środa, 6 września 2017

Update

Książka idzie dalej, ma już 533 strony. Ja żyję i mam się dobrze. Ogrom researchu za mną, a dzięki możliwości robienia zdjęć w Bundesarchiv koszta "produkcji" znacznie spadły. Obawiam się jednak, że w dalszym ciągu nie osiągnęłam nawet połowy tego, co chciałam opisać.
Z ciekawostek: rozwiązałam zagadkę pogańskich zdjęć Heydricha, zrobiono je w dniu Zimowego Przesilenia w 1937 roku. I rzeczywiście był to rytuał upamiętniający ofiary pierwszej wojny światowej (sic!) i zamknięcie pracowitego roku niemieckiej służby bezpieczeństwa (sic razy dwa!) a także kontemplacja życia i odrodzenia,  a także Natury - jak to Heydrich ujął w przemowie podczas tego wydarzenia. Duchowość tego człowieka jest doprawdy zaskakująca. Jak się okazuje wcale nie był sceptyczny wobec neopogańskich idei Himmlera i sam organizował tego typu spotkania religijne. The more you know...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Pogłoski o mojej śmierci są przesadzone

Tak. Żyję, mam się dobrze, książka również. Utyło jej się do ponad 480 paru stronek i liczba stale wzrasta, a ostatnio naprawdę dynamicznie, bo po trudach i brudach udało mi i Kasi, wyrwać z Drezna potężną torbę dokumentów, która przedstawia nam szczegółowo kontakty pomiędzy rodziną Krantz a Heydrich. Jest tego naprawdę cała góra i jak się okazuje, sytuacja wygląda zupełnie inaczej, niż malowali to dotychczasowi biografowie Heydricha, twierdzący, że od rodziny się zupełnie odciął. Sam Reinhard H ze swoim wujostwem i kuzynostwem od strony matki, dogadywał się bardzo dobrze: wspomagał wuja w znalezieniu zatrudnienia, zapraszał do siebie ciągle swoją kuzynkę, która w listach do swojej matki pisała często: U Reinharda jest bardzo miło. Jest też sporo listów, w których rodzina wymienia się wrażeniami z pogrzebu kuzyna. Bardzo to wszystko fascynujące i naprawdę unikalne - wcześniejsi biografowie po prostu tego nie ruszali.
Jak nie ruszali pewnego osobliwego zdjęcia rocznego Reinharda z rodziną, które mam nadzieję uda mi się pozyskać do książki.

A co do filmów: nie oglądajcie. Nie są warte waszego czasu i tylko zrobią Wam wodę z mózgu.
Lepiej poczekać jeszcze tydzień, dwa i iść na "Tubelight" z Salmanem Khanem - i to mądrzejsze, lepiej zagrane, mniej szkodliwe i z fajnymi piosenkami.

piątek, 27 stycznia 2017

Dobre wiadomości!

Przedwczoraj książka osiągnęła równe 400 stron (dzisiaj jest już 402) i cały czas puchnie ;) Udało mi się trochę zwiększyć tempo i omówić niemalże całą aferę z Fritschem i Blombergiem. 
Żyję mam się świetnie, piszę i nadal gromadzę materiały. Jeśli macie dla mnie coś ciekawego, to koniecznie piszcie maila.
Druga dobra wiadomość dotyczy obozu w Płaszowie. Wygląda na to, że jednak doczekamy się tego, żeby o niego należycie zadbano: http://krakow.onet.pl/krakow-zadbaja-o-teren-bylego-obozu-kl-plaszow/9eeq1sz . Za cynka dziękuję Munakirowi.