoznawcą, to nie da się określić czyja kultura jest wyższa. Tego się nie robi, bo nie ma do tego narzędzi, które by taką ocenę pozwoliły wydać. Jak się zaczyna to robić, to prędzej czy później kończy się tak jak Trzecia Rzesza.
    Kolejnym minusem jest ta dwurozdziałowa biografia Himmlera, która służy obśmianiu tej persony. Ok, Himmler był bardzo groteskową postacią, ale wolałabym w książce o Einsatzgruppen przeczytać jednak coś o Lućmierzu i innych tragediach, a nie o tym, że Himmler pasjonował się okultyzmem i był życiową łamagą. Informacje o tym, że był długo prawiczkiem, w zestawieniu z mordami na Żydach, wrzuconymi do wapna, są słabe. Można szokować smaczniej (vide "Zwykli Ludzie").
   Same opisy poszczególnych masakr i rozwoju machiny terroru są za to bardzo dobre i nawet osoba nie mająca rozeznania w temacie zrozumie o co chodziło i dlaczego. Jednak wszytko to zostało zalane typowo dziennikarską papką, w stylu psychologii, beki z Himmlera i innych niepotrzebnych anegdot, które osłabiają ogólny wydźwięk pozycji. Zamiar był zapewne taki, żeby pokazać odrealnienie wysokich esesmanów, morderców zza biurka, od tego co działo się na Froncie Wschodnim, ale balans pomiędzy jednym a drugim jest tak zaburzony, a wybrane ciekawostki niefortunnie dobrane, że momentami zamiast przeżywać i odczuwać złość, czy smutek, chce się zwyczajnie śmiać z Himmlera. A to jest niezdrowe, kiedy na kolejnych stronach są opisy ludzi rozpuszczanych w wapnie.
   Bibliografia też nie jest mocną stroną tej pozycji, autor korzystał w głównej mierze z innych opracowań, a nie z materiałów archiwalnych i to też jest momentami widoczne, ale akurat tym nie będę was zanudzać. 
   Podsumowując, możecie kupić tą książkę i przeczytać, ale lepiej sięgnąć po "Zabijajcie ich wszystkich" Gładysiaka (chociaż i tam są byczki, ale znacznie drobniejsze) i moją ulubioną książkę o EG, czyli "Einsatzgruppen w Polsce" trzech autorów: Mallmanna, Boehlera i Matthausa. Dwie polecane przeze mnie lektury pozwolą mieć nieco szerszy obraz niż pozycja Rhodesa.