niedziela, 25 października 2015

Himmler - Listy mordercy - Katrin Himmler, Michael Wildt

    W wolnych chwilach kiedy nie piszę własnej książki sięgam po różne książki historyczne i nie tylko poświęcone Trzeciej Rzeszy. Takie wycieczki częstokroć pomagają mi znaleźć często nowe tropy, które naprowadzają mnie do cennych dokumentów i faktów. Czy tak było z książką Himmler - listy ludobójcy?
    Nie. Dlaczego?
No cóż, wydaje mi się, że ta pozycja jest cenna jedynie dla przyszłych biografów Himmlera i dla osób zainteresowanych tą postacią. Mocno zainteresowanych tą postacią, bo dla laika lektura ta może się okazać niezrozumiała i zwyczajnie nudna. Dziesiątki takich samych, miłosnych westchnień, informacji o tym co się komu wysłało (jakieś konfitury, owoce, warzywa), powiedzmy sobie szczerze nie dadzą odpowiedzi na pytanie kim był Heinrich Himmler. Nie odpowiedzą też na pytanie jak wyglądała jego rodzina. Wytwarzają raczej mgliste wrażenie na ten temat i są zaledwie cząstką ich wspólnego życia.
Komentarze autorów są moim zdaniem dość wydumane. Na początku piszą oni, o tym, że miłosne listy Himmlera i Margi są pozbawione uczuć i nastawione egoistycznie. Szczerze mówiąc: wcale tak nie jest. Listy miłosne, jak listy miłosne, normalne, trochę żałosne, dla osób patrzących na to z boku, ale nie ma w nich nic świadczącego o tym, że ci ludzie mają jakiś głęboki problem ze sobą. Jakby podpisać, że to listy jakiegoś miłego pana, który ratował ludzi, wynalazł coś fajnego, to wówczas komentarze byłyby inne: pełne uczuć, świadectwa miłości. No, ale żeby nie publikować gołych listów autorzy musieli dać jakąś dodatkową narrację. Jest ona niezmiernie słaba. Skierowana do laików, ale w istocie niewystarczająca. Nie wystarcza ona także osobom, które mają pewne rozeznanie w temacie. Trudno określić do kogo skierowana jest ta pozycja.
     Z całym szacunkiem, ale jest tyle dokumentów, które powinny być znane szerszej publiczności i wyjaśnione przez historyków, a jednak listy Himmlera do nich nie należą. Są chwytliwą przynętą, dobrą dla marketingowców. Nośny temat, no ale... Nie ma po co. Skok na kasę.
   Mnóstwo słodkich słówek, wyznań, westchnień, codziennych trosk i tyle. Nic więcej. Dorabianie głębszej ideologii i znajdowanie dziesiątego dna jest na siłę. Oczywiście znajdują się fragmenty, w których jasno widać, że mamy do czynienia z nazistami, ale jest ich mało i większość korespondencji dotyczy problemów dnia codziennego. A ile można czytać o problemach gastrycznych Himmlera? Dajcie żyć!
    Jeśli przeczytaliście o Himmlerze już dużo: sięgnijcie, to parę dokumentów uzupełniających waszą wiedzę. Jeśli to wasze pierwsze spotkanie z Himmlerem, to zaopatrzcie się w coś innego.
O Heydrichu nie ma prawie w ogóle nic. Pod tym kątem to już zupełnie możecie sobie odpuścić.

sobota, 10 października 2015

O mojej książce vol. II

      W upływającym właśnie tygodniu stała się rzecz niesłychana. Napisałam setną stronę biografii Heydricha (na dzień dzisiejszy jest ich 102). Co prawda na tym blogu wyprodukowałam drugie tyle tekstu, ale uporządkowany materiał z przypisami, to dla mnie coś więcej.
      Łatwo nie było. Szczególnych trudności w dalszym ciągu dostarcza mi okres marynarki. Materiałów jest naprawdę niewiele, a jak już jakieś są to wątpliwej jakości, vide zeznania Hansa Lebrama, o których dawno temu tu pisałam. O dziwo szybko uporałam się z dymisją Heydricha z Reichsmarine i wczesnym etapem znajomości z Liną. Jutro otworzę jego mariaż z NSDAP. Całkiem pożyteczna będzie tu pozycja Shlomo Aronsona, która w szczegółowy sposób opisuje sposób działania SD we wczesnych latach. Jeśli chodzi bowiem o biografię Heydricha, książka Aronsona jest bardzo mocno zdezaktualizowana. Nie da się jednak jej pominąć w badaniach i trzeba się do niej odnieść. Aronson dużo teoretyzuje o tym kto, co, kiedy pomyślał i to jest kłopotliwe. Interpretuje teksty w sposób atrakcyjny, ale niezbyt historyczny. To znaczy, cytuje czyjeś słowa i następnie pisze: XYZ myślał w tej chwili o... dałoby się to obronić gdyby XYZ żył, ale Aronson czyta w myślach nieżyjącym ludziom. I to jest trochę creepy. ;) Już na polskim uczono nas, że nie mówi się o tym, co poeta miał na myśli. Sądzę, że wobec historii jest to jeszcze bardziej trafne niż w literaturze.
       Mogę Was zapewnić, że nie staram się czytać w myślach Heydrichowi. Nie mam pojęcia czy przy pisaniu Oblicz naszej walki w istocie myślał o tępieniu wszelakich opisywanych tam grup społecznych, czy o tym, że ma ochotę na ziemniaki z zsiadłym mlekiem.
       W niedługim czasie znów wybieram się do Halle. Tym razem do miejskiego muzeum, jestem ciekawa co też mogę tam wygrzebać.