wtorek, 29 listopada 2016

O książce odcinek kolejny

Mamy na liczniku 326 stron. Po dość kłopotliwej sytuacji z pierwszej połowy listopada, na którą złożył się fakt, że w naszym pokoju rezydowały dwie w porywach do trzech dodatkowych osób, książka intensywnie ruszyła z kopyta. Zaczęło się od walki z antropozofią, która dla Heydricha musiała być jakąś personalną obsesją, potem skupiłam się na opisywaniu stosunku szefa SD do kościoła, który jak już wiecie nie należał do zbyt pozytywnych. Razem z Kasią przekopałyśmy się przez stos papierów odnośnie sytuacji z krzyżem oldenburskim (dość ciekawa sprawa, będziecie mieli o czym czytać) i paru innych interesujących sprawach. Książka Herberta posłużyła mi do nakreślenia postaci Besta, która odegrała dość ważną rolę w karierze Heydricha, a żeby dodać wszystkiemu smaku,przytoczyłam parę anegdot ze Wspomnień Schellenberga. Pracy jest naprawdę bardzo dużo, więc wybaczcie moje milczenie.

Nadal oczywiście możecie pisać maile, na które z chęcią odpowiem.
Do zobaczenia przy następnym sprawozdaniu.

wtorek, 20 września 2016

O mojej książce odcinek kolejny

Piszemy dalej. Na liczniku 275 stron. Wakacje trochę dały mi w kość boreliozą, z której musiałam się kurować, ale jedziemy dalej. Wiatr w skrzydła dało mi pewne spotkanie i wiem, że nie mam pojęcia ile zajmie mi tworzenie książki, ale na pewno ją dokończę. Obecnie wzięłam na warsztat Oblicza Naszej Walki, czy raczej Przemiany Naszej Walki - obrzydliwą broszurkę autorstwa Heydricha, którą postanowiłam dokładnie przeanalizować, czego nie zrobili moi poprzednicy. Próbował Deschner, ale skupił się jedynie na rozdziale o politycznie zaangażowanym klerze. Gerwarth nakreślił ogólną strukturę dziełka, ale nie zagłębiał się specjalnie w jego szczegóły. Ja postanowiłam zdanie po zdaniu rozłożyć to na łopatki i wykazać, że nie było to jedynie pisane na zlecenie Himmlera paskudztwo, ale w pewnej formie ideologiczna wykładnia, skondensowana w formie, która służyć miała legitymizowaniu postępowań służb kierowanych przez Heydricha i popełnianych przez nie nadużyć.
I teraz się zastanawiam. Chciałabym to cudo z odpowiednim komentarzem tutaj na Płowej opublikować... ALE... neonaziści są tak podli i głupi, że mogą mi to podkraść, pozbawić komentarza i stosować do własnych, mrocznych celów (onanizm, orgie czy gorzej).

Druga sprawa: myślę o Patronite w sprawie książki. Nie ukrywam, że fajnie byłoby mieć trochę więcej środków finansowych, które mogłyby z czystym sumieniem być wywalane na kolejne, niezwykle istotne dokumenty, zdjęcia filmy czy tłumaczenia. Co o tym sądzicie, ktokolwiek by mi wpłacił?

środa, 6 lipca 2016

O mojej książce odcinek kolejny - o wariatach - odcinek pierwszy

Książka się pisze. Obecnie ma 241 stron i odkąd obroniłam magisterkę staram się chociaż dziennie napisać jedną. W tym momencie uzupełniam dotychczasowe treści i nie otwieram nowych rozdziałów, ale w planach mam przejście do okresu po 30 czerwca 1934 roku (dla niezorientowanych: Noc Długich Noży). I jak się okazuje sprawa nie jest łatwa, bo nie ma zbyt wielu źródeł aż do 1936 roku (albo źle szukam, też możliwe) i opieram się głównie na anegdotach i naprawdę drobnych wyrywkach z materiałów archiwalnych. Generalnie: have no fear, nie znudziło mi się i jadę dalej z tym koksem.

Jak zwykle jeśli macie jakiś problem piszcie na mojego maila (adres z boku).

     Przejdźmy teraz do świrów. W swojej długiej drodze zainteresowania osobą Heydricha natrafiłam na szereg wspaniałych ludzi. Ale też na bandę świrów. O amerykańskich i rosyjskich neonazistkach, niewyżytych seksualnie dewiantach itp. już wam pisałam.
Ale, pojawiła się w tym światku dla mnie nowość. Wcielenia rzekomych kochanek Heydricha.
Padłam ostatnio ofiarą czegoś takiego, co natrętnie wypytywało mnie o różne rzeczy (były to jakieś granice rozsądku), ale wyczytało u mnie coś o jednej z potencjalnych dziewcząt Heydricha z czasów marynarki i wymyśliło sobie, że jest nowym wcieleniem owej kobiety. Pomijam już, że to się leczy i kiedyś w kreskówkach nawet wyśmiewano się inkarnacji Napoleonów itp, ale laska ewidentnie nie wie nic o swoim poprzednim wcieleniu i zaczęła pisać swego rodzaju historyczne fanfiction, które uznaje za prawdę historyczną. No i wciska to ludziom. Moment krytyczny nastąpił, kiedy zaczęła wciskać linki z Płowej na jakieś forum o reinkarnacji.
     Mam tak głębokie poczucie zażenowania, do tego stopnia, że zastanawiam się nad zamknięciem Płowej Bestii i zostawieniu jedynie informacji na temat tego jak idą postępy w pisaniu książki.
Ja wiem, że wiele osób skorzystało z informacji tu zawartych w sposób mądry i dobry.
Ale powiększa się grono debili, którzy przeinaczają publikowane tu treści i wykorzystują do naprawdę szkodliwych czynności.


środa, 22 czerwca 2016

Gestapo-Müller. Technokrata terroru- J. Bornschein

Witam po dłuższej przerwie i wracam z niewielką recenzją niewielkiej książeczki. Mowa o Gestapo-Müller. Technokrata terroru pióra Bornscheina. Wpadła mi w łapki przez przypadek i pochłonęłam ją w godzinę z kawałkiem, czekając na znajomą. Pozycja krótka, ale czy treściwa  i dobra?
Mam co do tego pewne wątpliwości. Rozumiem, że życiorys Heinricha M. jest dość enigmatyczny, że jego życie prywatne to pewnego rodzaju znak zapytania. Da się jednak napisać całkiem logiczną i składną biografię skupiając się na życiu zawodowym. Ale książka Bronscheina zawodzi.
Nie zrozumcie mnie źle, ona nie jest szczególnie zła, czy pretensjonalna, jak wiele książek o nazistach i nawet zachęcam, żeby ją przeczytać, ale pozostawia ona pewien niedosyt. W kilkunastu krótkich rozdziałach panuje pewien rodzaj chaosu. Nie wiem po co tyle miejsca poświęcono na opisywanie poszczególnych wydziałów Gestapo, czy RSHA itp. Nie kleiło się to dla mnie z resztą tekstu i zastanawiałam się po co umieszczono te informacje w tekście, zamiast przenieść do dodatków. Przez to pozycja dla laika będzie niezrozumiała. Za to dla kogoś, kto siedzi w temacie informacje zawarte w książce są bardzo bazowe i tak naprawdę niewiele z niej wyciągnęłam.
Najciekawszy był rozdział ostatni o hipotezach odnośnie powojennych losów Müllera. Autorowi udało się uniknąć nadmiernych sensacji i dość rzeczowo opisał poszczególne wersje. Problemem natomiast jest wszystko inne. Miałam też wrażenie, że wiele informacji powtarzało się co rozdział... Nie wiem czy to wina tłumaczenia, czy w oryginale też pasował taki chaos.
Przeczytać można, ale szału nie ma. Więcej przeczytacie u Browdera.

poniedziałek, 16 maja 2016

Było a nie ma... Jawor i francuskie kobiety

Wczoraj odwiedziłam Jawor. Zależało mi przede wszystkim na Kościele Pokoju, ale coś mnie tknęło żeby wrócić na jaworski zamek, w którym więzione były członkinie francuskiego (i nie tylko, bo słyszałam, że i Norweżki tam przebywały) ruchu oporu. Po wojnie w zamku nadal było więzienie, w którym przetrzymano wrogów nowego systemu. Warto dwa fakty odnotować.
Dotychczas na ścianie jaworskiego zamku widniała taka o to tablica:
Dwujęzyczna, jasno opisująca co się przydarzyło. Ok, brakowało wzmianki o powojennych więźniach. Można było przecież taką tablicę bez problemów dodać i wszyscy byliby upamiętnieni. Ale ktoś miał genialny pomysł.
I tak nowa wersja tablicy wygląda tak:
źródło jawor.pl
      Francuskie kobiety zmieniono na ofiary hitlerowskich Niemiec, które o tam sobie były, nawet nie wiadomo czemu, kim w ogóle były, to jest nieważne. Aha, ale już info o żołnierzach wyklętych jest dłuższe: za wolną Polskę cierpieli i ginęli z rąk stalinowskich oprawców w więzieniu na zamku piastowskim.  Podobno oryginalna tablica jest gdzieś na zamku w ciemnicy... Oczywiście na dziedziniec nie zasługuje.
      Niefajna sprawa. Nie wiem, czy było to działanie złośliwe, czy po prostu brak myślenia, przy czym stawiam na to drugie, ale nowa tablica w Jaworze zamazuje pamięć o męce kobiet i o tym, że one też walczyły, ale niestety nie za wolną Polskę i nie przeciwko komunizmowi (którego nomen omen w Polsce nie było, ale to trochę inna para kaloszy)... no i pech chciał, nie były facetami, ani nie były Inką, a przecież tylko o Ince się teraz pamięta.
      Czy jestem wściekłą feministką robiącą dym o nic? Nie. Wyobraźcie sobie jak byście się czuli jakby to Wasze mamy czy babcie były w tym więzieniu a pamięć o nich potraktowano tak bardzo po macoszemu redukując je do jednej linijki na tablicy, odbierając im jakiekolwiek cechy, a i sam nazizm sprowadzając do czegoś błahego na tle realiów powojennej Polski. Heinrich Himmler chętnie podałby specom od polskiej polityki historycznej piątkę i ocierałby łzy wzruszenia z tego jak bardzo się obecnie banalizuje działalność jego i jemu podobnym w Polsce. A potem wielkie zdziwienie z haseł  typu polskie obozy koncentracyjne. Sorry, ale kto sieje wiatr ten zbiera wpie**ol.
     Nie zgadzam się z takim traktowaniem ofiar. Po prostu nie i podobnie ostro reagowałabym gdyby w więzieniu gdzie przetrzymywano męskich członków ruchu oporu z doby drugiej wojny światowej zredukowano do jakiś bezosobowych ofiar, na rzecz panien wyklętych.
   Pamiętam o kobietach z jaworskiego więzienia i żadna histeryczna polityka historyczna tego nie zmieni. To są moje bohaterki. Przypominam, że w zimę 1945 roku, około 1200 więźniarek zostało pognanych w kierunku Goerlitz. Podczas tego marszu śmierci masowo ginęły z zimna, głodu i wycieńczenia. Ale co tam po nich... to tylko jakieś bezimienne, bierne ofiary śmiesznego, nazistowskiego terroru, który pochłonął miliony istnień w Europie i części Azji...
   Róbmy tak dalej a dojdzie do tego, że Żołnierze Wyklęci walczyli z cybersowietami z kosmosu, a Auschwitz-Birkenau przy PRL to była piaskownica.


środa, 20 kwietnia 2016

O książce znów

      Wybaczcie mi brak jakiegokolwiek kontaktu w ostatnich tygodniach. Wiele osób pisało do mnie i pytało czy nie zarzuciłam przypadkiem pisania o Heydrichu.
      Nie, książka się cały czas pisze, dokumenty są tłumaczone, a wszystko to w tle pracy nad moją magisterką. Właściwie to lenię się i uciekam w biografię Heydricha, od obowiązków napisania mojej Drugiej Poważnej Pracy w Życiu. Poskutkowało to tym, że mamy obecnie 206 stron. Obecnie opisuję nadal rok 1933 (subtelnie przechodzi w 1934) i okres działalności Heydricha w Bawarskiej Policji Politycznej, z całym dobrodziejstwem inwentarza: aresztami prewencyjnymi, początkiem obozów koncentracyjnych i konfiskatą majątków. W tym wszystkim przewijają się nieuczciwi pracodawcy, Tomasz Mann, standardowi przeciwnicy polityczni NSDAP (słowem mnóstwo Bozi ducha winnych osób).
   W międzyczasie wyszlifowałam trochę bardzo chaotyczny rozdział, który powstał w oderwaniu od chronologii, poświęcony szkole SD w Bernau, który obrazuje Heydricha jako narodowosocjalistycznego edukatora, kładącego do głów swoim podwładnym pierwsze cegiełki, które posłużyły do budowy fabryki ludobójstwa. Niestety ilość źródeł na temat szkoły jest dość ograniczona. Przewija się w różnych randomowych dokumentach w formie krótkich wzmianek, a jedynym opracowaniem na jej temat jest wydany w Berlinie zbiór artykułów odnośnie placówki w czasach Trzeciej Rzeszy. I głównie na nich bazuję, co trochę mnie drażni, chociaż artykuły są naprawdę świetne.

czwartek, 25 lutego 2016

O mojej książce cz. IV

    Pewnie Ci, którzy nie mają szczęścia widzieć mnie na facebooku zachodzą w głowę czy jeszcze żyje i nie porzuciłam pisania książki. Otóż nie. Książka dalej się pisze, na dzień dzisiejszy liczy sobie 175 stron. Staram się dziennie napisać chociaż jedną (czasem jest to trudne, bo o ile przy pisaniu biografii nie trzeba mieć szczególnej weny i lotnego pióra, to czasem jestem strasznie zmęczona, albo pracuje nad ogarnięciem materiałów, których przybywa i przybywa). Punktem niezwykle trudnym do opisania było przejęcie władzy przez nazistów w 1933 roku. Dotychczasowe biografie Heydricha są bardzo chaotyczne jeśli chodzi o ten, niezwykle istotny, moment. Dla mnie też nie było to najłatwiejsze, bo w krótkim czasie działo się wiele, a niestety nie zachowało się zbyt dużo materiałów archiwalnych. Wiele informacji to zaledwie urywki czyiś wspomnień, pojedyncze listy, dużo domysłów. Z tego wzięło się choćby Rollkommando SD. Czym ono było?
     Byli członkowie SD twierdzili, że Heydrich posiadał  Rollkommando (działające od najprawdopodobniej od 1933 bądź 1934 roku), które zajmowało się specjalnymi śledztwami, czy też po prostu morderstwami na zlecenie. Dowódcą Rollkommando miał być Walter Sohst. Z rozkazu Heydricha miał eliminować osobistych przeciwników szefa SD i wrogów partii. Zdaniem historyka Georga Browdera, Sohst, weteran pierwszej wojny światowej i dawny członek Freikorpsu, nie mógł odnaleźć stałego miejsca w partii i wykonywał wszystkie zlecenia od przełożonych. Browder podważa rolę Sohsta jako dowódcy plutonu egzekucyjnego i istnienie Rollkommando, nie neguje jednak tego, że Heydrich zlecał morderstwa ludziom spoza SD . Rollkommando, zdaniem Browdera to mieszanina fikcji i faktów.
   Sprawa Rollkommando bardzo mnie interesuje i stała się obecnie moim oczkiem w głowie. Znalezienie dokumentów na jego temat graniczy jednak z cudem. W jednej dyskusji na Axis Forum, panowie stwierdzili, że jeśli ta jednostka istniała, to nie prowadzono jej akt, bo była tajna. Być może. Ja jednak wierzę, że jakiś papier istniał, pozostaje pytanie czy przetrwał do naszych czasów.


PS. Planuję zorganizować małe sprzątanie terenu byłego obozu koncentracyjnego na Tarnogaju, jakoś pod koniec marca. Muszę tylko załatwić parę formalności w tej sprawie. Zapytowuję się was: ktoś by chciał wpaść i pomóc w ogarnianiu terenu?

PS 2: Widzę, że coś się na Tarnogaju szykuje, milutko: http://www.tuwroclaw.com/wiadomosci,dzis-jest-wzgorze-gajowe-kiedys-byl-oboz-koncentracyjny-miasto-upamietni-ten-fakt-,wia5-3266-27811.html 

Cytat mistrz: - A ponieważ nie prowadzimy dokładnej rewitalizacji całego tego obszaru, tablica informująca o przeszłości tego miejsca nie była planowana przez lidera. Nie mam też wiedzy, czy podejmowane były wcześniej jakieś próby dokładnego zlokalizowania filii obozu i jego upamiętnienia - dodaje Bartłomiej Świerczewski.

Może warto to jakoś zmienić, co nie?